niedziela, 4 grudnia 2016

Rozdział VI cz.2

– Więc…
– Ci magowie… doprowadzają mnie do szału – mruknął pod nosem, prawie całkowicie zagłuszając wypowiedź uderzeniem pięści w stół. – Tylko mącą, gdziekolwiek zajdą. Matka już dawno zaczęła traktować ich jak proroków, ojciec…
– Daje sobą manipulować? – zdziwił się Kasjan. – Wielu rzeczy mógłbym oczekiwać, ale…
– Nieee – przerwał mu. – Dobrze wiesz, że to ten typ człowieka, który zawsze robi po swojemu. Tylko, że tym razem trafił na ludzi, którzy potrafią wiele zaoferować. Dają też mocne dowody na to, że faktycznie są w stanie to zrobić.
Nikt nie mógł zaprzeczyć istnieniu zjawisk nadprzyrodzonych, niewytłumaczalnych, a magowie należeli do tych, którzy przy odpowiedniej wiedzy i wysiłku potrafili nad tym zapanować. Dymitr na własne oczy widział, jak tajemnicze osobniki leczą choroby psychiczne, a także przepowiadają tragiczne wydarzenia.
– A ty jesteś temu przeciwny, bo? – dociekał mężczyzna.
– Nie ma w życiu nic za darmo. Żeby coś zyskać, musisz tyle samo stracić, dobrze o tym wiesz. Serum prawdy brzmi doprawdy kusząco, ale czy warty jest swojej ceny? Uczeni od lat próbuję zbadać istotę tego pojęcia, wciąż nie mogąc odkryć jego prawdziwego znaczenia. Niedawno do stolicy przybył Minay, filozof z dalekiego południa. Wygłosił wykład na temat jego spojrzenia na sprawę, po niecałej godzinie wszyscy zasnęli. Jak myślisz, dlaczego?
– Po co pytasz, ja zasypiałem na każdej przemowie…
– Nikt go nie rozumiał – powiedział rozdrażniony. – Co więcej, on sam nie wiedział, o co mu chodziło. Dlatego nie wierzę w coś takiego jak…
– Co to ma do rzeczy, Dima? – Kasjan sprawiał wrażenie zniecierpliwionego, nigdy nie przepadał za przydługimi wyjaśnieniami.
– Wszystko? – wycedził. – Żeby stworzyć to serum, potrzebują jakiejś specjalnej wody. Ci magowie ubzdurali sobie, że najlepsze będzie źródło Czystych. Ojciec sądzi, że całość można załatwić otwartą bitwą, a to już nie te czasy. Wrogowie posyłają nam gratulacje, uśmiechy, pokazy grzeczności, wyrazy oddania. Z drugiej strony zawiązują sojusze z pozostałymi krajami, żeby osłabić naszą pozycję na arenie międzynarodowej. Mamy wieloletni konflikt na wschodzie, nieustabilizowaną sytuację na południu, wielką niewiadomą na północy i nie wiadomo, co jeszcze w pozostałych częściach. Jeśli do tego wszystkiego dojdzie wojna domowa…
– Nie rozpędziłeś się? – Kasjan uniósł brwi. – Z powodu ataku na jeden teren ludzie nie zaczną szaleć… chyba że chodzi ci…
– Właśnie o to.
W Kraju Środkowym żyło wiele plemion, które niejednokrotnie przesądziły o zwycięstwie w bitwach a nawet wojnach. Szczególne zdolności poszczególnych ludów potrafiły zwiększyć ich siłę nawet dwukrotnie. Jednak tylko o ile pozostawały w przyjaznych stosunkach z królestwem. Wątpliwie uzasadniony atak na Czystych wzbudziłby niepokój u pozostałych pradawnych i nawet jeśli ci nie zdradziliby ich otwarcie, to z pewnością rozpoczęliby rozmowy z krajami, które zapewniłyby im bezpieczeństwo. W najgorszym wypadku bunt jednego z nich doprowadziłby do ataku z kilkunastu miejsc, przy czym byłaby to walka niekorzystana dla obu stron. Być może armia królestwa rozgromiłaby przeciwników, ale co by z tego mieli? Tereny plemion bez ich pierwotnych właścicieli okazywały się właściwie bezwartościowe.
Natomiast sama woda Czystych wcale nie musiała doprowadzić do powstania serum prawdy. Magowie niczego nie obiecywali, jedynie dumali nad najlepszym składnikiem. Gdyby nawet stworzyli coś tak niebezpiecznego, ich pozycja w kraju wzrosłaby wręcz niewyobrażalnie… a jakkolwiek Dymitr przywyknął do obłudnych i zakłamanych doradców, tak tych nie potrafił rozgryźć. Nie znał ich celów, nie rozumiał zamiarów. Wiedział jednak jedno. Ludziom, którzy przetrwali pogrom sprzed wielu lat, nie można dać zbyt wiele władzy.
– To co teraz planujesz? – zapytał Kasjan, siadając w fotelu.
– Przekażę mu wodę…
– Która, wedle twojego planu, okaże się bezwartościowa – powiedział cicho. – Dlatego magowie będą kombinować dalej, a ty odłożysz w czasie coś, co i tak jest nieuniknione.
Taki przygotował plan. Kiedy jakiś czas temu król przekazał mu informacje o prawdopodobnej wartości wody Czystych, z początku nie mógł uwierzyć. Nikt do tej pory nie zbadał sekretów tego ludu, jedynie mniej istotne szczegóły przekazano Kasjanowi… zanim ten nie postanowił wszystkiego schrzanić. Skąd magowie w ogóle wpadli na taki pomysł, nie wiedział. Jak to uzasadniali, nie uzyskał odpowiedzi. Ojciec nigdy nie uznawał za istotne cokolwiek mu tłumaczyć. Tylko cudem dał radę go przekonać do tego, żeby nie wkraczać zbrojnie na teren plemienia, a zamiast tego najpierw podstępem zdobyć próbkę, którą następnie mogliby zbadać magowie.
Z początku Dymitr rozważał wykonanie polecenie króla, w końcu ślubował mu wierność, poza tym sprzeciw wobec ojca, zwłaszcza za jego plecami, mógł pozbawić go nie tylko prawa do tronu. Z czasem, po wnikliwej obserwacji działań doradców Sambora, postanowił uniknąć niepotrzebnych konfliktów. Serum prawdy stanowiło zbyt wielką niewiadomą, by ryzykować dla niego pokój wewnątrz granic. Przekonanie ojca do zmiany zdania nie wchodziło w grę. Jakkolwiek uczynił Dymitra swoim następcą, zrobił to ze szczerą niechęcią i w zasadzie z przyzwyczajenia już uznawał go za nie dość bystrego. W takim układzie niezbędne było zorganizowanie wszystkiego tak, żeby wszyscy skończyli umiarkowanie zadowoleni.
Misja musiała zostać zaplanowana, to nie pozostawiało wątpliwości. Gdyby z jej zażądania zrezygnował, informacja ta z pewnością dotarłaby do władcy i cała jego strategia spłonęłaby na panewce. Najwygodniejsza byłaby oczywiście porażka, ale ta doprowadziłaby do konieczności wysłania kolejnej grupy. Jednak sukces nie tylko stwarzał zagrożenie ze strony magów. Samo jego osiągnięcie wymagałoby poświęcenia zbyt wielu osób, czego Dymitr robić nie chciał. W takim wypadku jedyne rozwiązanie stanowiło skrupulatne zorganizowanie wyprawy nastawionej na zwycięstwo i ukrycie niepowodzenia. Oczywiście przywiezienie do stolicy pospolitej wody stwarzało kilka dodatkowych problemów, które postanowił przeobrazić w zysk.
Jeśli magowie zarzucą mu oszustwo, skażą siebie na odsunięcie od tronu. Król mógł ich cenić, ale w takie oskarżenie nigdy nie uwierzy, w końcu uznawał syna za posłusznego kundla. W przypadku gdy doradcy zaczną udawać, że woda stanowi tę ze źródła Czystych, będą zdemaskowani. Jednak najprawdopodobniej całą sprawę zakończy oświadczenie, że plemienna ciecz jest bezużyteczna. Wtedy uczeni skupią uwagę na dalszych poszukiwaniach, a on będzie miał święty spokój.
– Nawet sobie nie wyobrażasz, jak ogromną wartość w moim życiu ma teraz czas – powiedział w końcu.
– To dlatego wysłałeś tam mnie? Wiedziałeś, że nikomu nie zdradzę twoich zamiarów, a król i tak nigdy mnie o to nie zapyta – rzekł skrzywiony. – A małolaty nie zrozumieją, w czym właściwie brali udział. Poza tym Czyści unikają atakowania dzieciaków, więc zmniejszyłeś ryzyko ich śmierci. Taki był twój plan w teorii, bo oczywiście praktyka pokazała swoje.
Jego strategia nie zakładała uzyskania wody w ogóle. Liczył jedynie na wprowadzenie rycerzy do lasu, by następnie ci przy szczególnym przywództwie Kasjana zdołali uciec. Nie dobierał samodzielnie ekipy, wymusił tylko uczestnictwo Gai, zasugerował również sformowanie grupy złożonej z młodszych rycerzy. Kwestia nie atakowania dzieciaków przez Czystych była mocno naciągana, ale wystarczyła do przekonania niewiele wiedzących o plemieniu dowódców.
Jakkolwiek Kasjan by się nie zachował, w ostateczności i tak stanąłby po stronie Dymitra. Mógł zareagować ze złością, ale nigdy by go nie zdradził, nawet jeśli to by znaczyło działanie przeciwko władzy. Pod tym względem rycerz był doprawdy wyjątkowy.
– Straciłeś kogoś? – zapytał sucho, patrząc przenikliwie na Kasjana.
– Nie wyglądasz na przejętego… a to ciekawe, bo w wyprawie wzięła udział Gaja.
Nie musiał mu o tym przypominać. Przecież sam zadbał o to, żeby jego pierworodna córka wyruszyła na wschód. Dziewczyna była istną mieszanką wybuchową charakteru jego oraz Kasandry.
– Gdyby coś jej się stało, już bym wiedział – mruknął.
– A jednak coś jej się stało. Najpewniej do końca roku nie będzie mogła unieść miecza. ­
Wbrew oczekiwaniom, odetchnął z ulgą. Gdyby Gaja skończyła z poważnym okaleczeniem, musiałby żałować decyzji, którą podjął wiele lat temu. Walczył o zgodę króla co najmniej kilka miesięcy, ogłoszenie porażki nie wchodziło w grę.
– Nie rozumiem miejsca królewny w szeregach Gwardii Królewskiej – przyznał Kasjan. – Powinna przebierać suknie i wyszywać wzorki na firankach.
– Nie doceniasz Kasandry.
– Doceniam – parsknął. – Dlatego mnie to dziwi. Chociaż…
Nie musiał tłumaczyć motywów swojego działania. Nie oczekiwał również, że Kasjan zrozumie, dlaczego wysłał Gaję na tak niebezpieczną wyprawę. Jednak on doskonale wiedział, że w świecie rycerzy trzeba być najlepszym. W innym wypadku rola sprowadza się do bycia wabikiem, który ginie, nim opanuje techniki porządnej walki…a żeby przerosnąć pozostałych, należało brać udział w zadaniach trudnych, czasami balansując na granicy życia i śmierci. Skoro jego córka miała zostać gwardzistą, musiała poradzić sobie z wysoko ustawioną poprzeczką. Nie było lepszej okazji niż podczas wyprawy z Kasjanem, który nie znosił porażek i w razie zagrożenia mógł ją ochronić. W ten czy inny sposób – w końcu wiedział, że to jego córka.
– Co teraz planujesz? – zapytał Dymitr, opierając łokcie na stole. – Bo chyba nie przybyłeś tutaj, żeby pogadać o polityce, nigdy cię nie interesowała – ostatnie słowa wypowiedział nie bez wyrzutu, który nie umknął uwadze mężczyźnie siedzącemu naprzeciw.
– W fiolce jest woda ze źródła – rzucił niedbale. – Zrób z nią, co uważasz za słuszne. Jakkolwiek twoja wizja tego nie przewidywała, z pewnością będziesz miał z niej jakiś użytek… albo wylej na pole, może wyrośnie krzak.
– Skoro wiedziałeś, że nie będę jej potrzebował, to po co posunąłeś się tak daleko, żeby ją zdobyć?
Kasjan nie odpowiedział, ograniczył reakcję jedynie do grymasu, który mógłby być uśmiechem, gdyby nie zmarszczone brwi. Dymitr postanowił nie wynikać. Powodów mogło być mnóstwo, zaczynając od zwykłej ciekawości a kończąc na typowej zawziętości, jednak jeśli stały za tym bardziej skomplikowane motywy, to on nie miał czasu poświęcać im uwagi.
– Pewny jesteś, że to ta woda? – zadał kolejne pytanie, tym razem ostrzej.
– Jeśli nie masz do mnie zaufania, możesz zapytać swojej córki. To ona wypełniła fiolkę – odparł, a Dymitr nie mógł powstrzymać uśmiechu. – Przy okazji sparzyła sobie całą rękę. Prawą na szczęście, bo nie trzeba być szczególnie wnikliwym, żeby dostrzec, że powinna walczyć lewą. ­– Ostatnie słowa były prowokacyjne, ale postanowił je zignorować. – Zanim rany pozwolą jej trzymać broń, miną ze dwa lata. Jeśli zacznie używać drugiej dłoni, poprawne umiejętności zyska przed końcem roku. Być może. Jeśli znajdziesz dla niej mistrza.
– W Lagarze żyje mnóstwo dobrych rycerzy.
– Tylko ona nie potrzebuje dobrego rycerza, ale oburęcznego, najlepszego nauczyciela…a taki jest tylko jeden.
Po tych słowach dwaj mężczyźni zamilkli, każdy pogrążony we własnych myślach. Dymitr doskonale wiedział, kogo Kasjan miał na myśli. Jednak od czasu, kiedy jego dawny mistrz posiadał odpowiednią ilość czasu, żeby przekazywać innym swoje wyjątkowe zdolności, wiele uległo zmianie. Obydwoje byli starsi, uwikłani w problemy królestwa, spędzające nierzadko sen z powiek. Proszenie go o pomoc w takich okolicznościach byłoby po prostu nieuczciwe.
– Wiem, co ci teraz wędruje po głowie – przerwał jego dumania Kasjan. ­– Jednak jesteś teraz pierwszym dowódcą, przestań się tak wszystkim przejmować i zacznij z tego korzystać.
– Dziękuję za radę, ale gdybym chciał być taki jak ty, najpierw zbudowałbym sobie szubienicę – rzucił złośliwie, ale nie osiągnął zamierzonego celu. Kasjan pod tym względem był jak skała… wszelkie słowne ataki zbywał śmiechem, głęboko przekonany o… tym, co tylko on sam wiedział.
– Możesz spróbować… ale nie wysyłaj mnie więcej z takimi dzieciakami – powiedział już o wiele poważniej. Wstał z fotela i ruszył do wyjścia. – Nie sprawdzam się w roli mentora.
Wiedział, że w końcu to powie. Kasjan przez wiele lat walczył w Gwardii Królewskiej, ale nigdy nie potrafił nawiązać dobrych relacji z ludźmi o innej randze niż jego własna. Ci lepiej usytuowani nie mogli znieść jego arogancji, sprawowanie pieczy nad młodszymi najwyraźniej go przerastało. Jako rycerz wolał działać sam, akceptując jedynie towarzystwo Nadara.
– Trzeba było pilnować pozycji – rzucił sugestywnie Dymitr. – A tak mogę cię do nich przywiązać na najbliższe pięć lat, a na misje wysyłać do sierocińców, żebyś mógł działać jako piastunka. Jestem w końcu pierwszym dowódcą, czas zacząć z tego korzystać.
– Zamiast takimi dennymi planami lepiej byś uwagę skupił na płodzeniu następcy – odgryzł się Kasjan. – Bo samymi córkami rodu nie przedłużysz.
Tym trafił w samo sedno. Dymitr wyraźnie sposępniał, ale nie na tyle, żeby nie dorzucić:
– Ty też nie, więc zastosuj własną radę, bo najwyraźniej brakuje ci potomka.
Ponownie nastała cisza, a napięcie było niemalże namacalne. Kasjan nie wyglądał na zaskoczonego ani wściekłego, jednak przymknął na chwilę powieki, najprawdopodobniej zbierając myśli. W powoli przygasającym świetle wyglądał jak nocna mara, jego dłoń spoczęła na rękojeści miecza, z którym nie rozstawał się od czasów młodości.
– Ja mam już syna – rzekł w końcu. ­– Nie potrzeba mi żadnego innego.

***

Medycy w obozie mieli zdecydowanie przewagę jeśli chodzi o profesjonalny sprzęt czy dostęp do lekarstw. Jednak Liliana nie darzyła ich zaufaniem, dlatego kiedy jeden z nich wyraził chęć sprawdzenia jej stanu zdrowia, odmówiła. Zwłaszcza że samopoczucie określała jako dobre. Nawet jeśli wizyta w lesie Czystych pozostawiła na jej ciele ślady, to kilka tygodni w domu Idy z pewnością je usunęły.
– Uuuu – usłyszała głos młodego chłopaka, który właśnie ściągnął bandaże z szyi Fomy. Faktycznie, kiedy spojrzała w tamtym kierunku, zaraz odwróciła wzrok. Rana wyglądała okropnie, na sam jej widok miała ochotę zwymiotować. Nawet oczyszczona i wielokrotnie opatrywana przez Idę budziła wstręt. Chłopak jednak nawet się nie skrzywił, kiedy medyk zaczął dotykać wrażliwego miejsca i przecierać go ładnie pachnącym płynem. Pozostał niewzruszony, przynajmniej takie sprawiał wrażenie.
Namiot, w którym przebywali, należał do armii królewskiej. Liliana nigdy jeszcze nie widziała tak sprawnie zbudowanej polnej lecznicy. Znakomicie ochraniała przed deszczem, a mimo to wpuszczała odpowiednią ilość światła. W środku ustawiono zarówno prycze jak i parawany, w powietrzu unosił się zapach ziół, wywarów. Całość utrzymano w nienagannej czystości, której skrupulatnie pilnowali sprzątacze. Medycy co jakiś czas zaglądali do rannych, poprawiając opatrunki.
Było to jednak pomieszczenie przeznaczone do udzielania pierwszej pomocy. Miejsce dla naprawdę cierpiących pozostawało zamknięte, a stworzone zostało na drewnianej, stabilnej konstrukcji, zapewniającej ciepło i bezpieczeństwo.
– Jesteście z Gwardii Królewskiej? – zapytał jej jeden z medyków z wyraźnym zainteresowaniem. Był to młodzieniec o różowych policzkach i zbyt wysokim jak na mężczyznę głosie. Dziewczyna przytaknęła krótko, nie widząc powodów, dla których miałaby kłamać. Zwłaszcza że zdradzało ją uzbrojenie. – Niesamowite! – zawołał, ale kiedy starszy od niego specjalista spojrzał na niego karcąco, pochylił głowę. – Nigdy nie widziałem żadnego. To prawda, że nie można was zabić?
Lilianie głos uwiązł w gardle. Nie miała pojęcia, jak powinna odpowiedzieć, nie do końca zresztą rozumiała pytanie chłopaka. Zerknęła kątem oka na rannego Fomę i zmarszczyła brwi.
– Na moich ziemiach mówią, że kto zaatakuje gwardzistę zostanie zamordowany przez niego albo chroniące go czary – wyjaśnił, wciąż zafascynowany obecnością rycerzy w namiocie. – To prawda, że chronią was specjalne moce?
– Gdyby tak było – zaczęła, starannie dobierając słowa – mój kolega nie wymagałby waszej troski.
Medyk zamrugał, jakby układając w głowie usłyszane zdanie. Po chwili wyszczerzył zęby.
– W normalnych okolicznościach powinien paść martwy, co nie Albert? – stwierdził zdawkowo, ignorując mordercze spojrzenie, którym uraczył go chłopak, do którego skierował pytanie. – Strzał prosto w szyję – dodał, teatralnie obracając głowę. Siedzący dalej Foma parsknął śmiechem, ale czy było to przejawem dobrego humoru czy rezygnacji, Liliana nie mogła określić. Jego szyja ponownie została owinięta bandażem.
– Przymknij jadaczkę, plebaku – powiedział drugi medyk, którego pierwszy nazwał Albertem.
– Ale może to też dlatego, że była z wami piegowata, co nie? – mówił dalej chłopak, ignorując zdegustowane miny otaczających go ludzi. – Ponoć krosty na twarzy przynoszą nieszczęście.
– Masz rację – powiedziała Gaja, zrywając się z pryczy. Medyk zadrżał na dźwięk jej ostrego głosu, ale nie zdążył zareagować, bo dziewczyna złapała go za kołnierz i popchnęła na drewniany stół. Stojące na nim specyfiki wylądowały na podłożu. – Tobie na pewno przyniosą, bo porachuję ci kości, gównojadzie! – uderzyła go pięścią w brzuch, przez co chłopak stracił oddech. Żaden z rycerzy nie zareagował. Liliana stała niewzruszona obok równie obojętnego Aarona, Foma tylko zamrugał z zainteresowaniem. W końcu jednak, kiedy dziewczyna wymierzyła trzeci cios, Milan złapał ją za rękę i siłą spróbował odsunąć od medyka.
– Uspokój się – syknął do niej, ale dziewczyna tylko zaklęła głośno.
– Gaja… – powiedział mężczyzna stojący przy wejściu do namiotu. Na dźwięk jego głosu natychmiast znieruchomiała. Liliana również spojrzała w tamtym kierunku, zaraz potem otworzyła w zdziwieniu usta. Zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, razem z pozostałymi rycerzami ugięła kolana, kłaniając się przed osobą pierwszego dowódcy.
Mężczyzna, stojąc tak blisko niej, robił piorunujące wrażenie. Od samego patrzenia dusiło ją w gardle, chociaż ten nie wyglądał na zainteresowanego jej obecnością. Jego pełne niezadowolenia spojrzenie zatrzymało się na rudowłosej dziewczynie, która sprawiała wrażenie speszonej jak nigdy.
Dopiero teraz do Liliany dotarło jak strasznie ta dwójka była  podobna. Różnił ich kolor oczu czy włosów, ale rysy czy przede wszystkim mimika twarzy sprawiały, że następca tronu po prostu nie mógł zaprzeczać istnieniu córki. Nikt by mu nie uwierzył.
Gaja z początku jakby nie wiedziała, w jaki sposób powinna zareagować. Zerknęła zdenerwowana na przewrócony stół, przestraszonego medyka, rycerzy i stojącego obok pierwszego dowódcy kapitana, by następnie wykonać coś, co można by nazwać dworskim ukłonem, gdyby dziewczyna w połowie wykonywanej czynności nie zmieniła zdania i nie powtórzyła zachowania pozostałych gwardzistów.
Jednak pierwszy dowódca nie przemówił do żadnego z nich, zamiast tego pytanie skierował do najstarszego spośród medyków.
– Co się tutaj dzieje? – jego głos wyrażał uprzejmą ciekawość, jednak oczy wciąż pozostawały rozeźlone.
– Gorąca krew, wasza wysokość – odpowiedział mężczyzna, służalczym tonem. Kapitan wywrócił oczami za plecami następcy tronu.
– Wstańcie – rozkazał rycerzom, którzy natychmiastowo wykonali polecenie, by stanąć w pozycji, której przez lata uczono ich w Lagarze: wyprostowani, z lekko pochyloną głową, jedną ręką opuszczoną wzdłuż ciała, drugą na rękojeści miecza. Pierwszy dowódca wskazał palcem na Gaję, później na wyjście. Dziewczyna podskoczyła w miejscu, by następnie skulona opuścić namiot. – Gratuluję wykonanego zadania – powiedział do pozostałych. Liliana nie mogła powstrzymać uśmiechu, nawet jeśli nie powinna czuć dumy. – Wasz kapitan powiedział mi o tym, jak sobie poradziliście. Oby tak dalej. – Po tym krótkim przemówieniu, wyszedł, pozostawiając ich w towarzystwie Kasjana, z charakterystycznym uśmieszkiem wymalowanym na twarzy. 
– Przygotujcie się do wyjazdu, wracamy do Lagary – powiedział oschle.  Jak zwykle w krótkiej chwili jego nastrój uległ zmianie i z przeciętnego zadowolenia przeszedł do zniecierpliwienia. – Przestańcie też przynosić wstyd Gwardii Królewskiej i atakować ofermy.
Medyk, o którym pokrętnie mówił kapitan zrobił głupią minę, wyrażającą mieszaninę niezadowolenia i strachu. Jednak nie śmiał wyrazić oburzenia w stosunku do mężczyzny któremu sięgał najwyżej do przedramion.
– Dy… – zaczął Kasjan, ale przerwał zanim wyrzucił z ust chociaż jedno słowo. – Pierwszy dowódca użyczył nam koni, zastąpią nam te, które straciliście na wyprawie.
Liliana pochyliła głowę, ale kapitan nie zwrócił uwagi na ten pokorny gest. Dziewczyna zerknęła na Milana, który jednak stał wyprostowany i sztywny jak kij od miotły.
– Macie jakieś pytania? ­– Kiedy żaden z młodych rycerzy nie odpowiedział, dodał głośno – To świetnie, pójdziecie do namiotu, gdzie wydają racje żywnościowe. Nie przesadzajcie tylko, bo czeka nas długa droga. Nie wdawajcie się również w dyskusje bez potrzeby – podkreślił ostatnie dwa słowa, mierząc ich jednocześnie ostrym spojrzeniem. – Foma – przemówił bezpośrednio do jasnowłosego chłopaka. – Ciebie zabieram ze sobą. Aaron, pamiętaj, o czym ci mówiłem.
Liliana zamrugała zdezorientowana, jednak stojący niedaleko niej rycerz zachował twarz niewyrażającą żadnej emocji.
Razem wyszli z namiotu, pozostawiając niezbyt zadowolonych medyków, przy czym jedynie w trójkę ruszyli do miejsca, które wskazał im kapitan.
– Co teraz będzie? – zapytała bez entuzjazmu, odgarniając włosy z twarzy. Razem mijali kolejne grupki obcych mężczyzn, którzy spoglądali na nich z ciekawością.
– Kolejne zadanie, potem następne i znowu – odpowiedział jej Milan, nie zwracając uwagi na niemałe zamieszanie, które wywołali.  – Zapewne po powrocie do Lagary nie zobaczymy się przez rok albo i dłużej. – Nie wyglądał na przejętego, chociaż Liliana wcale tego po nim nie oczekiwała. Sama nie była przekonana czy chce widywać go częściej niż raz na kwartał.
– Najważniejsze, żeby nie trafić na granicę – dodał beznamiętnie Aaron.
Ona nie mogła uniknąć wrażenia niepokoju, które ogarnęło ją w momencie, w którym usłyszała o wyprawie do lasy Czystych. Kolejne zadania, zamknięcie poprzedniego, ruszenie dalej, bez krótkiego spojrzenia wstecz … z jakiegoś powodu nie potrafiła skupić na tym uwagi. Jakby zadanie wciąż tkwiło na ich barkach, za ich oczami przeobrażając się w coś o wiele poważniejszego.

Jeśli tak było, z pewnością prędzej czy później miała się o tym przekonać. 

***

To by było na tyle, jeśli chodzi o tę wyprawę, Kilka rzeczy się wyjaśniło, po drodze przewinęło się też sporo pytań, na które będzie można szukać odpowiedzi w kolejnych częściach. 

Teraz też będę powoli przechodzić do wątku głównego. Oczywiście wyprawa do źródła Czystych również jest znamienna dla sensu całej historii, ale już niedługo wyjdą na jaw nie tylko poszczególne elementy przeszłości Liliany i Aarona, ale również Kasjana. Wprowadzę także kilka ciekawych postaci (mam nadzieję), w tym tę, która będzie moją nicią łączącą prolog z dalszą częścią historii. 

Mam nadzieję, że ten rozdział wam się podobał, chociaż kilka razy go zmieniałam, bo z jednej strony odnosiłam wrażenie, że wszystko przyjmuję jako "jasne i oczywiste", więc nikt mnie nie zrozumie... a potem znowu zahaczałam o to takie encyklopedyczne wyjaśnienie. Chyba jakoś to wyśrodkowałam, ale w zasadzie ocenę zostawiam wam ; ) Co myślicie o motywach pierwszego dowódcy? 

Pewnie kilka osób dostrzegło, ale dodałam podstronę "co czytam", gdzie zamieściłam sobie linki do tego, co sobie w wolnych chwilach pochłaniam. Jeśli kogoś tam nie ma, to albo on za wolno pisze albo ja za wolno czytam haha. Zapraszam serdecznie i mam nadzieję, że nic nie pokręciłam - jak coś, można do mnie pisać. 

Myślałam też o innych pierdółkach, którymi mogłabym wzbogacić to miejsce, ale nie mam do końca pomysłu... no i nie wiem, czy kogokolwiek by to obchodziło. Jak macie jakieś pomysły, to będę bardzo wdzięczna ; ) 
Na razie dam tak od czapy link do mojego konta na FFnet, bo w sumie kto biednemu zabroni. Przed rycerzykami pisałam sporo ficków ze świata "Harry'ego Pottera", więc jeśli ktoś lubi, to serdecznie zapraszam. 

Chyba tyle! Ściskam każdą zagubioną duszę ; ))

sobota, 19 listopada 2016

Rozdział VI cz.1

Pierwszy dowódca 


Rycerze gwardii od zawsze budzili przestrach i szacunek. Uznawano ich za elitę, najlepszych spośród najlepszych. Trenowano od najmłodszych lat, tylko szczególne jednostki mogły kiedyś włożyć czarną zbroję, by później z dumą nazywać się wykonawcą woli samego króla.
Historia nie wskazuje początku ich istnienia. Najbliżsi wojownicy władcy funkcjonowali właściwie od zawsze. Jednak dopiero dwieście lat przed tym, kiedy na tronie zasiadł      Sambor I, wprowadzono szczególne zasady dotyczące przyjmowania rekrutów. Z czasem Lagara przestała być tylko twierdzą, stając się całym kompleksem szkoleniowym dla nieświadomych przeznaczenia chłopców. Po długim czasie ćwiczeń w zamknięciu, młodym pozwalano opuszczać tereny zamku, aby wykonywać najpilniejsze zadania.
Z czasem szeregi gwardii wzrastały, głównie żeby stanowić opór dla rosnących sił magnatów. Chociaż w stolicy jak i poza nią stacjonowały uzbrojone oddziały, żaden z nich nie dorastał do pięt rycerzom króla. Później jednak ich pozycja osłabła, głównie za sprawą rozwijającego się tworu państwowego, gdzie przytłaczające obowiązki władcy udaremniały mu sprawną kontrolę nad poddanymi. To właśnie wtedy stworzono specjalną pozycję pierwszego dowódcy.
Na początku miał on być jedynie doradcą w szeregach gwardii. Celem pozostawała jedynie kontrola, bez wnikania w przyzwyczajenia, tym bardziej bez możliwości wprowadzania zmian. Z czasem jego rola zyskiwała na sile, by ostatecznie z niewiele znaczącego pionka stać się prawdziwym utrapieniem. Najczęściej denerwował, wprowadzał nieprzyjemną atmosferę podejrzliwości, gdzie każdy fałszywy krok mógł zaprowadzić prosto do lochu. Jako wysłannik króla zazwyczaj o funkcjonowaniu samej gwardii wiedział niewiele, próbował więc przyrównać ją do innych formacji rycerskich. Do Lagary przybywał po to, żeby o sobie przypomnieć, bo na co dzień powierzano mu istotniejsze zadania. Stąd też formalnego zwierzchnika traktowano jak wroga.
Nic więc dziwnego, że nominacja na pierwszego dowódcę Dymitra bynajmniej nie ucieszyła. Jednak to nie pierwsza decyzja króla, która kojarzyła mu się tylko z kolejną kłodą rzuconą pod nogi. Dlatego przyjął ją ze spokojem… i dalej działał po swojemu.
Do twierdzy przybywał tak rzadko jak każdy poprzednik. W ten sam sposób spełniał wolę władcy. Jednak w przeciwieństwie do pozostałych, o samej gwardii wiedział dużo. Również w odmienny sposób kontrolował jej poczynania. Może wynikało to z ogromnego szacunku, którym darzył Racława… albo po prostu nie miał na to wszystko czasu.
Jako następca tronu musiał kierować cała armią królewską, nie tylko najlepszą częścią. Stąd też jak nie szukał aktualnie kolejnego stratega, to próbował utrzymać dyscyplinę w obozie, w którym zabrakło hetmana. Co więcej, wschodnia granica z każdym miesiącem rodziła coraz więcej konfliktów. Zamiast porządnej bitwy, czekała ich fala bezsensownych potyczek. Wcale nie zaskakiwał go fakt, że rycerze w obozach umierali ze znużenia. Brakowało im dobrego jadła, kobiet i wszystkiego, co mieli pod dostatkiem w domach. Konsekwencją tego były zbiorowe kradzieże oraz gwałty, przez co do króla trafiało coraz więcej skarg.
Gdziekolwiek nie trafiał, czekał na niego kolejny problem. Tak jak teraz, we wschodnim obozie w Kosyce.
– Naczelnik nakazał ich ściąć, wasza wysokość – mówił doradca piskliwym głosem. ­– Twierdził, że za dezercję obowiązuje kara śmierci.
Dymitr pochylił się nad mapą, na której dwóch strategów niedawno próbowało stworzyć zaskakujący plan poradzenia sobie z ciężką sytuacją na granicy. Kiedy jednak dostrzegł poustawiane przez nich figury dotarło do niego, że byli całkowicie bezużyteczni.
– Wśród nich jest syn magnata Ambroskiego, to wielka persona – próbował zwrócić jego uwagę doradca. ­– Pozbawienie go życia mogłoby zostać źle odebrane na dworze, wasza wysokość.
Mieli niewielką ilość sfrustrowanych i niezdyscyplinowanych rycerzy, powoli topniejące zapasy żywności. Musieli rozbójników pokonać jak najszybciej, żeby podnieść morale, uspokoić nastroje. Najpierw powinni wywabić tamtych z ukrycia. Tylko jak?
– Wasza wysokość?
Dymitr spojrzał na niego wyraźnie znudzony. Podrapał się po czole, by w końcu powiedzieć.
– Wezwij do mnie naczelnika.
– Oczywiście, wasza wysokość! – Doradca dumnie wypiął pierś i opuścił namiot.
Przynajmniej teraz miał trochę spokoju.
Gdziekolwiek nie ruszał, zawsze wysyłano z nim irytującego błazna, którego pomoc ograniczała się do przytakiwania, ewentualnie przypominania o dworskich manierach. Przez jakiś czas pozostawiano jedną osobę na tej pozycji, dzięki czemu Dymitr zdążył przywyknąć oraz nauczył unikać drażniącego towarzystwa. Nagle jednak linia postępowania władcy uległa zmianie. Zaczęto zastępować doradców z każdą wizytą w zamku, co następcę tronu doprowadzało do furii.  Musiał mimo wszystko trzymać temperament na wodzy.
Uwięziony w obozie w Kosyce, próbował zmienić ustawienie figur na mapie, ale w tym nigdy nie był dobry. Potrafił opracować proste plany bitewne, nic ponad to. Dlatego większą uwagę skupiał na odpowiednim doborze osób w swoim gronie. Tylko porządnych strategów w końcu zaczynało brakować. Zainwestowałby więcej w ich szkolenie, jednak król mu odmówił, twierdząc, że to zbędny wydatek złota. Dymitr powinien powiedzieć, że zamiast za te wszystkie bezsensowne bale w stolicy mógłby zapłacić co najmniej dziesiątce mistrzów. Jednak zachował to dla siebie. Wielkiemu Samborowi do rozsądku potrafiła przemówić tylko jego matka, która niestety już od wielu lat nie żyła.
Zanim zdążył wpaść na porządny pomysł, do namiotu wkroczył naczelnik w towarzystwie doradcy. Pierwszy wyglądał na przestraszonego. Całkiem słusznie, bo następca tronu mógł jednym ruchem dłoni przekreślić przyszłość. Mężczyzna z pewnością należał do niższych niż Dymitr, sprawiał też wrażenie człowieka, który znacząco schudł w krótkim czasie. Wynikało to najpewniej z ilości obowiązków, które złożono na jego barkach. Niegdyś naczelnicy nie mieli zbyt wiele roboty, ale Dymitr dostawał białej gorączki od lenistwa tak samo swojego jak innych. Dlatego znalazł zajęcie dla każdego, kogo przyłapał na odpoczynku.
– Słyszałem, że kazałeś ściąć dezerterów – rzucił, nie odrywając się od zajęcia, nad którym obecnie skupił uwagę.
– W tym syna magnata Ambroskiego – dodał dumnie doradca. ­– Bez konsultacji z nikim wyższym rangą, to doprawdy… – Zamilkł, kiedy Dymitr uniósł rękę.
– W prawie jest karać śmiercią dezerterów, wasza wysokość – tłumaczył naczelnik drżącym głosem. – Jeśli jednak życzysz sobie…
– W prawie jest zapisane – przerwał mu spokojnie. – Żeby dezerterów wieszać na szubienicy, nie pozbawiać ich głowy.
Obydwaj mężczyźni zamarli.
– Ścięcie to kara dla osób honorowych – kontynuował Dymitr, tym razem patrząc bezpośrednio na naczelnika. – Osoby uciekające z pola bitwy, opuszczające swój kraj w potrzebie na taki honor nie zasługują.
– Tak, wasza wysokość – wyjąkał zdezorientowany naczelnik. Najwyraźniej nie przekonały go jeszcze słowa następcy, ale pogląd na sprawę z każdą sekunda ulegał zmianie.
– Ale panie! – podniósł głos doradca. Wyglądał na oburzonego, co Dymitra wprawiło w stan szczerego rozbawienia.
– To ogromny dyshonor dla magnata Ambroskiego, że nie wychował syna na godnego rycerza. Nie omieszkam mu o tym wspomnieć.
– Nie możesz…
– Czy ty właśnie próbujesz mi mówić, co mogę a czego nie mogę robić? – Uniósł brwi w geście zdziwienia. Doradca nie wydobył z siebie głosu. Bardzo słusznie. Wtedy Dymitr kazałby go powiesić razem z resztą. Już wystarczająco długo testował cierpliwość mężczyzny.  – To wszystko. Możecie odejść.
Naczelnik wykonał polecenie od razu, doradca stał jak sparaliżowany, ruszył dopiero, gdy Dymitr wskazał mu ręką na wyjście. Kiedy w końcu został sam, usiadł na krześle, opierając łokcie na stole.
Rozdrażnienie powoli przejmowało nad nim kontrolę, ale czego mógł oczekiwać, skoro już od dłuższego czasu nie spotkał go żaden sukces. Powoli tonął w obowiązkach, które na niego narzucono, ale przecież taka rola następcy. Nieustannie mu o tym przypominano.
Sięgnął po stertę zapieczętowanych listów, które dostarczono mu rankiem. Do tej pory nie znalazł czasu, aby przejrzeć korespondencję. Większość z nich wysłano ze stolicy, więc dotyczyły kolejnego niecierpiącego zwłoki problemu, któremu Dymitr miał poświęcić uwagę. Oczywiście istniała licha nadzieja, że jakakolwiek wiadomość obwieszczała o znalezionych specjalistach, ale szczerze w to wątpił. Tylko dwie adresowano spoza centralnej części państwa i tak jak utyskiwań magnata Szczepana się spodziewał, tak już listu Flory nie.
Marszcząc brwi, rozpieczętował perfumowaną kopertę, żeby dostrzec tam ślady starannego pisma kobiety, którą lubił właśnie za to, że nigdy nie zawracała mu głowy.
Flora z wyglądu do złudzenia przypominała jego żonę, pod względem osobowości nie mogła się bardziej różnić. Z charakteru była prosta, pogodna, niewymagająca, do bólu wręcz pospolita. Mieszkała ze starym młynarzem, niewiele mówiła, nie zadawała pytań. Wiedziała, czego chce, a jednak nie prowadziła podwójnej gry. Przebywanie w towarzystwie tej kobiety przynosiło ulgę, bo jej, dla odmiany, nikt nie zmusił do tego, żeby dzieliła z nim łoże. Lubił ją… co nie oznacza, że miał ochotę wymieniać z nią listy.
Całość jedynie przeleciał wzrokiem. Mimo to dostrzegł słowo „brzemienna” i zaklął pod nosem.
Flora nosiła w sobie jego dziecko, przynajmniej tak twierdziła, przysięgając, że ze swoim mężem nie utrzymuje kontaktów cielesnych. Nie widział powodów, żeby nie wierzyć, przecież nie tak łatwo udawać matkę dziecka następcy tronu. Tylko osoba bezwzględnie głupia podjęłaby się takiego wyzwania. Chociaż tak naprawdę Dymitr nie wiedział zbyt wiele na ten temat. Do tej pory nie miał żadnej kochanki i tylko zbieg okoliczności przyniósł w tym zakresie zmiany. To go zresztą odróżniało od pozostałej części dworu, gdzie romanse stanowiły naturalny porządek rzeczy, jak zjedzenie śniadania albo polowanie. Może powinien dokładnie przemyśleć konsekwencje swojego działania, ale teraz już za późno na żale Jeśli kobieta mówiła prawdę, to za kilka miesięcy świat przywita pierwszego bękarta Dymitra, a Kasandra…
Otworzył kolejny list, odkładając poprzedni problem na inną okazję. Musiał porozmawiać z Florą w cztery oczy, dlatego najpierw należało opuścić ten przeklęty obóz... czyli zacząć od posprzątania bałaganu.
Kiedy jednak przełożyć stertę papierów na druga stronę stołu, dostrzegł kolejną kopertę, ze szkarłatną pieczęcią dowódcy wojsk na granicy południowo-wschodniej i krótkim znaczkiem „PILNE”. Zmarszczył brwi, maskując zaskoczenie. Wieści z tamtych terenów oczekiwał nie wcześniej niż w następnym miesiącu.
Pierwszym, co rzuciło mu się w oczy, było szczególnie niestaranne pismo. Pochylone litery, rozmazany tusz… wszystko to budziło niepokój. Jednak treść wiadomości znacząco przerosła jego wyobrażenia.

Obóz rozbity. Dwóch ludzi. Bez chorągwi. Natychmiastowy rozkaz wycofania.

Usiadł zdezorientowany na krześle, próbując rozszyfrować przekazane słowa. Nie zawierały pozdrowienia ani należnej formy piśmiennej w stosunku do następcy tronu. Oznaczało to, że nadawca nie miał czasu na sformułowanie odpowiedniego listu, całość ograniczył do komunikatu.
Dwójka ludzi nie mogła zniszczyć całego obozu, więc o co chodziło? Czyżby miał na myśli dowódców… zdrajców? Skąd mógł nadejść atak? Jeśli agresorzy nie nosili chorągwi, musieli działać z ukrycia, ale ku chwale czego. Przecież to nie pierwszy atak ze wschodu. Chyba, że to wcale nie byli ludzie z tych terenów. Tylko kto?
Musiał opuścić Kosykę i ruszyć na południe. Jednak pośpiech działał tylko na jego niekorzyść. Być może tamta tragedia miała go odciągnąć od zaplanowanych wyjazdów.
– Zbierz moich ludzi – powiedział zaraz po wyjściu z namiotu do pierwszego napotkanego rycerza. – Każ przygotować odpowiedni ekwipunek, wezwij doradcę i posłańca.
Musiał ich wysłać jeszcze przed sobą, żeby zbadali szkody, przyczyny i przebieg ataku. Sam chciał wyruszyć dopiero za kilka dni, kiedy ustabilizuje sytuację na miejscu.  Zorganizowanie tego zajęło mu więcej czasu niż planował. Zanim się zorientował, na niebie jaśniały gwiazdy, a po obozie spacerowały tylko pojedyncze jednostki.
To oczywiście nie pierwsza sytuacja, w której błyskawicznie zostali pokonani przez siły wroga. Jednak zazwyczaj otrzymywał kompletny raport zamiast enigmatycznej wiadomości, która mogła znaczyć właściwie wszystko. Opadł na krzesło zmęczony, doskonale wiedząc, że następnego dnia wcale nie będzie lepiej.
– Powinieneś bardziej o siebie dbać, Dima – usłyszał niski głos tuz przy wejściu do namiotu. Od razu go rozpoznał. Próbując ukryć zdenerwowanie, złapał leżące najbliżej jabłko i ścisnął je w dłoni.
– Wiedziałem, że wkrótce tu zawitasz – rzucił niezbyt pewnie, patrząc na swoje zbielałe knykcie.
– A jakże! – zaśmiał się mężczyzna, stając w lichym świetle lampy. – Potrafię czytać w twoich myślach.
Nie widział go co najmniej od kilku lat, ale najwyraźniej dla Kasjana czas się zatrzymał. Mimika twarzy, uczesanie, uzbrojenie, gesty, sposób poruszania były identyczne jak wcześniej, mógł spokojnie założyć, że zachował swoje młodzieńcze rysy, nawet jeśli w półmroku nie dał rady ich ocenić. Poczuł znajomą irytację na widok tego zuchwałego uśmieszku, pobłażliwego spojrzenia i niedbałego ruchu dłonią.
– Skoro znasz wagę zadania, to po jego wykonaniu powinieneś gnać do Lagary, czy nie tak? – powiedział wyniośle, ale kiedy Kasjan parsknął, nie mógł powstrzymać się od niepewnego przeczesania włosów.
– Daj spokój – rzucił niedbale, po czym położył na stole fiolkę. Dymitr spojrzał na nią zdziwiony, ale milczał. Nie wiedział, o co powinien zapytać, żeby uzyskać zadowalającą odpowiedź. Zwłaszcza, że przebywający z nim mężczyzna nie stracił nic ze swojego protekcjonalnego tonu. Dlatego sięgnął po drobny pojemnik, ale wtem przypomniał sobie, że wciąż ściskał w dłoni jabłko. Z roztargnieniem odłożył je na miejsce, po czym chwycił fiolkę i sprawdził zawartość. W środku znajdowała się ciecz przypominająca wodę, ale nie miał okazji dokładnie sprawdzić.
– A to jest….? – zapytał głupio… co Kasjan wyśmiał. Jednak wbrew wszystkiemu nie tak łatwo prowadzić kilka spraw na raz, zwłaszcza jeśli każda miała równy stopień wartości. Potrzebował przynajmniej kilka chwil, żeby przypomnieć sobie szczegóły zadania, które pozostawił na rękach rycerzy gwardii.
– Woda, po którą wysłałeś bandę szczeniaków, w tym swoją córkę – powiedział, kładąc nacisk na ostatnie słowo. – Sądziłem, że będziesz miał wobec niej więcej skrupułów… ale teraz już wiem, dlaczego to zrobiłeś.
– Tak? – burknął, nie wiedząc, co właściwie powinien odpowiedzieć.
– Jednak bardziej ciekawi mnie to, po co zorganizowałeś to całe zadanie, skoro tak naprawdę wcale nie zależało ci na wodzie Czystych – stwierdził twardo, wbijając w niego spojrzenie ciemnych oczu. – Od samego początku zakładałeś, że dostarczysz królowi zwykłą. – Dymitr nie wykonał żadnego gestu, którym miałby potwierdzić lub zaprzeczyć słowom mężczyzny. ­– Drugi dowódca o tym wiedział? Czy postanowiłeś działać na własną rękę?
– Zorganizowałeś mi przesłuchanie? – rzucił ze złością. – Przemyśl, do kogo mówisz. Nie obchodzi mnie twoje wygórowane…
– Skończ, Dima! – podniósł głos. – Nie zachowuj się jak dzieciak.
Na jego policzkach zakwitł rumieniec, co wprawiło go w jeszcze większe zakłopotanie. Na ten widok spojrzenie Kasjana jakby złagodniało. Mężczyzna przez długą chwilę milczał, a Dymitr wbił spojrzenie w drugą stronę namiotu, jakby w ciemności dostrzegł wyjątkowo ciekawe zjawisko. W końcu Kasjan westchnął głośno i powiedział już w zupełnie innym tonie:
– Trudno walczyć ze starymi przyzwyczajeniami.
To oczywiste. Dymitr sam nie potrafił pokonać własnych. Wielokrotnie próbował wyobrazić sobie ich rozmowę, żeby dla odmiany zareagować inaczej, ale w praktyce spotkanie wyglądało dokładnie tak samo jak ostatnio i kilka lat wcześniej. Chociaż dzieląca odległość powinna zbudować mur braku zaufania, on czuł, że w chwili nieuwagi wyśpiewałby mu wszystko. Zupełnie jakby życie w dwóch zupełnie obcych światach nie miało żadnego znaczenia. Nawet gdy próbował traktować go z dystansem, emocje zaraz dawały o sobie znać. Za każdym razem.

– Tak – rzucił w końcu. Dostrzegając pytające spojrzenie Kasjana, dodał – To jest odpowiedź na twoje pytanie. 

***

Hej cześć i czołem! 

Wreszcie, po długim czasie, udało mi się opublikować kolejną część. Jest ona stosunkowo krótka, bo i rozdział nie należy do długich, a nie chciałam już was zadręczać kilometrowym tekstem. Dlatego kolejny post będzie się zaczynał trochę hm... no trudno było mi znaleźć dobry moment, żeby ten rozdział podzielić i będzie to zwyczajnie kontynuacja tego, co tutaj ma miejsce, bez zbędnych wstępów i opisów. 

Przepraszam za błędy, bo wstępnie poprawiałam, ale też nie chciałam już zbędnie przedłużać. Powiem wam, że jestem znowu nakręcona tym, co sobie piszę i WRESZCIE po prostu, bo próbowałam, dużo bzdur napisałam, które musiałam potem kasować i już nie mam tego problemu. 

Ciekawi mnie, jak wam się podobało ; ) Dymitr to bardzo ważna postać i już czas najwyższy, żeby napisać o nim kilka słów. 

Ponieważ druga część tego rozdziału będzie już podsumowaniem całej wyprawy, chciałabym, żebyście nie krępowali się zadawać pytań, jeśli czegoś nie zrozumieliście albo nie zapamiętaliście. 

Chyba tyle :D 

niedziela, 25 września 2016

Ogłoszenia parafialne

Hej cześć i czołem!

Czuję się zobowiązana napisać, że do końca października (niestety), nie będę mogła być aktywna ani tutaj ani w żadnym innym miejscu. Czeka mnie bardzo ważny egzamin, no i wiadomo.

Dlatego informuję, że nie porzucam Rycerzyków ani czytania waszych blogów, po prostu do listopada (a jeśli będę miała więcej szczęścia to do grudnia) nie mogę się temu poświęcić. Może mnie coś natchnie po drodze, ale to raczej w ramach przypadku.

Mam nadzieję, że po przerwie będzie na mnie czekać dużo rozdziałów do nadrobienia ; )


czwartek, 25 sierpnia 2016

Rozdział V cz. 2

Milan wyciągnął z woreczka przymocowanego do pasa czarny proszek i wyrzucił go na ziemię.
Powietrze przysłoniły kłęby ciemnego dymu. Nie widział już ani napastników, ani Liliany, ani nawet własnych palców. Wstrzymał oddech, zacisnął powieki i spróbował odnaleźć ślad dziewczyny. Natomiast to ona pierwsza chwyciła go za rękę, by zaraz pociągnąć za sobą. Usłyszał głośne rzężenie koni, jeden z nich omalże nie przygniótł ich swoim cielskiem. Kilka razy upadli na ziemię, ale nie przejmowali się tym. Biegli przez trawy, a głos wyjących ludzi ucichał z każdym krokiem.
Dopiero kiedy Milan w rozpędzie trafił w drzewo, mimowolnie otworzył oczy. Poczuł okropny ból, z nosa pociekła krew, ale chociaż uciekli już poza zasięg trującego dymu.
Razem z Lilianą weszli do lasu, żeby gnać, dopóki nie zabrakło im tchu. Ukryli się w chaszczach i tam siedzieli aż do zmroku, nie znajdując dość odwagi chociażby na zmianę pozycji. Dopiero kiedy otoczyła ich ciemność, postanowili spróbować odnaleźć drogę.
Nie chcieli wracać do miejsca, w którym pozostawili nieprzytomnych rycerzy. Tamci mogli już dawno odjechać, ale pozostawała możliwość, że czekali, gotowi do ataku. Nie mieli wątpliwości, że ich szanse na zwycięstwo w pojedynku wynosiły zero. Zapas szczęścia wyczerpali najprawdopodobniej na kolejny miesiąc. Udało im się uciec tylko dlatego, że przeciwnicy ich nie docenili, a Milan wciąż trzymał przy sobie resztki prochu Havary – niesamowitej broni pochodzącej z południowych kopalń. Korzystano z niej wyjątkowo rzadko, głównie ze względu na wysoką cenę, ale również szkody, które wyrządzała na polu bitwy. Teoretycznie nie powinna zabić zdrowego człowieka, ale zwierzęta padały od razu po bezpośrednim kontakcie. Nie wiedzieli również, jakie skutki pozostawiał proch po wielu latach, wciąż pozostawał on nowym wynalazkiem.
Lecz to nie wrodzy rycerze stanowili teraz dla nich największy problem. Zarówno Milan jak i Liliana nie orientowali się w okolicy, nie potrafili w żaden sposób określić ścieżki prowadzącej do celu. Byli przekonani że nawet wielogodzinna błąkanina po lesie nie przyniesie efektów. Tymczasem nie dostrzegali żadnego wyjścia, więc maszerowali.
– Możemy podejść do drogi, ale na nią nie wchodzić – zaproponowała Liliana. – Jeśli usłyszymy po drodze tamtych, po prostu zwiejemy.
Tak też zrobili. Chociaż nie mieli pewności, czy obrany przez nich kierunek prowadził do miejsca, z którego uciekli. Milana uderzyło okropne znużenie, zaczął utykać, co jakiś czas stawał przy drzewie, żeby uspokoić oddech. Liliana, o dziwo, wyglądała bardzo dobrze, ale przecież właśnie tego od niej oczekiwał. Dziewczyna sprawiała wrażenie przesadnie delikatnej, a zdolnością przetrwania wyprzedzała wszystkie znane mu dotąd osoby.
Przywykł już do ciemności w lesie, dlatego potrafił rozpoznawać liche kształty drzew, kroki stawiał ostrożnie,  nie mógł wpaść w naturalną pułapkę. Wyostrzył zmysł słuchu, żeby w porę zdać sobie sprawę z czyhającego zagrożenia. Dlatego, kiedy usłyszał nietypowy dla tego miejsca szelest, zamarł. Zobaczył przemykający cień mężczyzny, ale nie mógł stwierdzić, czy on też zdawał sobie sprawę z ich obecności. Drobne światło księżyca odbiło się od klingi, nie pozostawiając złudzeń, co do tożsamości człowieka. Musiał to być rycerz, najprawdopodobniej nie byle jaki, gdyby oceniać rękojeść. Chodził wokół nich, szukając czegoś… albo kogoś… może właśnie nich. Chcąc uciec od niebezpieczeństwa, Milan zrobił krok w tył.

To był błąd.

Jego stopa nacisnęła na suchą gałąź, która złamała się z donośnym trzaskiem.
Zaraz poczuł, jak ktoś przypiera go do drzewa. Zabrakło mu tchu, ale nawet w całkowitej ciemności potrafił rozpoznać Nadara. Nie miał pojęcia, czy rycerz wiedział, że przed nim stoi Milan, ale nawet jeśli, to nie dał tego poznać. Zacisnął palce na szyi chłopaka, puszczając dopiero wtedy kiedy chłopak zaczął kaszleć. Potem uderzył łokciem w brzuch i rzucił:
– Dziewczynka niech też tu podejdzie, zanim znowu zgubi główkę!
Liliana podskoczyła w miejscu, ale nie śmiała nie wykonać polecenia. Jej wzrok skupił się na zgiętym w pół Milanie któremu Nadar nie oszczędził bólu.
– Kasjan twierdzi, że jesteście młodzi, dlatego działacie jak idioci – powiedział, chwytając chłopaka za włosy i siłą zmuszając go do wyprostowania. ­– Ja myślę, że po prostu jesteście idiotami i aż dziw bierze, że ktoś was nie zabił, bo sam mam ochotę. Dwójka najbardziej irytujących szczyli. Widzę, że znaleźliście wspólny język. Nadęty mądrala i bezużyteczny kwiatuszek.
Nie znalazł dość odwagi, żeby mu się odgryźć. Zadany cios bolał zbyt mocno, nie chciał sprowokować kolejnego.
– Powiedział arogancki lubieżnik z przytępionym słuchem – syknęła Liliana, ale zaraz potem zasłoniła twarz rękoma, najprawdopodobniej zaskoczona własną zuchwałością.  
Nadar parsknął śmiechem, po czym machnął ręką i uderzył Milana ponownie – tym razem w szczękę. Chłopak poczuł, jak trzeszczą mu zęby, chyba tylko cudem ich nie stracił. Wszystkich. Zamiast tego upadł na ziemię, wycierając nosem runo leśne.
– Macie szczęście, że to nie ja jestem waszym kapitanem – powiedział rycerz typowym dla siebie tubalnym głosem. – Albo ja mam szczęście, bo musiałbym słuchać waszych tłumaczeń… a te gówno mnie obchodzą. Wracamy!
Milan z trudem wstał z ziemi, chociaż znacząco pomogła mu Liliana, chwytając go za ramię i trzymając, dopóki nie odzyskał równowagi. Chciał jej podziękować, ale dziewczyna nie dała mu szansy, ruszając za Nadarem.
Wbrew wszystkiemu, dom Idy nie znajdował się tak daleko, jak przypuszczał. Chociaż dotarli tam dopiero ze wschodem słońca. Od razu poczuł ulgę, bo bolała go każda część ciała. Zaczynając od rany, którą zyskał jeszcze w lesie Czystych, a kończąc na tym, co zaoferował mu w prezencie Nadar. Chociaż i tak nie mógł uniknąć uczucia ulgi, która pojawiła się wraz ze starszym rycerzem. Spotkanie z nim nie należało do najprzyjemniejszych, ale zapewniało poczucie bezpieczeństwa. Tak jak wtedy… ale do tego wspomnienia nie chciał wracać.
Kiedy wkroczyli do kuchni, przy stole siedział już kapitan. Twarz mężczyzny nie wyrażała żadnej emocji, zupełnie jakby ich powrót wcale go nie poruszył. Milan poczuł, jak ze stresu zaczynają drżeć mu palce. Nie wiedział, dlaczego. Zupełnie jakby aura rycerza wnikała w kości. Przełknął głośno ślinę, jednak nikt nie przerwał przytłaczającej ciszy. Nawet Nadar nie odezwał się ani słowem, zupełnie jakby apatia kapitana i jego pokonała. Jedyną osobą całkowicie nieprzejętą gęstą atmosferą w pomieszczeniu była Ida, która z łagodnym uśmiechem rozłożyła na stole swoje specyfiki.
– To jak twoja stopa, Milanie? – zapytała go śpiewnie, wskazując miejsce na krześle. Przez dłuższą chwilę w ogóle nie zareagował, nie spuszczając wzroku z kapitana.
– Usiądź – powiedział mężczyzna spokojnie, co całkowicie wytrąciło chłopaka z równowagi. Oczekiwał groźby, ataku, złości, sarkazmu… czegokolwiek. Tymczasem dostał zwykłą uprzejmość. Po prostu.  Być może powinno go to uspokoić.

Z oczywistych względów tak się nie stało.

Mimo to usiadł na wskazanym miejscu. Ściągnął buty i wcale nie zaskoczył go fakt, że bandaż przesiąkł krwią. Nie podobał mu się tylko zapach, który wydzielał. Ida natomiast nie raczyła go komentarzem. Od razu zaczęła opatrywać ranę, a Milan mógł tylko zacisnąć zęby, żeby nie syknąć z bólu.
– To jaka jest nasza kara? – zapytała w końcu Liliana, przerywając ciszę, wprowadzając jeszcze więcej chaosu do tej i tak pokręconej atmosfery. Jej głos wyrażał niepewność, chociaż sam fakt, że powiedziała cokolwiek, wywołał na pozostałych wrażenie.
– Za co? – Ida wyglądała na zdumioną, kiedy spojrzała kątem oka na dziewczynę.
– Opuściliśmy to miejsce bez rozkazu, straciliśmy konie – wyrzuciła szybko, robiąc jednocześnie krok w tył.
– Natura dostatecznie was ukarała bezmyślnością – przemówił w końcu kapitan.
– Czyli nie zostaniemy… – zaczął Milan, ale przerwał, dostrzegając bladą twarz Liliany.
– Dlaczego nie? – nie dawała za wygraną.
– Jesteście na wschodnich ziemiach – powiedział ostro, przez co chłopak zadrżał. – W trakcie ich przejęcia przez magnata. Mimo to wybieracie się na wycieczkę w nieznane. Kary z założenia mają kształcić. Ja nie znam takiej, która nauczyłaby was myśleć.
Pochylił głowę. Nie wiedział, co mógłby na to odpowiedzieć. To on wyciągnął Lilianę na tę przejażdżkę. Powinien wziąć  za to odpowiedzialność, lecz nie potrafił uformować żadnego zdania. Dlatego milczał, a brak działania tylko potęgował wstręt, który czuł.
Nie musieli nic robić. Może powinien okazać zadowolenie. Nie czekała go noc spędzona na sprzątaniu stajni, nie pozbawiono go miecza, nie posadzono na taborecie na całą noc. Wielu zapewne skakałoby z radości. Dla Milana to była najgorsza z kar. Spojrzenie pełne rozczarowania to coś, czego nie znosił oglądać. Przeświadczenie, że nie należy do osób, na których można polegać.
Kiedy Ida opatrzyła mu stopę, wyszedł z kuchni. Przytłaczająca atmosfera panująca w pomieszczeniu dostatecznie pozbawiła go rezonu. Chciał tylko pójść spać. Zasnąć, najlepiej obudzić się w innym czasie, innym miejscu, innym życiu.
Zamiast samotności, na schodach zobaczył Gaję. Rude włosy sterczały jej we wszystkich kierunkach, zielone oczy wyrażały dokładnie to samo, co dzień wcześniej.
– Jesteś teraz dumny? – powiedziała do niego, chyba po raz pierwszy od ich przybycia do domu Idy.
– Nie twoja rzecz – odparł chłodno. Chciał ją ominąć, ale dziewczyna zagrodziła mu przejście.
– Powiedziałeś, że nie można mi ufać, bo jestem córką pierwszego dowódcy. ­– Spojrzał na nią zaskoczony. – A kim ty jesteś, co? – wycedziła ze złością. Otworzył usta, żeby odpowiedzieć, ale nie pozwoliła mu. – Hipokrytą i tchórzem. Widziałam, jak się zachowałeś wtedy. Mogłeś mu pomóc, ale twój tyłek znaczy dla ciebie zbyt wiele. Dlatego nie zabieraj jej więcej ze sobą… bo skończy tak samo jak on.
– To twoja cenna rada? – syknął. – Może jeszcze oczekujesz, że za nią podziękuję?
– Mam nadzieję, że wkrótce wrócimy do Lagary i nie będę musiała cię więcej oglądać.
– Straszne.
– Rzygać mi się chce, jak na ciebie patrzę.
Po tych słowach wskoczyła po schodach na górę, a on poczuł, jak coś okropnego zaczyna go kłóć w klatce piersiowej.  

***

Nikogo nie zdziwiło, że pierwsze wypowiedziane przez Aarona zdanie było skierowane do Liliany. Natomiast nikt nie spodziewał się, że głos chłopaka będzie brzmiał dokładnie tak samo, jak przed wyprawą do lasu Czystych – wyraźnie, z minimalną dawką emocji. „Dlaczego nic nie jesz?” zapytał nagle, przez co dziewczyna upuściła trzymany w ręku talerz. Po tym całkowicie stracił ochotę na konwersację i ponownie skupił wzrok na ścianie.
Potem szło mu już o wiele lepiej. Zaczął odpowiadać na pytania kapitana, czasami nawet pozostałych. Zazwyczaj potrzebował trochę czasu, żeby ułożyć komunikat, który chciał przekazać. Następnie mówił… lakonicznie, monotonnie, unikając kontaktu wzrokowego. Tylko w towarzystwie Idy wydawał się zainteresowany, wręcz poruszony. Mierzył ją wzrokiem od stóp do głów, a ona opowiadała mu dużo i swobodnie. Jej głos pozostawał melodyjny jak zawsze, ale wyczuła w nim coś jeszcze, jakąś formę czułości, z którą Liliana do tej pory nie miała do czynienia w ogóle. W pierwszym momencie ukłuła ją zazdrość, bo sama nie potrafiła dotrzeć do Aarona, zyskać pewność, że już nic mu nie grozi. Zaraz potem przypomniała sobie, że przecież sama lubi Idę, a skoro żył ktoś, kto dawał radę zadbać o najbliższą dla niej osobę, to nie mogła czuć większego szczęścia.
Stan Fomy również uległ wyraźnej poprawie. Chłopak zaczął wstawać z łózka, spacerować po domu, czasami posyłał cień uśmiechu do pozostałych. Wciąż wydawał się bardzo słaby, chociaż wynikało to również z tego, że spożywanie pokarmu było prawdziwą udręką – dla niego szczególnie. Ida próbowała zmusić go do komunikacji, podawała pergamin, żeby mógł coś napisać, przekazać jej czy komukolwiek innemu. Jednak on jeszcze ani razu tego nie zrobił. Być może wciąż nie pogodził się z brakiem możliwości mówienia albo po prostu nie miał nic do powiedzenia.
Mimo to, najbardziej drażniąca w tym wszystkim była cisza, którą przerywała właściwie tylko Ida. Kapitan z zasady należał do milczących ludzi, podobnie jak Aaron, ale reszta najwyraźniej tkwiła zamknięta w swoim świecie. Nawet Gaja nie raczyła pozostałych komentarzem. Liliana próbowała jakoś ich wszystkich pogodzić, ale z każdą próbą wychodziła na głupią, więc zrezygnowała. Nie wyglądała zresztą na przekonującą, bo sama próbowała pokonać własne wyrzuty sumienia.
Dlatego powróciła do wybitnie twórczego zajęcia siedzenia przy Aaronie. Czasami trzymała go za rękę, innym razem przeczesywała dłonią włosy, chociaż najczęściej po prostu kładła głowę na szafce nocnej i wpatrywała się w powolne ruchy klatki piersiowej i otwarte usta.
– Wystarczy już tego – powiedział jej w końcu kapitan, a kiedy ona posłała mu zdziwione spojrzenie, dodał: – Rozmyślania. Wyjdź na zewnątrz.
Od razu wykonała polecenie, ukrywając potężny rumieniec, który zawitał na jej twarzy. Wciąż nie mogła wyrzucić z głowy obrazu tego, co widziała w kuchni. Wszystkie gesty, które mężczyzna wykonywał w stosunku do otoczenia nagle kojarzyły się dziewczynie tylko z jednym. Nawet jeśli tak naprawdę nie miały z tym żadnego związku.
Stanęła przed domem, kiedy dotarło do niej, że kapitan wcale nie podążył jej śladem. Zamiast tego został w pomieszczeniu z Aaronem. Zapewne chciał z nim porozmawiać. Kusiło ją, żeby wrócić i podsłuchać. Tylko że ostatnim razem takie myszkowanie po cudzej własności skończyło się zderzeniem twarzą w twarz z obrazem, które jeszcze nigdy nie oglądała i… wcale nie chciała. Nawet jeśli wcześniej ją to ciekawiło, to przestało. Dlatego usiadła na werandzie, przygryzając dolną wargę.
Tkwiła w bezruchu przez dłuższy czas. W końcu nie wytrzymała.
Wskoczyła ponownie do pomieszczenia, poszukując Idy albo kogokolwiek innego. Nie zobaczyła żadnej przeszkody, więc najciszej jak jej na to pozwalały ciężkie buty, wskoczyła na górę. Schody zaskrzypiały tylko raz.
Głos, który dotarł do jej uszu, nie należał do kapitana lecz Nadara… a nie wydobywał się z pomieszczenia w którym przebywał Aaron, tylko z drugiego, gdzie spał Foma.
– Teraz to dla ciebie koniec świata, ale w końcu będziesz musiał się z tym pogodzić. Tak jak każdy ze swoim losem.
Podeszła do drzwi, ale zrezygnowała. Nie powinna tego słyszeć. Ruszyła do pokoju Aarona, ale w środku nie było nikogo. Zupełnie jakby chłopak wraz z kapitanem rozpłynęli się w powietrzu.
– Sam zdecydujesz, co zrobisz. Nigdy nie będziesz tak dobrym rycerzem, jakim mógłbyś zostać bez tej rany. Zakładając, że nie zabijesz się przy pierwszym uniesieniu miecza – słyszała głos Nadara, który wżynał się w jej głowę niczym trucizna. – Dlatego drugi dowódca pewnie pozwoli ci wrócić do domu. Niektórzy tak robią. Sadzą potem groch i pszenicę, nie jest im najgorzej.
Umiotła spojrzeniem pomieszczenie, ale wraz z Aaronem zniknęły jego buty. Łóżko pozostawało niezaścielone, na stoliku wciąż stał kubek po przygotowanym naparze.
– Może twoja rodzina się ucieszy, może nie. Z nimi to różnie bywa… ale dla odmiany będziesz mógł znaleźć sobie żonę, z którą spędzisz więcej niż dwa tygodnie w roku. Może nawet zmajstrujesz bachory, które nie będą cię nienawidzić.
Odruchowo parsknęła. „Nadar pocieszyciel” mruknęła, ostatni raz omiatając spojrzeniem pomieszczenie.
– W Lagarze nikt nie potraktuje cię ulgowo. Będą mieli wylane na twoje rany i brak zdolności. Wyślą cię na wschód, a jeśli ktoś wypruje ci tam flaki, to trudno. Dlatego oceniając zyski i straty, lepiej będzie dla ciebie wrócić…
Zatrzymała się przy wyjściu, zaciskając palce na framudze drzwi. Starszy rycerz przez długi czas milczał. Ta długo, jak nie słyszała głosu mężczyzny, nie mogła ruszyć z miejsca. Nie odczuwała strachu na myśl, że zostanie przyłapana na podsłuchiwaniu. Po prostu z jakiegoś powodu utonęła w ciężkiej atmosferze rozmowy dwóch rycerzy. W końcu Nadar parsknął głośno i powiedział:
– No to jest nas dwóch, dzieciaku!
Liliana uśmiechnęła się pod nosem, po czym zeszła na dół. Cokolwiek zdanie mężczyzny znaczyło… brzmiało w sposób, który lubiła. Ten ton być może nie należał do pozytywnych czy przyjemnych, ale był naturalny, swobodny, od razu podnosił na duchu.
Na całe szczęście nie spotkała nikogo po drodze. Dopiero w przy stajni dostrzegła, jak Gaja po raz kolejny próbuje utrzymać w ręce miecz. Tak jak podczas poprzednich prób, poległa. Ostrze wypadło jej z ręki, lądując miękko w trawie. Kapitan powiedział jej, żeby dała sobie więcej czasu. Tymczasem ruda dziewczyna walczyła z własną słabością. Tylko że uleczenie ręki miało trwać nie dni, nie tygodnie, lecz miesiące. Być może pod koniec lata da radę walczyć w ogóle, ale pełnej sprawności nie odzyska przed końcem roku. Liliana nie musiała należeć do medyków, żeby o tym wiedzieć.
Zastanawiała się, dlaczego Gaja ostatnio była tak wściekła, ale nikt nie potrafił udzielić jej odpowiedzi. Widziała, jak w oczach dziewczyny wirują groźne błyski za każdym razem, gdy ktoś do niej mówił. Milan, dla odmiany, wyglądał na kompletnie nieprzejętego, traktował Gaję jak powietrze. Podobnie zresztą jak pozostałych. Od dnia ich wycieczki do wschodniej wioski, praktycznie nie słyszała jego głosu. Oczywiście, zazwyczaj i tak zbyt wiele nie mówił, ale lubił od czasu do czasu wtrącić swoje uwagi, najczęściej z nutką kiepskiej kpiny.
Liliana próbowała zrozumieć naturę zachowania ludzi wokół nich, ale zawsze była w tym kiepska. Przynajmniej takie odnosiła wrażenie, bo totalnie się gubiła. Dostrzegła natomiast, że ludzie mają tendencję do oceniania innych na podstawie własnego systemu wartości. Wszystkich też przyrównują do własnej osoby, bo nie potrafią znaleźć żadnej innej miary. Stąd też uważała, że brak porozumienia między rycerzami wynikał właśnie z tego, że tak naprawdę każdy z nich pochodził z innego świata, którym żaden nie chciał się podzielić.
– Powinnaś zebrać swoje rzeczy – wyrwał ją z zamyślenia Milan. – Nadar powiedział, że niedługo wyruszamy.
Spojrzała na niego zdumiona, ale twarz chłopaka wyrażała tylko apatię. Nie mogła wyjść ze zdziwienia, bo jeszcze nie miała do czynienia z sytuacjami, w których rycerze rozpoczynali podróż po południu. Zazwyczaj najlepszą porą był wschód słońca, żeby uniknąć jazdy w nocy.
Postanowiła nie wyrażać własnego zdania. Ostatnio i tak przekroczyła limit działania na własną rękę. Zamiast tego po raz kolejny już tego dnia udała się w stronę domu, tym razem żeby zrobić porządek z bałaganem, który zdążyła do tej pory zrobić. W połowie drogi zobaczyła stojącego na ganku Aarona i zapomniała o wszystkim, co jeszcze kilka sekund wcześniej uznawała za oczywiste.
Chłopak założył strój rycerza gwardii, na ramiona narzucił płaszcz. Zobaczyła, że przy pasie brakuje mu miecza, ale przecież zgubił go jeszcze w lesie Czystych. Marszczył brwi, wzrok skupił na przestrzeni przed nim. Twarz wydawała się zaskakująco spokojna i gdyby nie dłonie zaciśnięte na drewnianej balustradzie, Liliana pomyślałaby, że wrócił do stanu sprzed wyprawy.
– Już wstałeś? – zapytała nieśmiało. Aaron przeniósł swoje spojrzenie na nią i powoli kiwnął głową. – Wszystko dobrze...? – Tym razem nie wykonał żadnego gestu. Dlatego Liliana podbiegła do niego i objęła go w pasie, bo nie widziała innego sposobu na złapanie z nim kontaktu, jak poprzez złamanie tych niewidzialnych barier, które wokół siebie tworzył. Tak jak zwykle, na początku stał sztywny jak kłoda , by chwilę później nieznacznie się rozluźnić. – Dzisiaj wyruszamy – wymamlała niewyraźnie w jego klatkę piersiową. – Spakuję nasze rzeczy, o nic nie musisz się martwic. – Zrobiła krok w tył, żeby móc spojrzeć mu w twarz. Widniał na niej cień uśmiechu, więc sama niemalże podskoczyła z radości i pobiegła do domu.
Zbieranie wszystkiego zajęło jej zaledwie chwilę, wiedziała już od jakiegoś czasu, że powinna być gotowa do wyjazdu. Pozostali najwyraźniej tak samo przygotowali swoje bagaże do podróży. Z ekwipunkiem Aarona również nie miała żadnego problemu, bo chłopak przez prawie cały czas pobytu w domu Idy nie opuścił łóżka.
Zanim zeszła na dół, zerknęła jeszcze do pokoju Fomy, ale chłopaka już w nim nie przebywał. Weszła do środka, poszukując jakichkolwiek śladów obecności. Jednakże poza kartką leżącą na stoliku, pomieszczenie pozbawione było jakichkolwiek śladów obecności. Westchnęła, po czym poprawiała skórzany pas, mocując lepiej pochwę z mieczem. Jakby od niechcenia sięgnęła po pergamin, skupiając wzrok na jedynym zdaniu, które młody rycerz postanowił napisać. Uśmiechnęła się delikatnie, wiedząc, że pod tym jednym względem doskonale go rozumiała.
Spotkała resztę na placu przed domem. Milan jak zwykle bardzo dokładnie sprawdzał przymocowanie siodło, Gaja stała przy stajni, patrząc daleko przed siebie. Aaron, dostrzegając Lilianę z podwójnym bagażem wywrócił oczami i zabrał jej większą część ciężaru. Z drugiej strony Nadar mówił do Fomy, który tylko co jakiś czas kiwał ze zrozumieniem głową. Brakowało tylko kapitana.
W końcu pojawił się, w pełnym uzbrojeniu, ciągnąc za sobą czarnego potwora. Obok niego kroczyła Ida z łagodnym uśmiechem, lecz było w niej coś obcego. Pasowało to do skrzywionej twarzy Kasjana, który wyglądał, jakby dopiero wyruszał na misję, a nie z niej wracał. Koń najwyraźniej podzielał nastrój pana, bo wyglądał jeszcze groźniej niż zazwyczaj. Chociaż właściwie żadne z nich nie okazywało dobrego nastroju… być może poza Nadarem, którego jakby na złość wszystkim nucił pod nosem jakąś sprośną piosenkę. Kiedy napotkał posępne spojrzenie kapitana, zamilkł. Przez dłuższą chwilę mężczyźni taksowali się wzrokiem, w końcu niższy rycerz wzruszył niedbale ramionami i podszedł do Idy.
– Mam nadzieję, że wkrótce znowu cię odwiedzimy  – powiedział do niej z krzywym uśmiechem.
– Oby w lepszym stanie – odparła, podając mu niewielki pakunek. ­– To zioła, o którym wam mówiłam. ­
– Taaa, będę ich pilnował.
– Dbajcie o siebie! – zawołała już bezpośrednio do pozostałych, odgarniając z czoła kilka ciemnych kosmyków.
– Liliana pojedzie z Aaronem – rozkazał kapitan. Jak zwykle nie musiał podnosić głos, żeby ten wrzynał im się kości. – Foma z Nadarem, Gaja z Milanem.
– Co?! Nie! – wyrzuciła oburzona dziewczyna, zerkając ze wstrętem na drugiego rycerza. Ten sprawiał wrażenie w ogóle nieporuszonego.
– Nie mamy więcej koni, musicie jechać dwójkami – wyjaśnił cierpliwie, wręcz monotonnie kapitan.
– Ale dlaczego mam być z nim? – jęknęła Gaja, po czym z frustracją kopnęła leżący najbliżej kamień. – To nie moja wina, że pojechał na tę głupią przejażdżkę. Powinien teraz iść pieszo!
Liliana pochyliła głowę, ale nie wydusiła ani słowa. Wbrew wszystkiemu czuła się tak samo winna jak Milan. To on był pomysłodawcą ich wyprawy, ale przecież wcale jej nie zmuszał. Skusiła ją wyprawa w nieznane, odrobina samodzielności. Jak zwykle wyszło z tego więcej problemów niż tego warte. Czasami czuła, że po prostu przyciąga nieszczęścia. 
– Coś jeszcze chcesz powiedzieć? – zapytał spokojnie kapitan. –Gaja stanęła jak rażona piorunem. Nie ruszyła choćby palcem. Wytrzeszczyła oczy, zacisnęła zęby, poza tym tkwiła w jednej pozycji.
– Nie? – upewnił się. Odpowiedziała mu cisza. – To pojedziesz z Milanem.
– Ale…
– Wsiadaj. Na. Konia.
Polecenie skierował do jednej osoby, ale wykonali je wszyscy. Liliana podeszła do klaczy, którą widziała po raz pierwszy. Od razu wyczuła jej niechęć. Dziękowała niebiosom za to, że nie jechała sama. Zaraz kiedy o tym pomyślała, czarnowłosy chłopak zajął miejsce w siodle, po czym podał jej rękę. Usadowiła się za jego plecami, obejmując w pasie. Zerknęła w bok, żeby zobaczyć, jak Gaja uderza Milana łokciem w żebro. W tym samym czasie siedzący przed nią Aaron mruknął „dziecinada” i to było pierwsze słowo, które wypowiedział z własnej woli od czasu „dlaczego nie jesz”.
– Ruszajcie! – zawołał kapitan, wskakując na czarnego potwora, który zaczął nerwowo uderzać kopytem w ziemię.
Nadar ściągnął wodze, a prowadzony przez niego ogier wystrzelił do przodu. Pozostali zrobili to samo, starając się nabrać szybkości w utrudnionych warunkach jazdy parami. Liliana zerknęła za siebie i spostrzegła, że Kasjan wciąż stał w miejscu, nie odrywając wzroku od Idy. Liliana nie mogła zobaczyć nic więcej, bo wkrótce wjechali w zakręt i pochłonął ich kolejny las.
Nie miała pojęcia, jaka relacja łączyła kapitana z tajemniczą kobietą. Jednak przywiązanie mężczyzny do miejsca sprawiło, że Liliana zaczęła mu zazdrościć. Przypomniała sobie o kawałku pergaminu, na którym Foma niechlujnie naskrobał cztery słowa.
„Nie mam dokąd wracać”

Tak. Doskonale go rozumiała.

***
Witam z kolejną częścią ;p To już powoli koniec wyprawy, co prowadzi tak naprawdę do przejścia do głównego wątku całej historii. 
Ten rozdział wydał mi się trochę niechlujny, jak go poprawiałam. Mam nadzieję, że po przejrzeniu już nie sprawia takiego wrażenia, ale jakby co - dajcie mi znać!
Zastanawiam się, czy podobała wam się perspektywa Milana ; ) Jeszcze w przyszłości się pojawi. 

Dziękuję wam za wszystkie komentarze pod poprzednimi częściami, bardzo mnie motywują do pisania, serio. 

Jeszcze tak w ramach ogłoszeń parafialnych - czytam wasze blogi i robię to w tempie ślimaczym, ale chyba nie o to chodzi, żeby się jakoś ścigać :D Przynajmniej mam nadzieję, że nie o to, bo nie spełniam wymogów. Natomiast obiecuję, że skoro coś zaczęłam, no to skończę, bo... w sumie bo tak ;p 

To chyba tyle ; ) 




© Halucynowaa | WS | X X X