piątek, 22 kwietnia 2016

Rozdział III cz. 3

Trochę spóźniona witam z kolejną częścią ; ) Tkwię teraz po uszy w sprawach natury ekhm... naukowej, więc ciężko mi znaleźć czas na odpowiednie przygotowanie rozdziału, dlatego z góry przepraszam za wszelkie błędy... chociaż, jakby nie patrzeć, kiedy mam mnóstwo możliwości na poprawę, te i tak się pojawiają. Nie miejcie mi tego za złe ; ))

Miłego czytania!


***
Liliana wstała z trudem i za pomocą urządzenia namierzającego próbowała określić kierunek, w którym powinna się udać. Wciąż czuła zawroty głowy, ale dała radę utrzymać pionową postawę.
Ruszyła naprzód, ale jej nogi zaczęły tonąć w mokrej ziemi. Błoto, które jeszcze przed chwilą sięgało kostek, zaczęło dochodzić aż do kolan. Z każdym krokiem było coraz gorzej. Chociaż próbowała odnaleźć twarde podłoże, na którym mogłaby się oprzeć, wciąż trafiała tylko na przeklętą mieszaninę piachu i wody. Zamarła, kiedy zaczęła tracić czucie w stopach. Była załamana. Chciała, żeby ktoś ją odnalazł. Ktokolwiek. Nawet jeśli miała zginąć, to nie tu. Nie tak.
Przez całe życie nieustannie musiała o coś walczyć, już od najmłodszych lat los nie szczędził jej trudów. Nigdy nie narzekała, nie płakała nad zagrożeniem. Nawet kiedy przez kilka tygodni nie miała czego włożyć do ust. Teraz jej ciało drżało z przerażenia, a umysł nie potrafił stworzyć żadnego planu, który mógłby pomóc w tej beznadziejnej sytuacji. 
Kiedy już całkowicie straciła nadzieję, że uda jej się wydostać z lasu, usłyszała wołanie. W dodatku doskonale znała ten głos. Próbowała odwrócić głowę w stronę źródła dźwięku, ale nie mogła. Bagno skutecznie zatrzymywało ją w jednym miejscu i powoli pochłaniało.
– Aaron! – krzyknęła, z trudem chwytając najbliższą z gałęzi. – AARON!
Łzy napłynęły jej do oczu, więc otarła je ze złością wolną rękę. Drugą zacisnęła na gałęzi, która opóźniała jej całkowite zanurzenie w błocie. Spocona dłoń ześlizgiwała się coraz niżej, więc wbiła paznokcie w kawałek drewna, który utrzymywał ją na powierzchni.  Usłyszała ciche skrzypienie, które z każdą sekundą zyskiwało na sile. Licha część drzewa nie mogła poradzić sobie z jej ciężarem i odrywała się od pnia. Chciała chwycić kolejną, ale ta pozostawała poza jej zasięgiem. Jęknęła głośno. Musiała spróbować coś zrobić.
Nagle zobaczyła, jak zza krzewów wybiega Aaron. Miał zakrwawioną lewą rękę, więcej nie była w stanie dojrzeć. Znajdował się zaledwie kilkanaście kroków od niej, ale na tyle daleko, że bagno mu nie zagrażało. Przynajmniej dopóki nie zdecydował w nie wskoczyć.
– STÓJ! – wrzasnęła, zanim chłopak zdołał wykonać choćby jeden krok więcej. Nie musiała nic dodawać. Aaron uderzył łokciem w jedną z gałęzi. Nie dał rady jej wyrwać za pierwszym razem, drewno było grube i nie chciało ustąpić. Chłopak spróbował drugi raz, chwycił mocno i wygiął, dopiero wtedy część drzewa zwaliła się na podłoże. Liliana zarechotała, ale sama nie wiedziała, czy wyrażało to szczęście czy rozpacz.
­– Chwyć to – powiedział, podając jej drugi koniec gałęzi. – Wyciągnę cię.
Nie miała czasu na wahania. Złapała mocno i chociaż nierówna kora boleśnie wbiła się w jej dłonie, nie puściła. Wydobycie dziewczyny z gęstej masy nie było wcale łatwe, nawet dla Aarona. Nic nie mówił, ale usłyszała jego dyszenie. Ciało jakby zastygło w błocie, za nic w świecie nie ruszyło choćby o centymetr. Próbowała przyciągnąć nogi do brzucha, ale tylko zachłysnęła się powietrzem. Kaszlała głośno, do ust wtargnęła mokra ziemia, z trudem powstrzymała wymioty. Potem zaczęła chichotać jak dzika. Nieco dalej Aaron parsknął zniecierpliwiony i szarpnął tak mocno, że jej ciało nieznacznie drgnęło, co wcale nie było przyjemne. Powoli płynęła w stronę brzegu, czując tak ogromną żałość jak nigdy w życiu. 
Kiedy w końcu stanęła na twardym podłożu, zachwiała się niebezpiecznie i upadła na kolana. Aaron kucnął zaraz przy niej, przez dłuższą chwilę żadne z nich nie wypowiedziało żadnego słowa. Dotknęła jego dłoni, żeby poczuć, jak ich palce automatycznie splatają się w bezpiecznym uścisku. Cały czas patrzyła w jego ciemne oczy. Kiedy ścisnęła dłoń chłopaka mocniej, stęknął i dopiero wtedy oderwała spojrzenie od twarzy, przeniosła je na zranioną kończynę. Jednak krew na jego ubraniu nie należała w większości do niego.
– Nie możemy tu zostać – powiedział spokojnie, chwytając drugą ręką jej przedramię. Liliana kiwnęła głową. Zlustrowała go spojrzeniem od stóp do głów, próbując dociec, co w jego obrazie jej nie pasowało… a z pewnością nie wszystko było na swoim miejscu.
– Gdzie jest twój miecz? – zapytała w końcu, dostrzegając pustą pochwę przy pasie chłopaka.
– Zgubiłem – odparł w typowym dla siebie tonie.
– Weź mój. – Wyciągnęła w jego kierunku swoją broń, a on odepchnął ją ze złością.
– Nie potrzebuję go.
– To jak będziesz nas ochraniał? – Nie odpowiedział. Mimo to mogła się domyślić, co siedziało w jego głowie. Nie zdążyła tego skomentować, bo coś zeskoczyło z jednej z gałęzi i wylądowało tuż przed nimi.
Był to mężczyzna o skórze białej jak mleko, naznaczonej licznymi znamionami i bliznami. Jego ciało wydawało się wychudzone, ale nie pozostawiało wątpliwości co do siły i gibkości. Długie palce zaciskał na niewielkim łuku, spojrzenie jasnych oczu o nietypowym kształcie wbił w Aarona. Włosów nie miał w ogóle, głowa pozostała gładka, chociaż rozrysowano na niej przedziwne znaki. Twarz nie wyrażała niczego ponad pogardą, kiedy celował swoją strzałą prosto w serce chłopaka.
Nie zdążył. Nie zdawał sobie sprawy, że w nawet nie miał na to szans. Liliana wiedziała już w momencie, w którym spojrzała w oczy Aarona. Czuła dokładnie to samo co wiele lat temu.
Chłopak błyskawicznie oderwał stopy od podłoża i wskoczył na jedną z gałęzi, żeby przedostać się na inne drzewo. Czysty tylko zacharczał nieprzyjemnie, najwyraźniej uznając, że jego przeciwnik próbuje uciec. Nie miał przecież żadnej broni. Mężczyzna przeniósł swoje spojrzenie na Lilianę, która chwyciła miecz w obie ręce i przygotowała obronę. Nie wiedziała jednak, jak miałoby to jej pomóc przed atakiem strzał. Nie podjęła decyzji, bo z drzewa tuż nad głową Czystego zeskoczył Aarona. Uderzył butem w nos przeciwnika, który zalał się krwią i walnął plecami o pień. Chłopak nie dał mu czasu na złapanie oddechu. Już był przy nim, kopnął kolanem w brzuch tak, że trzymany do tej pory przez niego łuk spadł na ziemię. To jednak nie był koniec. Nadepnął na nagą stopę i chwytając za przedramię, przewrócił na brzuch.  Jego ręka zawinęła się wokół szyi, druga chwyciła za głowę. Mężczyzna usiłował wyrwać z silnego uścisku, ale chwilę później jego ciało znieruchomiało i opadło bezwiednie na ziemię.
Aaron wstał szybko, zabierając po drodze strzały, który trzymał przy sobie Czysty. Zaraz potem, trzymając już drewniany łuk, celował między drzewa. Nie trafił najwyraźniej w swój cel, ale spłoszył trzech osobników, którzy dopiero dotarli na miejsce zdarzenia. Jeden z nich zeskoczył tuż za plecami Liliany, ale dziewczyna automatycznie obróciła się na pięcie i korzystając z miecza, rozcięła mu biodro.  Przeciwnik odskoczył szybko, prychając wściekle, po czym zaatakował z całą swoją siłą, zwalając Lilianę na wilgotne podłoże. Uderzył czołem w głowę dziewczyny, przez co zabrakło jej tchu. Jednak nie dał rady zrobić nic więcej, bo nagle tuż obok niego stanął Aaron i uderzył kamieniem w jego skroń. Mężczyzna stracił przytomność, przygniótł Lilianę swoim ciałem. Udało jej się jednak wydostać w odpowiednio krótkim czasie, by stanąć obok jednego z drzew. Mogła dostrzec dwie leżące postacie zaledwie kilka kroków przed nią. W tym wypadku żadne pytania nie były potrzebne. Aaron podszedł do niej, a na jego twarzy widniało tylko skupienie.
– Chodźmy tędy – wskazał dłonią na wybrany kierunek. Prowadził dokładnie tam, gdzie kapitan zabronił im iść.
– To nas tylko oddali od pozostałych – stwierdziła i nagle zdała sobie sprawę, że Aaron przybiegł do niej sam, a tak naprawdę nie mieli zielonego pojęcia, gdzie byli Gaja, Foma i Milan.  Chciała o to zapytać, ale nie zdążyła.
– Jeśli ruszymy w tę stronę trafimy na kolejną zgraję Czystych – powiedział chłodno, zarzucając łuk na ramię. – Musimy spróbować się od nich oddalić.
Po tych słowach ruszył, a ona poszła za nim, bo i tak nie miała lepszego planu.
– Dlaczego akurat tam? – zapytała, kiedy ponownie zaczęli stąpać po wzniesieniu.
– Nie wiem – odparł, marszcząc brwi. – Sądzę, że coś tam jest…
– Aaron…
– Nie masz się czym martwić – przerwał jej. – Ten las jest wielki, a Czyści nie należą do tak licznych plemion. Jak zatrzemy za sobą ślady, być może w ogóle nas nie znajdą…
„Ale nigdy nie wrócimy do zamku” dodała w myślach, nie znalazła odwagi, by powiedzieć na głos.
Szła powoli, rozglądając się dookoła, ale wyglądało na to, że Aaron miał rację – żaden człowiek z plemienia ich nie ścigał.
Pobiegli wgłęb lasu, pokonując po drodze mniejsze przeszkody. Nie wiedziała, w jakim zmierzają kierunku, ale towarzyszący jej chłopak najwyraźniej nie miał takich problemów. Sprawiał wrażenie wręcz, że doskonale zna las Czystych, czuje się w nim jak w domu… którego przecież nigdy nie miał.
Ta wędrówka mogła trwać zaledwie chwilę jak i pół nocy, Liliana straciła rachubę czasu. Dopiero kiedy Aaron stanął na niewielkiej polanie, dostrzegła, że niebo było o wiele jaśniejsze, niż kiedy wkraczali do lasu. Chciała pójść dalej, ale towarzyszący jej chłopak nawet minimalnie nie zmienił pozycji. Podążyła jego spojrzeniem i dostrzegła, że nieco dalej leżą porozrzucane fragmenty ostrz, rękojeści, połamanych strzał i innych broni, zajmując niemalże całą przestrzeń. Wszelkie elementy wydawały się bezużyteczne, jakkolwiek po stoczonej bitwie zazwyczaj porzucano nieprzydatne narzędzia, to nie mogła uwierzyć, że Czyści pozostawili coś takiego na pamiątkę. Ponadto czuła niepokój, jakby otaczało ich coś niebezpiecznego. Cisza panująca w tym miejscu przytłaczała, a ze zniszczonych broni emanowała zła energia. Dlatego kiedy Aaron wyciągnął dłoń w kierunku jednej z nich, złapała go szybko za rękę. Nie powiedziała nic, nie była w stanie wydobyć głosu. Jednak on najwyraźniej zrozumiał, bo wyprostował się, by z lekkim ociąganiem ruszyć w obranym przez nich wcześniej kierunku.
Nagle Aaron chwycił ją za przedramię, zepchnął za plecy i zanim zdążyła zareagować, już naprężył łuk i wypuścił strzałę w kierunku drzew. Obcy grot musnął jego policzek, kiedy Liliana wyciągnęła miecz. Nie wiedziała, kogo ma atakować. Próbowała dostrzec przeciwników wśród drzew, ale ci nie pokazali się, dopóki Aaron nie utracił ostatniej ze swoich strzał. Kiedy jeden z Czystych zeskoczył z drzewa, chłopak złapał Lilianę za nadgarstek i pociągnął za sobą. Biegli tak szybko, że krajobraz zlewał się w ciemną plamę. Przeskakiwali przez pozostałości broni, a przynajmniej dwa groty uderzyły w ich plecy, nie mogąc przebić twardego pancerza. Kiedy dotarli na skraj polany, Aaron rzucił się na nią, przygniatając do ziemi. Tuż nad ich głowami śmignęły trzy strzały. Liliana poczuła suchość w gardle, kiedy zobaczyła, że przed nimi stoją nie dwa ani nawet nie trzy osobniki, lecz co najmniej kilkanaście. Jeden z nich ruszył naprzód. Wyglądał inaczej niż pozostali, ale nie mogła mu się przyjrzeć. Zaraz znalazł się przed nimi, kopnął Aarona w twarz, Lilianę złapał za włosy i odepchnął na bok.
– Nie! – krzyknęła, wyciągając ręce w kierunku chłopaka. Zobaczyła, jak po jego twarzy spływa strużka krwi, wyciągnęła miecz, zaatakowała. Jednak Czysty z łatwością uniknął ciosu. Zanim zdążyła ponownie unieść broń, za jej plecami stanęła dwójka kolejnych przeciwników, poruszających się tak szybko, że z trudem nadążała za ich ruchami. Aaron wstał prędko, żeby zasłonić ją przed kopnięciem atakującego. Cios był na tyle silny, że chłopak odskoczył kilka kroków do tyłu.
„Skup się” myślała, kiedy kolejny Czysty uderzył ją w brzuch, pozbawiając tchu. „Skup się”. Jeden z nich trzymał w ręku sztylet. Zaatakował Aarona, który z trudem zatrzymał cios. Nie był w stanie uniknąć drugiego przeciwnika, który uderzył w niego kilka razy bronią przypominającą kij. Jego ruchy były szybkie, niemalże bezszelestne. Kolejne kopnięcie sprawiło, że Aaron odleciał do tyłu i uderzył plecami o twardą ziemię. Liliana próbowała przebić się przez otaczających ją przeciwników, ale ci nie pozostawili jej złudzeń. Pozbawili miecza, a potem uderzyli rękojeścią w skroń.
„Skup się. Inaczej zginiemy…”
Aaron wrzasnął z bólu, kiedy stopa przeciwnika uderzyła w jego klatkę piersiową. Chciał się odwrócić, ale kiedy tylko oparł ciężar ciała na łokciu, otrzymał kolejny cios w szczękę. Kątem oka dostrzegł leżącą półprzytomną Lilianę, a do jego uszu wciąż docierał szept, którego nie potrafił zrozumieć. Uderzył czołem o kamień, jednak głos wciąż nieznośnie roznosił swój dźwięk po umyśle. Zanim się zorientował, przeciwnik połamał mu lewą rękę, zgniótł stopę. Ból pulsował w każdej części ciała, ale i tak walczył, dopóki wciąż był przytomny.
Nie widział już żadnego z Czystych, sparaliżowało go uczucie, które do tej pory było mu obce. Nie potrafił w żaden sposób tego nazwać. Klęczał, pochylony nad ziemią, zostawiając na niego krople krwi. Czuł, że przeciwnik podchodził do niego z uniesioną bronią… a on nie miał już siły.
Wtedy to zobaczył. Jedna z leżących wokół niego rękojeści wyróżniała się spośród innych, nie mniej nie miało to nic wspólnego z jej budową czy kształtem.
Ona do niego mówiła. Wyraźnie słyszał jej zachęcający szept, mimo że nie rozpoznawał słów.
Zbierając w sobie ostatni sił, sięgnął po pozornie bezużyteczny kawałek ostrza i kiedy Czysty stanął tuż za jego plecami, błyskawicznie odwrócił się i wbił ułamany miecz prosto w jego brzuch.
Krew wypływała z jego rany, oczu, ust i nosa, zalewając przestrzeń, tworząc prawdziwe bagno. Wszystko tonęło, czerń nocy pochłaniała gwiazdy, ludzi i drzewa. Nie pozostało nic poza nim i jego przeciwnikiem. Jednak ten przypominał teraz bardziej lalkę, powoli rozpadającą się na drobne kawałki. Jego głowa opadła bezwiednie na skręconej szyi, a dolna cześć ciała rozpuszczała w szkarłatna ciecz niczym kwas. Chciał odskoczyć, uciec, ale nie mógł. Jego palce przylgnęły do rękojeści, a ostrze tkwiło w makabrycznym ciele. Szarpał z całych sił, ale nie był w stanie nic zrobić.
Nagle z ciemności zaczęła wyłaniać się istota tak potworna, że zastygł w strachu. Nie był w stanie tego opisać, po prostu zaczął drżeć. Nie czuł nic na myśl o śmierci. Nie ulegał przerażeniu, kiedy trafiał na silniejszego przeciwnika. Zawsze żył wolny od wahań, a jednak teraz całe jego ciało reagowało jak nigdy wcześniej. Wprawdzie to coś  wciąż pozostawało w znacznym oddaleniu, obecność intruza była wręcz namacalna. 
Postać szła niczym w zwolnionym tempie, jakby nie do końca wiedziała, którą z kończyn powinna użyć do chodzenia. Jej ciało wyginało się niebezpiecznie przy każdym kroku, można było dostrzec każdy poszarpany mięsień, wyłamaną kość, brak skóry. Jej twarz przypominała demony na starodawnych rycinach, które nigdy nie powinny istnieć. Miała zamknięte oczy, wielką paszczę z ostrymi zębami. Jej nieproporcjonalnie długie ręce kończyły długie pazury, którymi spokojnie mogłaby rozszarpać niedźwiedzia.
Nieuchronnie zbliżała się do Aarona. Nawet kiedy rozpaczliwie próbował rozdzielić dłoń z przeklętym mieczem, ta tylko zacisnęła się na rękojeści. Głos uwiązł mu w gardle, kiedy istota padła na kolana tuż obok niego i zamarła. Miał nadzieję, że zapadła w sen albo straciła nim zainteresowanie. Jednak nie miał odwagi ruszyć, nie wiedział, co miał robić.
Nie słyszał absolutnie nic poza swoim przyspieszonym oddechem. Spróbował jeszcze raz wyciągnąć ostrze z przeciwnika, włożył w to całą swoją siłę. Zacisnął zęby, żeby nie wydobyć z siebie żadnego rozpaczliwego dźwięku, ale kiedy ponownie spojrzał na klęczącą obok makabryczną istotę, ta otworzyła oczy.
Nie mógł oderwać wzroku od jej wielkich, zajmujących większą część gałki ocznej źrenic ani czerwonej tęczówki, dokładnie takiej jak przedstawiali w najstraszniejszych legendach.
– Oddaj mi go – wycharczała i był to jeden z najpotworniejszych dźwięków, jakie słyszał w swoim życiu. Nie zdążył nic zrobić, bo ciało przeciwnika całkowicie rozpadło się, zostawiając go samego z połamanym ostrzem i makabryczną istotą.
Wstał i najszybciej, jak tylko potrafił pobiegł przed siebie. Jednak potwór znalazł się znikąd tuż przed nim i wgryzł w ramię, wyrywając kawałek mięsa. Nie wykrztusił z siebie żadnego dźwięku… żadnego jęku, krzyku, wołania. Po prostu uderzył go okropny ból, ale zapomniał o nim kompletnie, kiedy szpona istoty przebiła jego brzuch, wypruwając wnętrzności. Nigdy nie czuł czegoś podobnego. Chciał wrzeszczeć w agonii, ale wciąż nie mógł nawet pisnąć. Nie widział już nic, nie słyszał, pozostało mu tylko to coś… coś tak potwornego, że nawet nie był w stanie tego nazwać bólem. Próbował odepchnąć od siebie potwora, ale zabrakło mu sił.
Ostrze wypadło mu z ręki, a jego otoczyła ciemność. 

***

Nie wiedziała, co się działo. Jej skronie pulsowały po uderzeniu metalu, oczy zaszły mgłą. Próbowała zmusić umysł do znalezienia równowagi, ale nie potrafiła nawet powiedzieć, gdzie była ręka i do czego służyła noga. Jednak nawet minimalna orientacja nie była jej potrzeba, żeby zdać sobie sprawę z popłochu, w który wpadli Czyści. Uniosła lekko brodę, ale zobaczyła tylko klęczącego na ziemi Aarona i leżące obok niego rozszarpane ciało. Ludzie plemienia stracili nią zainteresowanie, wszyscy rzucili się na chłopaka. Chciała ich zatrzymać, ale biegli tak szybko, omijając ją jak najmniej istotną przeszkodę.
Zdołała wstać, kiedy jeden z nich zbliżył się do Aarona, próbując zaatakować. Zamiast tego padł na ziemię, wypluwając z ust ciemną ciecz. To samo spotkało kolejnych mężczyzn, podczas gdy chłopak pozostawał w tej samej pozycji, czarne włosy zakrywały jego twarz, dłoń zacisnęła się na ostrzu, które podniósł z ziemi.
Obraz przed oczami Liliany wyglądał makabrycznie. Czyści zalewali otoczenie krwią, kiedy tylko przekroczyli jakąś niewidzialną granicę zagrożenia.
– Aaron – szepnęła, wiedząc, że chłopak nie słyszy. Ruszyła w jego stronę, ale w połowie drogi zatrzymał ją jeden z plemiennych. Jego wielkie oczy błyszczały strachem i złością, kiedy zepchnął dziewczynę ponownie na ziemię. – Zostaw mnie w spokoju!
Uderzyła go pięściami w goleń, a on odskoczył jak oparzony. Na czworaka zaczęła przeć przed siebie, dławiąc w sobie łzy. Ktoś złapał ją za włosy i próbował pociągnąć za sobą. Syknęła, ale sięgnęła po ukryty w ubraniu nóż. Rozcięła przeciwnikowi nadgarstki, potem naznaczyła ostrzem udo i wbiła je w stopę. Mężczyzna upadł na ziemię, a ona wstała i pobiegła w stronę Aarona. Drżały jej nogi, ale nie zatrzymała się. Nawet kiedy kilkakrotnie upadła na ziemię, raniąc kolana. Ktoś ponownie próbował ją zatrzymać, ale ona krzyknęła wściekle:
– Nawet nie próbuj, ty świrze! – Uderzyła go w podbródek, następnie łokciem w żebra. Nie traciła więcej czasu. Biegła między martwymi ciałami, nie myśląc nawet o tym, że mogłaby się stać kolejną ofiarą. Im bliżej była Aarona, tym większa panika ją ogarniała. Chłopak dygotał okropnie, po jego czole spływały kropelki potu. Uklęknęła przy nim, ale bała się go dotknąć. Kątem oka dostrzegła, że już żaden z Czystych nie próbuje podejść do nich, zaczęli jedynie szykować swoje strzały.
Aaron podniósł powoli głowę, ale dopiero po dłużej chwili na nią spojrzał. Zobaczyła, jak jego oczy nabierają szkarłatnej barwy, a on sam zaczyna się od niej odsuwać.
– Błagam, nie – jęknęła, kiedy wstał i zaczął iść w przeciwnym kierunku. W tej sposób uczynił z siebie doskonały cel dla strzał. Złapała go za ramię, ale on wrzasnął, zaraz wyszarpał z jej uścisku. Próbowała go uspokoić, ale chłopak upadł na ziemię i zaczął się wić, jakby coś paliło go żywcem od środka. Złapała za nadgarstek, wyrywając rękojeść z jego uścisku. Jednak palce przywarły do metalu, za nic na świecie nie chciały dopuścić do rozłąki. Sięgnęła po kamień leżący tuż obok jej uda. Uderzyła nim w nadgarstek Aarona, a jego uścisk uległ rozluźnieniu. Zacisnęła zęby i tłukła twardym przedmiotem tak długo, aż kompletnie stracił czucie w palcach i jego dłoń automatycznie rozwarła się, upuszczając miecz.
Całkowicie stracił przytomność. Chwyciła go za ramiona i przycisnęła do piersi, zasłaniając głowę i szyję. Sama nie spuszczała wzroku w Czystych i ich strzał, wycelowanych w jej głowę.
Jeden z nich wyszedł naprzód. Nie wyglądał na najsilniejszego ani szybszego, jednak z pewnością różnił się od pozostałych. Być może z powodu rzemyka z wilczymi zębami, który nosił na szyi. Z pewnością miał też więcej znaków wymalowanych na skórze, niektóre nawet zabarwione były czerwienią i żółcią. Uniósł rękę do góry, a pozostali naprężyli cięciwę.
– Na twoim miejscu bym tego nie robił, Mern. 
© Halucynowaa | WS | X X X