czwartek, 31 marca 2016

Rozdział III cz.2

Hej ; ) Witam z kolejnym rozdziałem. Jest on nieco (sporo) dłuższy niż poprzednie (chyba...), ale nie chciałam w połowie ucinać akcji... przynajmniej nie tak bezczelnie. 
Mam nadzieję, że wam się spodoba. Miłego czytania  ; ))

Ach, dodam też, że starałam się wyłapać błędy, ale teraz tekst lata mi przed oczami i pewnie coś się znajdzie do poprawy (na przykład to zdanie) - jak coś, to dajcie znać ; )


***

Las Czystych nie różnił się szczególnie od tego, który przemierzali jeszcze chwilę wcześniej. Właściwie gdyby kapitan nie wskazał im ręką granicy, pewnie do końca pozostaliby nieświadomi jej przekroczenia. Wciąż musieli przeciskać kończyny między gałęziami czy coraz większymi korzeniami, zważając na niebezpieczne krzewy i drobne stworzenia. Tym razem zamiast klanu pająków, spotkali na swojej drodze chmarę innego robactwa. Liliana rozpoznała nawet osy nocne, z ogromnymi żądłami i paskudnym odwłokiem. Ich jad mógł uśpić nawet na pół dnia. Na całe szczęście latały w lekkim oddaleniu, więc nie stanowiły zagrożenia.
Spodziewali się dostrzec na swojej drodze cień Czystych, ale ci maskowali własną obecność doskonale. Nawet kiedy wkroczyli na główną ścieżkę, nikt ich nie zatrzymał. Jakkolwiek podejrzane to nie było, znacząco ułatwiło ich zdanie. Przynajmniej na razie…
Grupę prowadził Milan, co nikogo nie zaskoczyło, bo od samego początku pozostawał najmniej przejęty czekającym na nich zagrożeniem, z kolei szczególną uwagę poświęcał wypełnianiu poleceń. Na samym końcu szedł Aaron, co jeszcze dzień wcześniej uznano za idealną opcją. W tym momencie Liliana szczerze wątpiła w skuteczność ich ustawienia, zwłaszcza że ciemnowłosy chłopak wydawał się wyraźnie roztargniony. Nie okazałaby zdziwienia, gdyby nagle zboczył z trasy i chodził na drugim końcu lasu, nawet nie zdając sobie z tego sprawy.  
Stosunek Czystych do ludzi pozostawał niezrozumiały dla osób, które nie miały z nimi bezpośrednio do czynienia. Zgodnie z informacjami, które udało im się zdobyć, plemię to dawnymi czasy należało do grupy utrzymujących przyjazne stosunki z królestwem. Wciąż pozostawali zamknięci na otoczenie, ale dopóki odwiedzający nie wykradali ich własności, mogli swobodnie przejeżdżać przez las. W praktyce prawie nikt tego nie robił, bo teren należał do wyjątkowo uciążliwych. Jednak kilku zainteresowanym udało się nawet żyć w osadzie, którą zbudowano w samym sercu lasu. O wszystko miało miejsce prawie dwadzieścia lat temu, ale wtedy z jakiegoś powodu stosunki Czystych z królem uległy znaczącemu pogorszeniu aż w końcu doszło do konfliktu, który tylko cudem nie zamienił się z wojnę. Od tamtego momentu zabroniono przekraczać granicę.
Można myśleć, że skoro garska osób nawiązała jakąś formę przyjaźni z Czystymi, informacje na ich temat powinny zawierać więcej szczegółów. Tak jednak nie było, a im pozostało tylko pogodzić się z brakiem. Zresztą, znajomość zwyczajów plemienia niewiele wnosiła do zadania. Kapitan wskazał sposób na znalezienie źródła, chociaż z góry zaznaczył, żeby nie przywiązywali się do wskazówek. Ostatni raz w tym lesie przebywał dawno temu i zapewne od tego czasu sporo uległo zmianie – być może nie samo położenia źródła, ale ścieżki do niego prowadzące już tak.
Kroczyli więc przed siebie, ale już wkrótce czekały na nich rozwidlenia i żadne nie dawało nadziei na dotarcie do celu. W pewnym momencie Liliana odniosła wrażenie, że drepczą w kółko, ale równie dobrze mogło wynikać to z faktu, że flora lasu wszędzie przedstawiała się identycznie. Co jakiś czas sprawdzali kierunek, w jakim zmierzali, ale wcale im to nie pomogło. W jednej chwili szli na południe, by zaraz potem zejść na ścieżkę prowadzącą na północny zachód. Jakby tego było mało, nie mieli pojęcia, ile czasu już stracili na bezsensownym błądzeniu po okolicy. Do rana musieli opuścić tereny Czystych, inna opcja nie wchodziła w grę. Jak na razie, nie zdołali nawet obrać odpowiedniego kierunku.
Nikogo więc nie zdziwiło, jak w pewnym momencie Milan zboczył ze ścieżki, by kroczyć przez wolną przestrzeń lasu, cały czas gapiąc się na drobny przedmiot, który określał ich położenie. Najwyraźniej stracił cierpliwość. Pozostali podreptali za nim, chociaż dla Fomy było to szczególnie trudne. Jego noga trzymała się całkiem nieźle, ale spacerowanie w środku nocy po podłoży pełnym dołów czy pułapek nie mogło nieść szczęśliwego zakończenia. Nie zdołali nawet dotrzeć do wzniesienia przed nimi, kiedy chłopak upadł na ziemię, zaplątany w coś, co wyglądało na szczególnie mocną, pajęczą sieć. Na całe szczęście mieli przy sobie ekstrakt rozpuszczający, który przygotowała dla nich grupa medyczna. W innym wypadku skończyliby jako przekąska mieszkającego tu pająka albo nawet całej jego rodziny.
W końcu roślinność, do tej pory niemalże nieustannie przylegająca do ich ciał, rozrzedziła się tak, że wreszcie mogli chociaż spróbować odetchnąć z ulgą. To jednak nie poprawiło im humoru, bo z każdej strony zaczęła otaczać ich gęsta mgła. Automatycznie stanęli w kręgu, wyczekując ataku. Jednak oprócz wijącej się wokół nich wilgoci, krajobraz nie uległ zmianie.
– Myślicie, że jesteśmy bliżej? – zapytała cicho Liliana.
– Ta mgła – powiedział Fome, przesuwając dłonią po wolnej przestrzeni, jakby malował w powietrzu obraz. – Nie wydaje się normalna.
– Musi pochodzić z tego źródła – stwierdził Milan. – Chodźmy.
Przyspieszyli ale niekoniecznie mieli na to szansę w takich warunkach. Mimo wszystko nie tracili czasu.
Liliana zastanawiała się, jak to możliwe, że do tej pory jeszcze żadne z nich nie zrobiło czegoś głupiego. Dobór grupy od początku budził wątpliwości, cały czas tylko spoglądała na towarzyszy jak na tlący się płomyk, który przy odpowiedniej dawca powietrza bucha żarem i niszczy wszystko wokół. Tymczasem cała piątka działała w skupieniu, dokładnie tak, jak jej polecono.
Wspinali się po wzniesieniu, które, chociaż nie było strome, już wkrótce zrzuciło na nich ciężar zmęczenia. Zanim dotarli na sam szczyt, ledwo dyszeli, chociaż starali się wyjątkowo, żeby to ukryć Ostatecznie rycerzom gwardii nie przystoi padać trupem po takim spacerze. Wtedy też Liliana po raz pierwszy poczuła czyjąś obecność. Mogła mieć pewność, że za przynajmniej za jednym z drzew stoi Czysty, nawet jeśli go nie widziała. Poczuła, jak urasta w niej niepokój, ale wciąż trzymała nad nim kontrolę.
Pierwszy na górze znalazł się Milan, ale kiedy tylko dotarł do celu, stanął jak sparaliżowany. Liliana dostrzegła jego bezwładnie opuszczone ręce, wyprostowane kolana, co znaczyło tylko tyle, że chłopak zgubił rytm i stał się idealnym celem dla wroga. Ruszyła więc pospiesznie w jego kierunku, mijając po drodze Fomę. Jednak kiedy dogoniła chłopaka, sama zatrzymała się gwałtownie. Krajobraz przed nią nie przypominał bowiem niczego, co widziała do tej pory.
Zamarli na krawędzi przepaści, a na jej dnie dostrzegalna pozostawała jedynie jasność – przedziwne światło, mieniące się różnymi kolorami. Nie dostrzegli choćby cienia wody ani jakiejkolwiek formy, która kształtem przypominałaby coś znanego. Nawet barwy mieszały się ze sobą tak intensywnie, że ich określenie należało do zadań niemożliwych. Grunt, na którym stali, porastała roślinność przypominająca liany, z tym że te były ciemnozielone, pokryte drobnymi, śnieżnobiałymi kwiatami. Długie pędy zwijały się i delikatnie opadały na dno przepaści… najprawdopodobniej, bo przecież nie mogli go dostrzec.
Jednak to nie gra świateł ani bajkowa roślinność szokowała najbardziej. W prawdziwe osłupienie wprawiło ich coś, co musiało być celem wyprawy. Każde z nich miało swoje własne wyobrażenie o źródle Czystych, ale zapewne nikt nie odpłynął na tyle, żeby stworzyć obraz przypominający to, co teraz jawiło się przed ich oczami. Od samej nicości w dole przepaści aż po wolną przestrzeń nad głowami płynął strumień krystalicznie czystej wody, układając coś na kształt spirali. Wirował poza zasięgiem ich rąk, ale i tak odnosili wrażenie, że lada chwila krople wody spadną na ich ciężkie głowy. Mogli tylko stać oczarowani, wpatrzeni w delikatne ruchy wody, tańczące tak blisko i tak daleko jednocześnie. Jeśli mieli szansę w swoim życiu zobaczyć miejsce równie piękne, z pewnością tego nie pamiętali.
Na samą górę dotarł Foma, a tuż za nim wdrapała się Gaja. Obydwoje zamarli, kiedy tylko ich oczy odnalazły źródło. Nawet Aaron przystanął na chwilę, żeby dokładniej przestudiować to, co prezentowała im natura lasu Czystych. Zapewne tkwiliby w tym stanie otępienia przez długi czas, gdyby Liliana nie zachwiała się niebezpiecznie nad krawędzią przepaści. Przez chwilę była pewna, że spadnie w dół i ta perspektywa wcale nie przerażała tak, jak powinna. W ostatniej chwili za łokieć załapał ją Aaron, przyciągając mocno do siebie. Zrobił to automatycznie, nie odrywając wzroku od tańczących strumieni. Jednak stłumiony jęk Liliany wyrwał z zamyślenia Milana, którzy skrzywił się okropnie i chwycił za miecz.
– Ciekawe, jak my mamy tam dotrzeć – powiedział zdenerwowany. – Przecież to niemożliwe, do cholery.
Miał rację. Źródło pod względem piękna znacznie przerastało ich oczekiwania, ale w praktyce stawiało w sytuacji bez wyjścia. Woda znajdowała się poza ich zasięgiem, nic też nie wskazywało na to, żeby istniała jakakolwiek alternatywna droga. Mogli skoczyć w dół przepaści, ale tylko cud uratowałby ich przez śmiercią.
– Spróbujmy zejść po tych lianach – zaproponował Foma, wskazując na roślinność pod ich stopami. – One na pewno nie prowadzą donikąd.
– Zwariowałeś? – zdenerwował się. – Nie wiemy, jak mocne jest to cholerstwo, poza tym widzisz to? – Wskazał ręką na światło w dole przepaści. – Samo zejście tam zajmie nam mnóstwo czasu, jakim cudem niby wdrapiemy się w górę?  Nie widać nawet dna, równie dobrze może tam płonąć ogień, który spali nas żywcem!
– Zaproponuj coś lepszego – wtrąciła Gaja. ­
– Moim zdaniem ma rację – powiedziała powoli Liliana. – Nie możemy tak po prostu tam wskoczyć, to samobójstwo.
– Nie wiemy, co znajduje się na dole, musimy zaryzykować – wyrzucił Foma.
– Proszę bardzo, skacz, bękarcie – zaśmiał się Milan. – Ja zaczekam.
– Kapitan mówił… – zaczęła Liliana, ale Gaja jej przerwała:
– Kogo to obchodzi? Jego tu nie ma!
– Mamy działać zgodnie z planem! – podniosła głos, wprawiając w zdumienie nie tylko siebie, ale i rudą dziewczynę.
– Plan nie zakładał, że źródło będzie fruwać w powietrzu!
– Możecie się przymknąć? – warknął Milan. – Nie mogę się skupić.
– Strasznie się tym przejęłam, o już patrz – parsknęła Gaja.
– Oni tutaj są – wtrącił Aaron, a jego uwaga tak nie pasowała do rozmowy, że pozostała czwórka spojrzała na niego ze zdumieniem.
– No tylko czekałam, aż się odezwie – przerwała tę chwilę ciszy dziewczyna. – Objaw nam swoje mądrości, umieram z ciekawości.
– Daruj sobie – powiedziała Liliana, ale jej wzrok spoczął na Aaronie, który rozglądał się dookoła, mrucząc coś pod nosem.
– To oczywiste, że staniesz w obronie swojego braciszka, ale…
– Jeśli zejdziemy na dół, sami wpadniemyw pułapkę. Z góry zestrzelą nas jak kaczki.
– Sześciu albo siedmiu – zwrócił się do Milana, kompletnie ignorując Gaję.
– Możemy spróbować zaburzyć rytm wody – odpowiedział mu chicho. – Albo spróbować połączyć obie krawędzie, tylko że to zajmie nam za dużo czasu. Kapitan mówił, że zaatakują w momencie, w którym sięgniemy po wodę, nie będzie czasu na powrót. Strzały zapewne już mają gotowe, bo niby w jakim celu mielibyśmy tutaj stać i gapić się na źródło.
– Nie wiemy, co jest na dole – powiedział Aaron. – Może lepiej tam zejść. Z takiej wysokości nas nie trafią.
– Tylko jeśli uciec można tylko za pomocą tych roślin, znajdziemy się w potrzasku.
– Coś musi napędzać te strumienie – wtrącił się Foma. – Gdyby wykorzystać siłę ukrytą w wodzie, być może mielibyśmy szanse znaleźć się u góry o wiele szybciej.
– Twoje cielsko jest jakby cięższe od tego, co tam płynie.
– Nie musi nas całkiem wyrzucić, wystarczy trochę unieść.
Rozmawiali jeszcze przez chwilę w podobnym stylu, ale Liliana nie miała pojęcia, do czego zmierzali. Spojrzała tylko na Gaję, a ona przyłożyła palec do ust i szepnęła do niej, żeby spojrzała za drzewo za wielkim głazem.
Próbowała być dyskretna, ale kiedy odwróciła się w stronę wskazaną przez dziewczynę, nie mogła dostrzec nic szczególnego. W tym samym czasie trójka chłopaków zaczęła wykonywać czynności, stanowiące dla Liliany zagadkę. Przyglądała im się z zaciekawieniem, ale nie potrafiła rozpracować planu, który nimi kierował. Podeszła do nich Gaja i po kilku wymienionych zdaniach, wyciągnęła z przywiązanego do pleców worka grubą linę. Razem z Milanem rozplątywała ją pospiesznie, ale kiedy przez przypadek dotknęła palcami jego nadgarstka, obydwoje odskoczyli do siebie jak oparzeni. W tym samym czasie Aaron za pomocą noża próbował oderwać liany od podłoża, które przyległy do niego niczym najgorszego rodzaju bluszcz.  
– Pomóż mi to przerzucić – powiedziała do niej Gaja, trzymając w ręku już w pełni użyteczną linę.
Razem próbowały zahaczyć sznur o drzewo, kiedy Liliana dostrzegła wpatrujące się w nią zza krzewów wielkie, niebieskie oczy. Poczuła, jak po czole spływają jej kropelki potu, ale postanowiła nie zwracać uwagi na intruza, najpewniej przejawiającego jedynie mordercze zamiary.
Foma połączył linę z pędami roślin przy skałach, kiedy Milan całkowicie zniknął z pola widzenia. Liliana w tym czasie dokładnie sprawdzała supły, chociaż jej wzrok błądził pośród drzew, gdzie spodziewała się zobaczyć kolejne ślady mieszkańców lasu. Nie chciała oszukiwać sama siebie. Czuła strach. Miała ochotę w tym momencie uciec i nigdy nie wracać, ale wiedziała, że jako rycerz nie mogła sobie na to pozwolić. Dlatego wykonywała polecenia, starała się zapanować nad drżeniem rąk. Cały czas w jej uszach pojawiały się głosy dowódców, którzy twierdzili przecież, że to zadanie nie powinno dotyczyć osób z ich doświadczeniem.
– Dobra, tyle chyba wystarczy – powiedział w pewnym momencie Milan, pojawiając się właściwie znikąd. – Co o tym myślisz? – zapytał Fomy.
– Bardziej  tego nie zabezpieczymy – stwierdził chłopak, drapiąc się po głowie z niewyraźną miną.
– W takim razie schodzimy – zadecydował Milan. Stanął przy samej krawędzi przepaści, by chwycić się mocno skały i zeskoczyć na jej niże piętro: nierówne, bardzo strome. Na całe szczęście Liliana jeśli nawet miała lęk wysokości, to kilkudniowe przygotowania przed wyprawą stanowczo ją z tego wyleczyły. Na tyle, na ile jej pozwalała drobna postura, skopiowała ruchy rycerza i podążyła jego śladem zaraz za Fomą.
Jeśli ktoś kiedyś powiedział, że schodzenie jest proste, lekkie i przyjemne, kłamał. Liliana sto razy wolała wspinaczkę niż próbę bezpiecznego wylądowania na dnie przepaści. Musiała w każdej chwili pilnować, żeby nie poślizgnąć się na wilgotnej skale, od kurczowego trzymania pnączy drętwiały jej ręce i w pewnym momencie była pewna, że jej uścisk osłabnie, a ona spadnie. Nawet po dłuższym czasie wciąż nie zobaczyła nic ponad oślepiającą jasnością, która sprawiała wrażenie równie odległej jak na samej górze. W pewnym momencie zwątpiła, że kiedykolwiek dadzą radę dotrzeć na miejsce, a liany skończą się na określonej wysokości. Najlepiej z całej piątki radziła sobie Gaja, która niemalże tańczyła na skale, po której schodziła. Jej twarz pozostała zacięta, ale ruchy wyglądały tak swobodnie, jakby znalazła się w swoim żywiole.
Nikogo nie zdziwiło, kiedy Liliana zahaczyła nogą o jeden z pnączy, przez co niemalże puściła lianę, która zapewniała bezpieczeństwo. Kątem oka dostrzegła, że Aaron sztywnieje i dokładnie ją obserwuje, ale postanowiła nie zwracać na siebie większej uwagi. Nie była mimo wszystko jedyną, którą przerastało skomplikowanie trasy. Nawet Milan kilkakrotnie postanowił stopę w nieodpowiednim miejscu, ale reagował zawsze szybko, bez wahania, więc nikt nawet nie dostrzegał jego potknięć.
Jakiś czas później układ skał wokół nich zaczął się zmieniać. Mogli już opierać stopy na wystających kamieniach, niektóre nawet pozwalały na sobie usiąść. Mgła zgęstniała, tak że światło, do tej pory błyszczące pod ich stopami, otoczyło ich niemalże z każdej strony. Wciąż nie dostrzegali dna, ale chociaż nie tkwili cały czas w tym samym puncie.
Ubrania przykleiły się do ciała pod wpływem wilgoci. Liliana czuła na sobie podwójny ciężar, włosy poskręcały się na końcówkach, a po policzkach spływały kropelki wody. Można myśleć, że źródło powinno wytwarzać lecznicze opary, dodające energii i chęci do życia. Tymczasem dziewczyna odnosiła wrażenie, że ma do czynienia ze zjawiskiem w najlepszym wypadku złośliwym.
Nadszedł moment, w którym widok pod ich stopami zaczął nabierać kształtów. Nie potrafili określić, co znajduje się na dnie, ale chociaż było to już „coś”, a nie jedynie jasność otoczona przez kłęby pary wodnej. Im niżej schodzili, tym więcej mogli dostrzec. Chociaż w tym wypadku „więcej” ograniczało się do wody, która zajmowała całe dno przepaści. Nie była to szczególnie odbiegająca od normy ciecz, poza tym, że najprawdopodobniej wrzała, wypuszczając kłęby gorącej pary. Bijące od źródła ciepło czuli już dużo wcześniej, jednak dopiero teraz dotarła do nich istota sytuacji. Nie mieli szansy dotrzeć do źródła, jednocześnie nie skazując siebie na ugotowanie.
Jasność, która ich otaczała, wydobywała się z samej wody, najprawdopodobniej została ukryta pod błękitną taflą zbiornika. Jednak nie to ich teraz interesowało.
– Niech to szlag – warknął Milan, ale usłyszał go tylko stojący najbliżej Foma.
– Spróbujmy spuścić butelkę – powiedział jasnowłosy chłopak, którego stopy ślizgały się po powierzchni skał.
– Lina jest za krótka – wtrąciła Liliana. ­– Musielibyśmy zejść niżej.
– Za gorąco! – rzucił Milan.
– Tylko trochę…
– Nie rozumiesz – przerwał jej, wyraźnie rozdrażniony. – Nawet tutaj nie powinniśmy spędzić za dużo czasu, bo skończymy uduszeni. Teraz tego nie czujesz, ale zaczniesz, masz moje słowo.
– Dlatego właśnie ktoś musi zejść niżej! – odezwała się Gaja, która w kilku skokach dotarła do pozostałych. – Nie traćmy czasu na czczą gadaninę.
– Świetnie – wycedził na tyle głośno, że mogli go z usłyszeć. – W takim razie pójdzie…
– Ja – wtrąciła ponownie dziewczyna. Milan chciał ją wyśmiać, ale nie zdążył, bo uderzyła go łokciem w nos. – Mam gdzieś twoje przemyślenia. Poruszam się najlepiej z was, więc zejdę na dół. Ubezpieczaj mnie!
Nie zdążył wygłosić sprzeciwu, bo Gaja odbiła się od ściany i zjechała bliżej parującej wody. Złapał więc ze złością lianę, gotowy w razie czego zareagować… w jaki sposób, pewnie on sam nie wiedział. Jeśli bowiem dziewczyna nie utrzyma równowagi, straci wszelkie szanse na ratunek. Pozostało im tylko zaufać jej zdolności oceny sytuacji i własnych możliwości.
Czekali, a czas wlókł się niemiłosiernie. Otaczające ich gorąco zaczęło znacząco dokuczać, poziom stresu powoli wzrastał, nawet jeśli mogli dokładnie obserwować ruchy Gai. Każdy jęk dziewczyny odbijał im się echem w czaszce, źle postawiona stopa wywoływała dreszcze. Kiedy w końcu nalała wody do pojemnika, który im wcześniej przekazano, wcale nie odczuli ulgi. Błagali tylko los, żeby bezzwłocznie wróciła na górę i nie spadła po drodze do samego źródła. Kiedy zbliżyła się do nich na tyle, żeby mogli zobaczyć zacięty wyraz twarzy, Milan automatycznie wyciągnął rękę i wciągnął ją na swój poziom. Nie musiał nic mówić. Teraz pozostało im uciec od zgubnego wpływu gorących oparów.
Pierwszy ruszył Foma, głównie po to, żeby pokazać pozostałym ruchy, które mieli wykonać. Chwycił się mocno liany, przecinając jej koniec i owijając wokół pasa. Zaraz potem zaczął biec po ścianie skały, coraz szybciej i szybciej, a Liliana tylko zastanawiała się, jakim cudem pęd wytrzymuje takie natężenie i nie zmusza chłopaka do uderzenia w jedno, konkretne miejsce. Jakby sam zaczął tańczyć na okręgu. W końcu Foma odbił się stopami od skały, a jego postać płynęła w powietrzu, żeby w końcu trafić w pole spirali wody i wraz z nią unieść się wysoko, poza pole ich widzenia.
Być może powinno to przerazić Lilianę, ale ona w tamtym momencie czuła już tylko ekscytację. Chciała jak najprędzej pofrunąć w powietrzu, ale przed nią postawiono Gaję, której stan wyraźnie wskazywał na konieczność jak najsprawniejszego opuszczenia ciepłych oparów. Dziewczyna powtórzyła ruchy Fomy, ale wykonała to o wiele lżej, a kiedy w końcu znalazła się w centrum kręgu, jej drobne ciało uniosło się lekko, jak piórko na wietrze. Zaraz potem Milan kiwnął głową na Lilianę, która drżącymi rękoma przecięła lianę, by zaraz potem porządnie owinąć się nią w pasie. Podczas tej czynności asekurował ją Aaron, mogła czuć na sobie jego ostre spojrzenie.
Zamknęła na chwilę oczy, starała się oddychać głęboko, na co nieszczególne miała szanse w takim klimacie. Zaraz potem ruszyła śladem dwójki rycerzy, którzy chwilę wcześniej zniknęli z pola widzenia. Na początku myślała, że spadnie, ale zamiast tego tylko lekko się przechyliła, mogąc swobodnie kroczyć po ścianie. Z lekkim wahaniem szła, wciąż czując, jak grawitacja ściąga ją na dół, jednak w końcu nabrała pewności i zaczęła biec. Z tej perspektywy wcale nie wyglądało to tak bajecznie, wymagało mnóstwa siły czy koordynacji ruchowej, z którą Liliana zawsze miała problem. Tylko że tym razem nie mogła pozwolić sobie na porażkę. Każdy fałszywy ruch oznaczał dla niej śmierć.
Kręciło jej się w głowie, w pewnym momencie czuła, że zaraz zwymiotuje. Świat wirował wokół niej w okropny, nieprzyjemny sposób. Wtedy też oderwała stopu od skały, a siła przeniosła ją prosto do tańczącej w powietrzu wody.
To było jedno z najdziwniejszych przeżyć w jej życiu. Coś gorącego i niezwykle silnego popchnęło ją ku górze i już za chwilę płynęła wraz z nieznanym prądem. Woda, która dotykała skóry, pozostawiała czerwone, piekące ślady. Mimo to Liliana czuła chorą przyjemność z każdej kropli.
W końcu strumień wyrzucił ją z ogromną siłą przed siebie i zanim dziewczyna zdołała zareagować w odpowiedni sposób, uderzyła plecami o ziemię. Oczy zaszły jej mgłą, niewyobrażalny ból wypełnił każdą komórkę ciała. Mimowolnie krzyknęła, a jej głos potoczył się echem po miejscu, w którym wylądowała. Miejscu, w którym przebywała całkiem sama.
Próbowała poruszyć ręką, ale kończyny odmówiły posłuszeństwa. Przez dłuższy czas wiła się na twardym gruncie, stękając cicho. W końcu znalazła oparcie na łokciu, co dało jej możliwość oceny otoczenia.
Z pewnością wciąż przebywała w lesie, otaczały ją gęste plątaniny drzew. Krajobraz ani trochę nie różnił się od pozostałej części domu Czystych, tylko że po tak długiej wizycie w otchłani źródła, wszystko wyglądało jak nowe, jakby zobaczyła je pierwszy raz w życiu. Nagle ogarnął ją straszliwy chłód, a kiedy tylko próbowała wstać, zdała sobie sprawę, że jej lewa ręka musi być zwichnięta. Na całe szczęście korony drzew osłoniły przed upadkiem na tyle, że dziewczyna nie połamała nóg albo, co gorsza, nie skręciła karku. Siła, a jaką źródło wyrzuciło dziewczynę z przepaści, była tak przytłaczająca, że zaledwie w kilka sekund znalazła się daleko od wzgórza. Cała akcja przebiegła tak błyskawicznie, że nawet nie zdążyła w porę zdać sobie sprawę, że coś szło nie tak… a z pewnością tak też było, bo inaczej obok niej leżeliby Foma oraz Gaja.
Spróbowała nabrać większą ilość powierza, ale zaraz zakrztusiła się i upadła ponownie na kolana. Wciąż niewiele widziała, złapanie równowagi najwyraźniej miało trwać dłużej, niż sądziła wcześniej. Jednak nie to ją martwiło najbardziej. Przede wszystkim nie miała pojęcia, gdzie wylądowała. Nie potrafiła określić położenia, wobec czego szanse na  odnalezienie punktu dwudziestego szóstego wynosiły w najlepszym przypadku zero. Nawet znając kierunek, w którym powinna się udać, niewiele mogła zdziałać.
Była po uszy w bagnie.
***
Już jak zobaczył  twarze dwójki rycerzy, wiedział, że stało się coś złego, absolutnie poza planem. Jednak strumień wody zmusił go do skupienia i dopiero kiedy wylądował niezbyt zgrabnie na skale, mógł próbować pytać pozostałych o szczegóły. Nie zdążył jednak nawet otworzyć ust, kiedy tuż obok niego wylądował Aaron.
– Co jest?! – krzyknął, podnosząc się z ziemi. Chociaż właściwie nie musiał zadawać żadnych pytań. Widoczny brak w krajobrazie nie pozostawiał żadnych wątpliwości.
– Gdzieś ją wywiało! – odpowiedziała mu w tym samym tonie Gaja. Rude włosy przykleiły się do jej twarzy, ale nawet to nie zakrywało wyraźnych śladów poparzenia.
– Gdzie?! – Aaron chwycił ją za ramiona i potrząsnął mocno. W oczach pojawiło się coś, czego dziewczyna jeszcze nie widziała, a wolałaby nigdy nie ujrzeć. Przez to spojrzenie nie mogła ułożyć w głowie odpowiedniego komunikatu.
­– TAM! – Foma wskazał ręką na zachód, z trudem utrzymując się na własnych, drżących nogach. To najwyraźniej wystarczyło Aaronowi, bo puścił Gaję, by ruszyć w kierunku wskazanym przez chłopaka. Milan próbował złapać go za ramię, ale chłopak wyrwał się gwałtownie i pobiegł tak szybko, że już chwilę później stracili go z oczu.
– Cholera jasna! – warknął Milan, podążając za nim, ale wtedy drogę przecięła mu ogromna strzała, przelatując tuż przed jego twarzą i zatrzymując się kilka kroków dalej. Chłopak zamarł, ręka spoczęła na rękojeści miecza, ale nie wykonała żadnych dodatkowych ruchów. Nie był w stanie nawet precyzyjnie określić miejsca, z którego strzelono. Odwrócił się powoli, żeby zobaczyć dwójkę rycerzy stojących w lekkim oddaleniu. Żadne z nich nie postawiło ani jednego kroku.
Przyjrzał się strzale tuż przed nim. Nie sprawiała wrażenia wyjątkowej, poza swoimi imponującymi rozmiarami. 
Czyści nie chcieli ich zabić. Gdyby mieli takie plany, zrobiliby to już dawno. W ten sposób jedynie ostrzegali. Tylko że dla nich nie było już odwrotu.
Pokazał ręką Fomie i Gai, żeby podeszli, a oni ostrożnie zaczęli iść w jego kierunku. We trójkę mieli większe szanse na przeżycie. Chociaż poparzona dziewczyna i chłopak ze skręconą kostką wydawali się marnym wsparciem, w tamtym momencie nie mógł liczyć na inne. Nie był też na tyle głupi, żeby sądzić, że ze wszystkim poradzi sobie sam. Ojciec zawsze kazał mu korzystać ze wszelkich dostępnych środków, a najlepszym ich rodzajem pozostawali ludzie.
– Musimy… – szepnęła Gaja, kiedy już znalazła się na tyle blisko, że chłopak mógł ją usłyszeć. Jednak nie zdążył sformułować spójnej wypowiedzi, bo ten jej przerwał:
– Ruszamy na punkt dwudziesty szósty. – Kiedy dziewczyna otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, dodał: – Bez dyskusji.
– Ty zawszony kundlu – wycedziła przez zaciśnięte zęby. – Nie zostawię ich.
– Gaja – odezwał się Foma. Jego głos był cichy, ale przenikliwy. Dziewczyna spojrzała na niego ze złością, jakby chcąc ukarać za wszelkie myśli, które w tamtym momencie błądziły po głowie. – Jeśli zaczniemy ich szukać, sami zabłądzimy. Już teraz mamy niewielkie szanse na dotarcie poza las Czystych, ale… ale oni na pewno też tam pójdą, tylko inną drogą.
–  Słyszysz siebie? – zdenerwowała się. – Brzmisz jak jakiś tchórzliwy magnat. Ona poleciała tam, hen daleko, a on pobiegł za nią. Nie dadzą sobie rady!
– A ty dasz sobie radę?! – rzucił wściekle Milan. ­– Co, królewno? Jak? Powiedz mi, jak?!
– Kapitan powiedział, że jak się rozdzielimy, mamy biec bezpośrednio na miejsce – dodał spokojnie Foma.
– Jego. Tu. Nie ma.
– Skoro tak powiedział, to znaczy, że brał pod uwagę taką opcję – kontynuował, patrząc jej prosto w oczy. ­– Musimy zaufać rozkazom, nie mamy wyjścia. Błagam cię, Gaja – pod koniec jego głos brzmiał wręcz rozpaczliwie.
– Będą próbowali nas zatrzymać, kiedy tylko opuścimy to miejsce – powiedział już spokojnie Milan, pilnując, żeby jego słowa nie dotarły do niechcianych uszu. – Musimy przeć przed siebie, nie zatrzymywać się. Unikać walki, ale jeśli użyją znowu strzał, zaatakujemy. Jasne?
Gaja kiwnęła głową, chociaż w jej oczach wciąż paliły się płomienie pogardy. Foma poklepał ją po ramieniu, ale ona skrzyżowała ręce na piersi.
Ruszyli powoli, z czasem przyspieszając kroku, żeby puścić się biegiem zaraz przy pierwszym drzewie. Niemalże w tej samej chwili w ich kierunku wystrzelono kilka strzał, które zgrabnie ominęli. Jednak nawet przy pomyślnych wiatrach nie mogli uniknąć wszystkich. Wtedy Milan wyciągnął ze swoich zapasów fiolkę z czarną substancją i rzucił ją przed siebie. Naczynie rozbiło się, wyrzucając w powietrze kłęby ciemnego dymu.
To była ich szansa. Nawet z tej odległości mogli zobaczyć, jak skryci za drzewami ludzie zaczynają padać na ziemię pod wpływem zatrutego powietrza. Zmienili więc kierunek i pobiegli wgłęb lasu, gdzie roślinność sprawiała wrażenie najbardziej sprzyjającej. Mokra ziemia znacząco ich spowalniała, w pewnym momencie but Milana utknął w błocie i chłopak musiał go porzucić. Już przy kilku następnych krokach poczuł, jak coś boleśnie przebiło mu stopę, nie miał czasu się tym przejmować. Gnał przed siebie, co jakiś czas zerkając, czy Gaja i Foma dotrzymują mu kroku. Z trudem łapał powietrze, ale wynikało to bardziej z nerwów niż zmęczenia. Mimo to jego umysł pracował błyskawicznie, jak nigdy.
Nagle przed jego oczami stanął On. Nie zdołał mu się przyjrzeć. Poza niezwykle bladą skórą i dziwnie zarysowanym kształtem oczu nic nie dotarło do jego świadomości. Zacisnął zęby, po czym uderzył w niego z całą siłą, przewracając na ziemię. Razem stoczyli się po wzniesieniu, tylko że Czysty w pewnym momencie chwycił jedną z gałęzi i w ten sposób zapanował nad ciałem, a Milan zatrzymał się dopiero na samym dole, uderzając głową o jedną z gałęzi. Krew pociekła po jego czole, ale wytarł ją rękawem.
Nie mógł nigdzie zobaczyć pozostałych rycerzy, podobnie jak swojego niedoszłego przeciwnika. Nie miał jednak czasu na rozważania. Puścił się biegiem przed siebie, mając nadzieję, że Gaja i Foma wkrótce do niego dołączą. Nie chciał walczyć z tym wszystkim sam. Tylko że stanie w miejscu do niczego nie mogło go doprowadzić.
Wyciągnął miecz i zaczął przecinać stojące mu na drodze przeszkody. Na całe szczęście pędy nie były grube i z łatwością ustępowały. Przez przypadek pozbawił życia jedno z mniejszych zwierząt. Jego krew zostawiła ślad na policzku chłopaka, ale ten nawet nie zwrócił na to większej uwagi.
Nie zdołał jednak przejść nawet stu kroków, kiedy czyjaś noga uderzyła go prosto w klatkę piersiową. Na krótką chwilę stracił oddech, ale pozbierał się, zanim nadszedł kolejny atak. Dostrzegł jedynie cień przeciwnika na jednej z grubszych gałęzi, ale na tej podstawie mógł przewidzieć jego atak, w porę go zablokować. Chwycił mężczyznę za przedramię i pozbawił równowagi. Razem upadli na ziemię, ale Milan miał znacząco przewagę – był cięższy. Przyparł Czystego do ziemi, uderzając jego głową o twarde podłoże. Nie pozbawił go w ten sposób życia, ale skołował. Na razie to wystarczyło. Chwycił palcami gardło i powoli zaciskał swój uścisk. Przeciwnik szamotał się w jego uścisku, ale w tej pozycji niewiele mógł zrobić. Zaczęło brakować mu tchu, już po chwili balansował na granicy przytomności. Wtedy Milan go puścił.
Kiedy próbował ustabilizować oddech, mógł przyjrzeć się pokonanemu mężczyźnie…
… który był kobietą – wysoką, mocno zbudowaną, ale z delikatnymi rysami.  Nie miał żadnych wątpliwości. Jej znacząca siła zmyliła go na początku.
– Milan! – usłyszał znajomy głos za swoimi plecami. Foma.
Wstał, zostawiając przeciwniczkę nieprzytomną, ale wciąż żywą. Ruszył za przemykającym cieniem rycerzy, żeby już wkrótce zmierzyć się z kolejną przeszkodą.
Przed nimi płynęła niezbyt wielka, ale wciąż niebezpieczna rzeka. Nie mogli przewidzieć, czy żyły w niej niebezpieczne stwory, czy prąd był dość silny, żeby porwać ich w nieznanym kierunku. Jednak nie mieli czasu na kalkulacje. Wskoczyli niemalże w tym samym momencie do wody. Poczuli, jak nieznajoma siła pcha ich w złym kierunku. Z trudem utrzymali się w miejscu. Gaja chwyciła go za ramię, mógł wyczuć drżenie jej dłoni. Musiał znaleźć w sobie resztki sił, żeby pokonać strumień. Nawet jeśli po drugiej stronie nie czekało na niego nic dobrego.
Dotarli na drugi brzeg, gdzie padli na ziemię wyczerpani. Nie byli w stanie pójść dalej. Milanowi wciąż kręciło się w głowie, kończyny zdrętwiały po kontakcie z zimną wodą. Tylko wpojona przez lata zaciętość kazała mu sprawdzić kierunek i chwiejnym krokiem ruszyć przed siebie. Nie zdążył jednak nawet się wyprostować, kiedy przegoniła go Gaja. Dziewczyna zwęziła wargi, ale nie potrafiła ukryć emocji, które nią targały. Miała dość.
Wtedy to zobaczył. Na jednym z drzew stał Czysty i tym razem z pewnością był mężczyzną. Jego dzikie spojrzenie skupiło się na stojącym w tyle jasnowłosym chłopaku, który w tej pozycji nie mógł go dostrzec i tym samym nie miał szans zareagować. Wbrew wszystkiemu, ruchy mieszkańca lasu wcale nie były pospieszne, wręcz przeciwnie. Milanowi wydawał się działać w jakby zwolnionym tempie, kiedy wyciągnął z kosza na plecach strzałę i wycelował w Fomę. Mógł w tym czasie wymyślić kilkanaście planów, ale zamiast tego stanął jak wbity w ziemię i patrzył. Widział, jak strzała leci w kierunku chłopaka, który zdał sobie z niej sprawę dopiero wtedy, kiedy wbiła się w jego gardło – jedno z niewielu miejsc nieochranianych przez zbroję. Na jego twarzy pojawiło się zaskoczenie i lekki uśmiech, zaraz potem spojrzał w twarz swojego przeciwnika. Człowieka, który kolejną strzałę wycelował prosto w jego głowę.
– Nie pozwolę ci! – usłyszał krzyk i zaraz potem zobaczył Gaję, która biegła w stronę Fomy. Być może gdyby zdawała sobie sprawę, że wokół nich znalazło się więcej ludzi plemienia, zamarłaby… być może wręcz przeciwnie. To i tak nie miało znaczenia, bo wkroczyła w pole rażenia. Kiedy czterech wojowników wypuściło swoje strzały, Milan mógł tylko stać oraz patrzeć. Z szyi Fomy ciekła krew, kiedy Gaja rzuciła się na niego i przewróciła na ziemię. Dwie strzały minęły ich dosłownie cudem, ale pozostałe zostały mierzone w ich nową pozycję. Wiedział, że, że przyjdzie w końcu jego kolej. Był tylko rozczarowany, że nie mógł ruszyć się z miejsca. Zamiast tego gapił się na strzały, które miały pozbawić życia jego towarzyszy.
Czy ich żałował, nie wiedział… i miał się nigdy nie dowiedzieć, bo wtedy coś uderzyło w lecące pociski i zmieniło ich trajektorię lotu. Zanim Czyści zdążyli zareagować, kolejna strzała trafiła prosto w klatkę piersiową jednego z nich.
Wytrącony z równowagi Milan odwrócił się w kierunku, z którego nadszedł atak. Wtedy zobaczył stojącego tuż za nim Nadara, z najokropniejszym ze swoich uśmiechów wymalowanym na twarzy. 

piątek, 11 marca 2016

Rozdział III cz.1

Czas na rozdział trzeci. Dziękuję za wszystkie komentarze pod poprzednim wpisem, czuję się zmotywowana do dalszej pracy : ))
Z góry przepraszam za błędy, bo pewnie są, ale ja jestem ślepa i ich nie widzę. Jak tylko coś rzuci mi się w oczy, to poprawię. 


To chyba tyle. Miłego czytania! 

***

Czyści


Widok z pałacu królewskiego na rozległe tereny otaczające stolicę wyglądał niesamowicie. Sam zamek znajdował się na wzniesieniu, otoczony grubym murem, jak również specjalnie skonstruowaną fosą, mającą bronić króla przed najgorszym. Kasandra jednak nie była głupia i doskonale wiedziała, że w razie ataku wroga zamykanie się przed światem może przynieść więcej szkód niż pożytku. Tak jak było z domem, który odebrali jej ludzie Śródziemia. Tylko dzięki zaprojektowanym tajnym przejściom, uciekła grupka osób, należała do niej ona, matka, a także kilku rycerzy. Jednak spokój ducha odzyskali dopiero w towarzystwie wuja, mieszkającego prawie trzy tygodnie drogi od miasta. 
Na swój sposób bawiło ją, że koniec końców i tak trafiła do miejsca, niemalże identycznego jak z czasów dzieciństwa. Różnice zamykały się w szczegółach, które stopniowo zmieniała. Kiedy zamieszkała w zamku, ogrody wyglądały jak hodowla kwiatów, chociaż ich większą część pokrywała trawa i kamień. Po ślubie zdecydowała przeobrazić to miejsce w krainę pełną bujnej roślinności, fascynującą i tajemniczą, jak z opowieści matki. Przysporzyła tym służbie więcej pracy, ale przecież taka była jej rola. Jakiś czas temu uzyskała również zgodę króla na zmianę wystroju sali balowej. Sambor doceniał gust Kasandry oraz pełne zaangażowanie kobiety w życie dworskie, które królowa ignorowała już od wielu lat. Tylko mąż nie wyrażał zadowolenia, uznając ich pokoje za pstrokate i pełne niepotrzebnych śmieci. Urodził się minimalistą, tylko etykieta odciągała go od chodzenia w stroju średniej klasy rycerza. Na początku takie zachowanie ją bawiło, później drażniło, obecnie co najwyżej nużyło… tak jak wiele innych rzeczy, ale już zdążyła przywyknąć. Nie była przecież wyjątkowa, podobny los czekał niemalże każdą kobietę w tym kraju. 
– Jesteś zadowolona? – powiedziała do malutkiej osóbki, którą trzymała w ramionach. – Lubisz patrzeć przez okno, Mirando? – Dziewczynka zaśmiała się z radością, chociaż najpewniej to nie krajobraz tak zachwycał, lecz głos matki. Była niezbyt ładnym dzieckiem, bardzo podobnym do najstarszej siostry. Miała rzadkie, rude włosy i nazbyt duże oczy. Jednak dla Kasandry nie miało to żadnego znaczenia. Uroda jedynie podnosiła cenę na targu próżności. Czyniła to zresztą w niewielkim stopniu, o wiele większą rolę pełniło pochodzenie. Przed fatalnym związkiem mogła ratować kobiety tylko mądrość. Niestety ta rzadko szła w parze z piękną buzią. Obdarzone olśniewającą powierzchownością pozornie mogły zapewnić sobie więcej, ale to złudzenie mijało wtedy, kiedy było już za późno, by zadecydować o własnej przyszłości. Brzydkie dziewczęta nie musiały żyć w iluzji, że czeka ich życie usłane różami. Dlatego Kasandra żadnej ze swoich córek nie życzyła urody. Sama nie prezentowała się wyjątkowo na tle innych wysoko urodzonych kobiet i po latach dziękowała za to losowi. Była niską, drobną osobą, nieszczególnie pociągającą mężczyzn. Wielu wątpiło, że będzie w stanie urodzić dziecko z taką fizjonomią, a chociaż po czterech ciążach ciało delikatnie się zaokrągliło, to wciąż pozostawało nieproporcjonalne. Podobnie jak wszystkie kobiety z jej kraju, posiadała bardzo delikatne rysy twarzy, przez co wszelkie zmarszczki pozostawały szczególnie widoczne. Prawie przezroczyste brwi musiała barwić, wąskie usta malować, włosy przycinać aż do ramion, bo mimo drogich olejków wciąż nie wytrzymywały klimatu, w którym przyszło im żyć. Kasandra w młodych latach porównywała się do dam przebywających na dworze i szczerze im zazdrościła mocnych, ciemnych kosmyków, szerokich bioder i wyrazistych warg, czego los z oczywistych powodów jej poskąpił. Mimo to nie musiała wzdychać do księcia, bo była mu przeznaczona od najmłodszych lat. Nie trzepotała rzęsami, nie tworzyła romantycznych poematów. Czasami żałowała kobiet, pożądających mężczyzny, który należał do niej i tylko do niej. Nigdy nie ukrywała, że pozbędzie się każdej naiwnej, która położy na nim swoją piękną rączkę. Bez względu na okoliczności.
– Pani – z zamyślenia wyrwała ją jedna ze służących. Dziewczyna stała na środku komnaty z pochyloną głową. – Królowa prosi o rozmowę. 
Kasandra westchnęła, po czym wskazała ręką stojącej kilka kroków dalej opiekunce, by podeszła. Starsza kobieta zaraz znalazła się przy niej, odbierając Mirandę z lekkim przestrachem. 
 – Zabiorę ją do ogrodów, pani – powiedziała ze służalczą miną. – Powinna łapać jak najwięcej słońca, to bardzo zdrowe.
– Oczywiście, Frydo – odrzekła wyniośle Kasandra. Nie lubiła żadnej z kobiet, które opiekowały się cudzymi dziećmi. Dostrzegała w nich coś niepokojącego, fatalną cechę, mogącą zrujnować delikatne umysły pociech, z którymi spędzały tyle czasu. Jednak okoliczności narzucały jej korzystanie z ich usług. Zabawne, że zazwyczaj życie zmusza nas do przebywania w towarzystwie osób, które wywołują rozdrażnienie, a tych ukochanych wysyła daleko w świat.
– Czekam prawie jak na audiencję o króla – usłyszała melodyjny głos tuż przy wejściu. Był on tak samo przyjemny jak wywołujący dreszcze. Po wielu latach przywykła do podwójnego wrażenia, które wywoływał, ale wciąż na jej rękach pojawiała się gęsia skórka.
Próbowała ukryć zdenerwowanie, ale wizyty matki jej męża zawsze pociągały za sobą lawinę nieprzyjemnych zdarzeń. Czasami były one mniej, innym razem bardziej poważne, ale Kasandra nie przypominała sobie, żeby kiedykolwiek przyniosły radość.
Do pomieszczenia wkroczyła kobieta tak piękna, że Kasandra przy niej mogła porównać siebie tylko do szczura. Mimo wieku królowa Aurora pozostawała olśniewająca, niczym bogini, która w przypływie łaski postanowiła zstąpić z niebios i wkroczyć w pospólstwo. Miała piękne, ciemne włosy splecione w elegancki kok, podkreślony kosztowną, aczkolwiek skromną spinkę. Nie była przesadnie wysoka ani chuda, jakby jej ciało tworzył najlepszy rzeźbiarz samego Boga. Usta miały naturalnie ciemny kolor, a choć czujne oko mogło dostrzec drobne jak na pięćdziesięcioletnią kobietę zmarszczki, to migdałowe, ciemne oczy odwracały od nich uwagę. Książę Henryk nazwał ją ucieleśnieniem wszystkiego co najlepsze w królestwie za każdym razem, gdy zaszczycał zamek swoją obecnością.
– Matko – ukłoniła się. – To radość, móc cię dziś zobaczyć.
– Daruj sobie te konwenanse – odparła kobieta. – Nie musimy się nimi posługiwać, kiedy jesteśmy same.
Kasandra zamrugała ze zdziwieniem, nie spodziewając się tego rodzaju przywitania. Skinęła głową na służącą, dając znak do opuszczenia komnaty, po czym wskazała królowej najwygodniejszy fotel, jaki znajdował się w zasięgu wzroku.
– Nie musiałaś przychodzić – rzekła, siadając zaraz naprzeciw kobiety, dokładnie pilnując, żeby uczynić to zgodnie z etykietą. – Wiesz, że mogę cię odwiedzić w każdej chwili.
– Wtedy pewnie czekałabym do wiosny – odparła Aurora.
– Rozumiem, że to coś pilnego? – zapytała z udawaną ciekawością. Oczywiście domyślała się, w jakiej sprawie mogła do niej przyjść. Wciąż miała nadzieję, że krążące po zamku plotki były fałszywe, ale wyraz twarzy Aurory pozbawił ją złudzeń.
– Król zawarł pokój z państwem południowym. Żeby wzmocnić przyjaźń między naszymi rodami… – Właściwie nie musiała kończyć. Kasandra mogłaby to zrobić za nią. Właśnie wynegocjowali jej córkę i zamierzali oddać w brudne łapska barbarzyńców. – Marianna poślubi księcia Awrama.
– Brata tego, który zasiada na tronie? – zaśmiała się Kasandra. – Tylko tyle warta jest wnuczka wielkiego Sambora?
 Nie każda z twoich córek będzie królową…
Kasandra zacisnęła zęby, żeby powstrzymać złośliwy komentarz. Doskonale zdawała sobie sprawę, że spośród czterech dziewczynek co najwyżej jedna będzie mogła założyć pewnego dnia koronę. Jednak oczekiwała, że to właśnie Mariannie przyjdzie się zmierzyć z tym ciężarem. Nawet w najgorszych koszmarach nie przeczuwała, że ta słodka istota zostanie przeznaczona brudnym ludom południa jako jedna z nic nie znaczących księżniczek.
– Moja opinia w tej sprawie i tak nie ma znaczenia – odpowiedziała w końcu. – Ale dziękuję, że przekazałaś mi te wieści osobiście. O zgodę, oczywiście, król musi zapytać mojego męża – A ona dopilnuje, żeby pod żadnym pozorem jej nie uzyskał. Choćby miała za to spłonąć na stosie. Władca zawsze działał wedle własnych rozmyślań, jednak jeśli nie chciał, aby ten kraj w przyszłości upadł, musiał liczyć się ze zdaniem swojego następcy.
– Rozumiem, że jesteś niepocieszona. Każda matka przeżywa dramat, gdy zostaje zmuszona do rozstania z dzieckiem – Aurora chwyciła jej dłoń i ścisnęła z troską. W oczach kobiety pojawił się prawdziwy żal, smutek, który obie były w stanie zrozumieć, ale nie mogły powiedzieć o nim głośno. – Jednak pokój z południem jest dla nas konieczny. Po zdobyciu źródła plemiona Czystych z pewnością będziemy walczyli z rycerzami wschodu.
– Wiec to prawda? – zdziwiła się Kasandra. – Król naprawdę ma zamiar… ale czy to możliwe, matko?
– Oczywiście, kochana – zapewniła ją Aurora, a jej oczy błyszczały niezdrowo. – Magowie już niejednokrotnie udowodnili, że są w stanie czynić cuda. Król wysłał nawet specjalną grupę, aby zdobyła próbkę wody… jeśli okaże się użyteczna… – Zamilkła, jakby zadziwiona, że wypowiedziała własne myśli na głos. – W każdym razie wśród rycerzy jest Gaja.
– Wysłali ją w tamte tereny? – twarz Kasandry zastygła w przerażeniu. Słyszała, że z ziem wrogich im plemion jeszcze nikt nie wyszedł żywy. Tylko w jakim celu skierowali tam akurat jej córkę?
– Czy to nie ty przeforsowałaś rozkaz, żeby wśród gwardii królewskiej mogły walczyć kobiety? – zwróciła uwagę królowa, a twarz Kasandry przybrała kamienny wyraz. ­– Nie rób takiej miny. Nie trzeba być szczególnie bystrym, żeby dostrzec, że Dymitr nie wpadłby na taki pomysł sam. W każdym razie, skoro naciskałaś, żeby pierworodna została rycerzem, to powinnaś też się liczyć z niebezpieczeństwem, które niosą za sobą wyprawy.
Tylko że to nie było normalne zadanie i Aurora doskonale o tym wiedziała. Na wschodnich terenach wciąż toczyły się bitwy, a wszelkie plemiona zbliżone do granicy tylko ten konflikt nakręcały, szczując na siebie wrogie nacje. Czyści byli z nich wszystkich najgorsi. Wielokrotnie słyszała, jak jej mąż musiał walczyć z ich przeklętym zacietrzewieniem… a Gaja była nieostrożna, lubiła rzucać się w wir walki. Dlatego nie przywykła do życia dworskiego. Czy wytworzenie substancji, która równie dobrze mogła istnieć tylko w świecie fantazji, była warta życia tysięcy osób, które miały zginąć w konflikcie ze wschodem?
Magowie potrafili tworzyć rzeczy, które nie mieściły się w głowie przeciętnego człowieka. Spełnienie roszczenia króla mogło przywrócić im upragnioną pozycję w kraju, którą utracili wiele lat temu. Jednak ich czary wymagały spełnienia określonych reguł i poświęceń. Co złożyć w ofierze zamierzał Sambor?
– A skoro już mowa o Dymitrze – kontynuowała Aurora. – Król mi mówił, że wczoraj powrócił do stolicy. Czy to prawda?
– Tak – odpowiedziała Kasandra. – Jednak wyrusza zaraz za kilka dni.
– Powinnaś jak najlepiej wykorzystać swój czas, kochana – powiedziała z troską. – Ten kraj potrzebuje stabilizacji, którą zapewnia mu panowanie jednej dynastii. Jeśli nie urodzisz syna…
– Wiem – uśmiechnęła się. ­– Słyszę to praktycznie za każdym razem, gdy mój mąż wraca do domu. Jednak medycy twierdzą, że nie mam powodów do zmartwień.
– Oni wiedzą, że czas pędzi nieubłaganie, a z każdym dniem twoje szanse na wydanie na świat kolejnego dziecka maleją. Nie miej mi tego za złe. Też jestem kobietą, doskonale rozumiem, jak ciężko jest spełnić życzenia ludu – mówiła monotonnie, jakby recytowała regułkę, której nauczyła się na pamięć. – Nie tylko jego. Mężczyzna nigdy nie będzie odpowiednio traktował żony, która nie zapewni mu potomka. Nawet Dymitr.
Miała rację, doskonale o tym wiedziała. Jednak Kasandra nie mogła tego przyznać, to kosztowało zbyt wiele. Musiałaby wtedy powiedzieć, jak strasznie ją przerażała perspektywa, w której nie była w stanie sprostać oczekiwaniom jako przyszła królowa. Nie wspominając o tym, że od kilku miesięcy mąż nie poświęcał jej więcej niż kilkunastu minut w ciągu całego pobytu w stolicy.
Życie z Dymitrem nigdy nie należało do prostych. Jednego dnia odnosiła wrażenie, że dałby sobie wypruć żywcem wnętrzności tylko po to, żeby zyskać jej uznanie. Następnego odpychał, jakby nosiła na sobie zarazę. Czasami rozmawiał jak z zaufaną, najbliższą powierniczką. Innym razem traktował niczym wroga. W chwilach słabości powiedział, że chciałby jej wierzyć, ale nie może, bo jest oszustką. Miał racje, tylko czy wyróżniała się pod tym względem wśród innych kobiet? Żadna z nich nie mogła pozwolić sobie na pełną szczerość. Jeśli nawet odrobinę przelały na drugą osobę, ryzykowały życiem nie tylko swoim, ale również swoich mężów i dzieci. Kasandra nigdy Dymitra nie okłamała, nawet jeśli nie zawsze mówiła mu prawdę. Nie miała sobie nic do zarzucenia. On tego nie rozumiał, więc od prawie piętnastu lat balansowali na krawędzi.
– Kasandro! – Aurora potrząsnęła jej ręką, wyciągając z otchłani wspomnień. – Jesteś pewna, że nic ci nie dolega?
– Nie – odpowiedziała, odwracając twarz w stronę okna. – Po prostu martwię się o Gaję. 

***

Tereny leśne nie wytrącały z równowagi rycerza gwardii. Od najmłodszych lat żyli otoczeni przez florę tego typu, o wiele gorzej radzili sobie z przemierzaniem gór, gdzie każdy fałszywy krok mógł strącić ich w przepaść. Podobnie działo się nad samym morzem, gdzie często o życiu zadecydowało odpowiednio wczesne przewidzenie sztormu. Wielcy podróżnicy mówili nawet o ziemiach pokrytych w całości suchym piachem albo skutych lodem. Las był drugim domem dla rycerzy, nawet jeśli nie przypominał tego otaczającego Lagarę. W każdym można było poczuć znajome rozluźnienie, kroki automatycznie omijały pułapki, zmysły wyłapywały niebezpieczeństwo. W każdym.

Tylko nie w tym.

Liliana jeszcze nigdy nie widziała przed sobą czegoś takiego, a przecież w dawnych latach przemierzyła niemalże pół królestwa. Kapitan zapewnił ich, że jeszcze nie przekroczyli granicy, więc nie powinni się obawiać. Jednak jego słowa, zamiast uspokoić, przeraziły jeszcze bardziej. Skoro już tereny wokół tego plemienia przyprawiały o gęsią skórkę, to nawet nie chciała wiedzieć, jakie emocje zapanują nad nią podczas przebywania na terenie Czystych.
Ziemia pod nogami była dziwnie miękka, jakby stąpali po grubiej warstwie mchu. Niemalże bez przerwy maszerowały po niej pająki, przy czym należały one do gatunków, z którymi nie mieli jeszcze nigdy do czynienia. Niektóre były wielkości pięści, z grubym tułowiem i krótkimi, włochatymi odnóżami. Inne tworzyły cały klan mikroskopijnych stawonogów, mogących spokojnie pokryć klacz Liliany. Z każdym krokiem odstępy między poszczególnymi drzewami zmniejszały się, aż w końcu zostali zmuszeni zostawić konie i ruszyć bez ich towarzystwa. Najmniej zadowolony w tym wszystkim pozostawał czarny potwór, chyba jako jedyny nieprzywiązany do żadnego z pni. Walił kopytem w ziemię, zabijając przy okazji grupkę żuków, które akurat przemierzały ścieżkę. Jednak nawet gdyby bardzo chciał, nie byłby w stanie przecisnąć się przez plątaninę gałęzi, która stała na jego drodze.
To jednak nie był koniec ich kłopotów.
Liliana nie mogła wyjść ze zdumienia, że podczas trwającej kilka dni wyprawy nie spotkało ich żadne zagrożenie. Oprócz grupy bandytów, którą Nadar przegonił samym spojrzeniem, swobodnie poruszali się po wschodnich terenach. Nie dotarli doprawdy na pola bitewne, jednak to wciąż pozostawały ziemie, o których mówiono ze lękiem. Teraz dumała, czy przypadkiem los nie oszczędził im strachu, wiedząc, że wkrótce wkroczą do plemiennych lasów. Chciała zapytać kapitana, z jakiego powodu zdecydowali się na podróż nocą, jednak ten uciszył ją, zanim zdołała wydobyć z ust jakikolwiek dźwięk. Nawet Nadar sprawiał wrażenie szczególnie ostrożnego, a kiedy Gaja wychyliła się, żeby chwycić za jedną z szczególnie uciążliwych gałęzi, złapał ją za nadgarstek i popchnął do przodu, nie racząc złośliwym komentarzem.
– Nie oddalaj się, Aaron – powiedział kapitan do stojącego kilka kroków za Milanem chłopaka.
Szli dalej, a z każdą chwilą w Lilianie rosło przeczucie, że ich plan posiadał luki, przez co wszyscy skończą tragicznie. Już na samym początku sposób myślenia kapitana nie miał dla niej sensu, tak jakby przekazywał im czynności, zapominając o wyjaśnieniu celu ich wykonywania. Dostali sześć fiolek, ale tylko jedną z nich mieli zapełnić wodą. Potem kapitan kazał możliwie najszybciej dotrzeć do punktu zbiórki. Nie dawał im złudzeń, od początku zapowiedział, że będą ścigani. Jednak aż do momentu dotarcia nad samą granicę, nie mogli zostać złapani.
Czyści nie dysponowali szczególnymi umiejętnościami walki, jak niektóre plemiona w Królestwie. Jednak doskonale poruszali się po własnych terenach, znali jego sekrety, niebezpieczeństwa i pułapki. Co więcej, korzystali z broni dystansowej, najczęściej zatrutego łuku, więc miecz rycerski finalnie mógł okazać się bezużyteczny. Kapitan powiedział im, że pod żadnym pozorem nie mogą zostać trafieni, a kiedy dojdzie do walki bezpośredniej, ich zadaniem było błyskawicznie skapitulować. Jak w takich warunkach ktoś mógłby wynieść choćby kawał patyka, Liliana nie wiedziała.
Problem pojawiał się również w samym dotarciu do źródła. Dopóki nie wepchną swoich łapsk w ich świętość, plemię nie stanowiło dla nich zagrożenia. Tylko że nie tylko oni mogli pozbawić ich życia. Sam las przelewał na gości mordercze plany. W dodatku w pewnym momencie mieli zostać całkiem sami, bez silnego wsparcia starszych rycerzy..
– Dzieciaku, co ty robisz? – warknął zdenerwowany Nadar, łapiąc za ramię stojącego w miejscu Aarona.
– Ja… słyszałem coś – powiedział, lekko otępiały. Rozglądał się dookoła, jakby szukając źródła głosu.
– Stójcie – rzucił krótko do pozostałych kapitan. Sam ruszył w kierunku Aarona i Nadara, żeby ostatecznie chwycić chłopaka mocno za ramiona. Przypatrywał mu się przez z chwilę z niewyraźną miną, ale ten pochylił głowę i unikał jego spojrzenia.
– Jesteśmy niedaleko od lasu Czystych, najprawdopodobniej zaczną was śledzić od chwili w której przekroczycie granicę. Przy każdym kroku będziesz coś słyszał, to nie może cię rozpraszać, rozumiesz? – Aaron kiwnął głową, ale mruknął pod nosem:
– Po prostu myślałem, że ktoś nas wołał…
– Całkiem możliwe. To też nie może cię rozpraszać, więc masz wziąć się w garść.
Chłopak podniósł głowę i prawie w tym samym momencie kapitan go odepchnął, jakby lekko roztargniony.
– Idziemy – powiedział twardo, chociaż zerknął jeszcze na Aarona.
Zaraz potem ruszyli, omijając przeszkody, który postanowił przed nimi las. Co jakiś czas potykali się o wystające korzenie, aż w końcu Foma wpadł w głęboki dół. Na całe szczęście nie połamał sobie nóg, akcję zakończyła skręcona kostka. Kapitan rozważał nawet, czy lekko niedysponowanego rycerza nie wyłączyć z wyprawy, ale ten z gorliwością go zapewnił, że nie czuje bólu ani żadnych problemów z chodzeniem. Mężczyzna nie powinien mu wierzyć, pewnie nawet tego nie zrobił, jednak na tym etapie zmiana planów mogła okazać się nazbyt uciążliwa, więc kiwnął tylko głową i kazał Fomie iść zaraz przed Nadarem.
Liliana nie potrafiła ukryć wrażenie, że kapitan z jakiegoś powodu ich nie lubił. Cały czas czuwał nad bezpieczeństwem, rozwiewał wszelkie wątpliwości, jednak w jego oczach pozostawała jakaś forma rozdrażnienia, która nie miała nic wspólnego z tą, którym raczył ich Nadar. Mężczyzna podróżujący z nimi na samym początku posiadał znacznie prostszą osobowość. Nie chował emocji, kiedy kogoś nie znosił, od razu dawał mu znać. Jeśli gadanina młodych zaczynała nudzić, ziewał potężnie. Nie miał ochoty na towarzystwo? Po prostu znikał im z oczu. Kapitan zachowywał się inaczej, od troski przechodził do niechęci. Z czego to wynikało, Liliana mogła dumać i tysiące lat, ale wątpiła, by doszła do rozsądnych wniosków.
W pewnym momencie kapitan zatrzymał się i zaczął wodzić palcami po ziemi. Pilnujący tyłów Nadar podszedł do niego, po czym dwaj mężczyźni rozpoczęli wymianę zdań, którą tylko oni rozumieli. Piątka młodych zbliżyła się do jednego z drzew, tworząc własną, bezużyteczną formację obronną.
– Chyba łazi mi po głowie – powiedziała ze wstrętem Gaja, a Liliana zobaczyła jednego z pająków wśród rudych włosów dziewczyny. Na całe szczęście z opresji wyratował ją Foma, wyciągając stworzenie i wyrzucając je daleko w las.
Aaron wyglądał na niespokojnego, cały czas trzymał dłoń na rękojeści miecza, gotowy do ataku. Zmarszczone brwi nie stanowiły dla Liliany żadnej nowości, ale zaciśnięte zęby czy czujne spojrzenie kojarzyło się z dawnymi czasami. Już od dawna chłopak nie działał w ten sposób. Chciała do niego podejść, okazać jakąś formę wsparcia, ale on utrzymywał dystans między sobą a resztą kompani.
– To znaczy, że jeśli nie uda nam się wrócić do rana, to zwyczajnie utoniemy? – usłyszała głos Nadara. – Genialnie.
– To nie kłopot – odpowiedział mu drugi mężczyzna. – Jeśli nie opuścimy lasu przed wschodem słońca, zdechną nam konie i nie będziemy mieli, jak wrócić.
– Doceniam twoją hierarchię wartości, kapitanie.
– Wiedziałem, że ci zwiadowcy nadają się tylko do sprzątania łajna w stajniach – burknął pod nosem mężczyzna. Przez dłużą chwilę uderzał palcami w leżący na ziemi kamień, skupiając myśli, dopracowując strategię, która najwidoczniej miała ulec zmianie. Po chwili podniósł się z ziemi i zwrócił bezpośrednio do młodych. ­ – Wygląda na to, że z tej strony otaczają nas ruchome bagna. – Liliana spojrzała na niego zaskoczona, bo jeszcze nigdy nie słyszała o czymś takim. ­– Tłumaczenie tego w tym momencie nie ma sensu, ale musicie wiedzieć, że zaraz po świecie te tereny wypełni morze błota, przez którą przeskoczycie tylko cudem. Dlatego teraz nie ma miejsca na żadne pomyłki, nie zwalniajcie tempa, nie zostawajcie w tyle!
Po tych słowach zaczął iść, a oni podążyli za nim. W przeciwieństwie do nich, poruszał się bardzo płynnie w plątaninie gałęzi i nieznanego pochodzenia roślinności. Liliana nie mogła wyjść ze zdumienia, jak ktoś tak potężny może jednocześnie tak swobodnie przechodzić przez najmniejsze szczeliny. Ona, ze swoim niewielkim wzrostem, miała z tym ogromny problem. Gdyby kapitan nie utorował im drogi, pewnie zdążyłaby się dziesięć razy zgubić albo utknąć w którymś z krzewów.
Tym razem nie pozwolili sobie na rozluźnienie, szli w kolumnie, jeden kroczył śladami drugiego. Liliana znajdowała się tuż za Fomą, cały szyk kończył Nadar.
– Więc już tu jesteście – wymruczał w pewnym momencie kapitan. Próbowała podążyć jego wzrokiem, ale nie dostrzegła niczego szczególnego. Przynajmniej nie rzuciło jej się w oczy nic, co odbiegałoby od normy w tym podłym lesie.
Nie zatrzymali pochodu, cały czas parli do przodu. W pewnym momencie wokół zaczęła pojawiać się całkowicie nowa roślinność i naprawdę nie wymagało spostrzegawczości dojście do wniosku, że była to flora o wiele bardziej niebezpieczna niż ta, z którą mieli do czynienia wcześniej. Lilianę najbardziej zaniepokoił wijący krzew przypominający ostrokrzew, z grubszymi pędami i pokrywającymi je grubymi kolcami. Starała się trzymać z daleka, ale nie dawała rady. Przejścia między gałęziami były tak wąskie, że zahaczenie o okropne rośliny należało do rzeczy pewnych jak nadejście dnia po nocy. Na całe szczęście w wyniku potyczki jedynie rozerwała swój płaszcz, o wiele gorzej poradził sobie Aaron, co wywołało u niej niemalże przerażenie. Chłopak jeszcze nigdy nie wyglądał na aż tak rozkojarzonego podczas sytuacji wymagających maksimum skupienia, a rozcięty lewy łokieć tylko utwierdzał dziewczynę w przekonaniu, że w tym lesie znajdowało się coś dziwnego, czego tak naprawdę wcale nie chciała spotkać.
Po jednym z drzew przebiegło małe stworzenie przypominające wiewiórkę, gdyby nie ostre kły wystające z jej pyska. Liliana wyciągnęła rękę w kierunku miecza, ale nie miała pojęcia, w jaki sposób mogłaby walczyć tak wielką bronią z tak małym zwierzakiem.
– Przyciągnęła go krew – wyjaśnił jej kapitan, spoglądając na zranionego Aarona. – Zapewne wkrótce zjawi się tu więcej takich, ale żaden z nich wam nie zagraża. Przynajmniej jeśli zachowacie odpowiednią ostrożność.
Nie była przekonana. Jeszcze zanim kapitan zakończył swoją przemowę, zobaczyła minimalnie trzy kolejne upiorne wiewiórki, a każda wydawała się posiadać dodatkowo ostre pazury. Jedno takie stworzenie faktycznie może nie dałoby rady ich skrzywdzić, ale cała zgraja?
– Najlepiej by było trochę je rozkojarzyć – powiedział, chociaż Lilianie sądziła, że mówił to bardziej do siebie niż do nich.
Jedna z wiewiórek skoczyła na Aarona, który machinalnie wyciągnął rękę i złapał ją za szyję. Stworzenie szamotało się w uścisku chłopaka, przynajmniej dopóki ten szybkim ruchem nie skręcił mu karku. Zaraz potem ze wstrętem wyrzucił martwe zwierzę daleko w tył, a Liliana mogła zobaczyć jak otacza je stado wiewiórek, by zaraz potem zacząć rozszarpywać ciało na kawałki.
– Chłopak już się nimi zajął – zarechotał Nadar, popychając rozdrażnionego Aarona. – Mamy chwilę czasu, zanim im się znudzi, lepiej dobrze je wykorzystać.
Kapitan nie odpowiedział, ale znacząco przyspieszył. Teraz młodsi rycerze musieli niemalże biec, co wydawało się wręcz absurdalne w takich warunkach. Gaja przez przypadek uderzyła głową o jeden z pni, aż oczy zaszły jej łzami. Foma z nie do końca sprawną nogą z trudem przeskakiwał przez wyższe przeszkody, w pewnym momencie po prostu wytarł nosem podłoże. Kapitan tylko spojrzał na nich z politowaniem, ale na całe szczęście oszczędził im komentarza. Być może też nie miał na to czasu, bo uwagę poświęcał mijaniu kolejnych przeszkód. Sam, jako przewodnik, stał przed najtrudniejszym zadaniem. Szybkim ruchem przecinał bardziej uciążliwe gałęzie, ostrzegał przed ukrytymi przeszkodami.
W końcu zatrzymali się na niewielkiej polanie, gdzie po raz pierwszy od długiego czasu mogli zobaczyć błyszczące gwiazdy na czarnym niebie. Ich blask rozświetlał ścieżkę prowadzącą w ciemność. Co czekało na jej końcu? Z tego miejsca trudno było określić.
– Ściągnijcie płaszcze, będą wam tylko zawadzać – powiedział kapitan, a przez ciało Liliany przeszedł dreszcz. Wiedziała, że w końcu dotrą nad granicę, ale nie spodziewała się, że czas upłynie tak szybko. Bardzo powoli zrzuciła okrycie z ramion, potem podała je Nadarowi, którego twarz dla odmiany nie przybrała pogardliwego wyrazu.
Zaczęli poprawiać strój, dokładnie dopinać klamry, zawiązywać sznurki. Robili to w pośpiechu, chociaż bardzo dokładnie. Przywódca wyraźnie zaznaczył, że od tego może zależeć ich życie.
– Weźcie to – dodał, wyciągając z własnego bagażu fiolkę wypełnioną bursztynowym płynem. Było to antidotum na truciznę ze strzał Czystych. W założeniu mieli nie dać się trafić, ale przecież musieli rozważyć wszelkie opcje. Dawka dwóch kropel zapewniała ochronę na nie mniej niż kilka godzin.
Milan sięgnął po fiolkę, by schować ją w woreczku przypiętym do pasa. Wydawał się szczególnie skupiony i czujny, żadna jego kończyna nie wykonywała niepotrzebnych ruchów. Napełniło to Lilianę otuchą. On jeden z pewnością był przygotowany na czyhające na nich zagrożenie.
– Pamiętajcie, żeby pod żadnym pozorem nie wdawać się w walkę – kontynuował kapitan, podczas gdy Nadar dokładnie sprawdzał wyposażenie każdego z nich. – Jeśli zaatakujecie, oni zrobią to z podwójną siłą. Dopóki nie wyciągniecie ostrza, nie zabiją was. Do miecza odwołujcie się w ostateczności, kiedy nie znajdziecie żadnego innego rozwiązania. Unikajcie bocznych ścieżek, to nie ma żadnego sensu, skoro i tak będą was śledzić. Znacie mapę, więc znalezienie źródła powinno pójść wam sprawnie. – Zamilkł na chwilę i omiótł spojrzeniem każdego z nich. Jego twarz złagodniała, aby następnie przyjąć szczególnie ostry wyraz. – Będziemy czekać na was przy bagnie, w miejscu dwudziestym szóstym. Ja nie ponoszę porażek na wyprawach, więc wam też nie daję tego prawa. Idźcie już – zakończył chłodno, a kiedy młodzi przekroczyli granice lasu Czystych, mruknął do siebie – Powodzenia…



© Halucynowaa | WS | X X X