niedziela, 22 maja 2016

Rozdział 4 cz.1

Ida


Świat się zatrzymał. Nikt nie śmiał kiwnąć choćby palcem, nawet flora lasu znieruchomiała, jakby ktoś zlikwidował wiatr. Przywódca grupy Czystych zastygł z uniesioną ręką, jego twarz przybrała zagadkowy wyraz. Nie zmienił pozycji, żeby spojrzeć w twarz człowiekowi, który przemówił za jego plecami. Jednak Liliana doskonale go widziała, chociaż dzieliła ich spora odległość. Zresztą, nawet gdyby nie poznała tej twarzy, z pewnością nie mogła pomylić głosu. Kapitan stał wyprostowany, z rękami luźnie opuszczonymi wzdłuż ciała. Jego włosy pozostawały w nieładzie, poza tym nie dostrzegła żadnych oznak przemierzania uciążliwego terenu plemienia. Sprawiał wrażenie zrelaksowanego, chociaż z tej odległości nie mogła być pewna, jakie uczucia skrywały jego oczy.
Ruszył w kierunku dwójki młodych rycerzy na polanie, a grupa Czystych rozstąpiła się przed nim w popłochu. Przywódca plemienia opuścił rękę, a kiedy postać kapitana stanęła tuż obok niego, jego twarz wykrzywił wyraz pogardy. 
– Kopę lat – powiedział kapitan, ignorując napięcie, które panowało wśród obecnych. Można było wyczuć w jego głosie lekkie zdenerwowanie, ale na tyle niewyraźne, że umknęło uwadze Czystych. – Widzę, że awansowałeś na… herszta bandy? – zaśmiał się. 
Mężczyzna obok niego tylko syknął i wyciągnął z pochwy nóż, jednak nie zaatakował. ­
– Daj spokój, chyba nie będziesz udawał, że nie umiesz mówić? To poniżej twojej godności.
– Z ludzi wszystkich, jako ostatniego spodziewałem tutaj ciebie – warknął Czysty ostrym jak brzytwa głosem. Wydawał się wręcz nieludzki, jakby nie używał go od dłuższego czasu.
– Naprawdę? – Kapitan posłał mu jeden ze swoich uśmieszków, ale ruszył dalej. 
Poszedł prosto do Liliany, która patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami. Przycisnęła do siebie nieprzytomnego Aarona, nie wydobywając z ust żadnego dźwięku. Przyklęknął przy niej, dotknął czoła chłopaka, następnie policzka i szyi. Rozejrzał się wokół, zatrzymując wzrok na mieczu, które leżał tuż obok. – Jest nieprzytomny, ale oddycha… przynajmniej dopóki go nie udusisz swoją opiekuńczością.
Nie zareagowała, dopóki kapitan nie wstał, żeby rozejrzeć się wokół. Dopiero wtedy jej uścisk jakby zelżał, chociaż wciąż trzymała Aarona przy sobie.
– Tutaj wpadasz jak nic by nie stało – mówił Czysty, a jego głos roznosił się echem po polanie. – Grozisz, kpisz, panoszysz. Od razu powinien zestrzelić, wykorzystaj szansę więc i zmuś, żebym zrobił tego nie.
– Przemawia przez ciebie nienawiść do królestwa – odparł rycerz, najwyraźniej nie mając problemu z szwankującą składnią, którą operował Czysty. – A powinieneś kierować się tym, co najlepsze dla twoich ludzi.
– A wiesz ty, najlepsze co…
– Gdybyś trochę podumał, zamiast bezmyślnie atakować bandę dzieciaków, doszedłbyś do tego już na początku. Przeceniłem was i przez to… – Nie dokończył. Westchnął tylko, odgarnął do tyłu zmierzwione włosy i wskazał ręką na Lilianę. – Pacta sunt servanda.
Dziewczyna zadrżała pod wpływem jego szorstkiego głosu. Doskonale znała znaczenie wypowiedzianych słów. „Umów należy dotrzymywać”. Najważniejsza zasada funkcjonowania państw na kontynencie. Tylko co miała ona wspólnego z sytuacją, w której się znaleźli? Dlaczego dłoń kapitana skierowała była w jej stronę?
– Zwykle jak pewny siebie. Dziwne, że do grobu arogancja nie wpędziła jeszcze – zarechotał Czysty. – Powołujesz brednie na między…
– Które twój przywódca podpisał…
– Znaczenie to żadne! – podniósł głos – Ludzie twoi złamali, władca cierpi twój.
– Niestety, ale moi ludzie nie złamali żadnej umowy, w przeciwieństwie do twoich, przez co mój władca teraz zrobi, co mu się akurat spodoba.
Liliana słuchała tej wymiany zdań, ale nic z niej nie rozumiała. Nie znała treści paktu, który zawarli Czyści i król, nawet nie wiedziała o jego istnieniu. W dodatku nie miała pojęcia, dlaczego kapitan tak swobodnie rozmawia z otaczającymi ich Czystymi, którzy w każdej chwili mogli ich zabić. Jeśli między plemieniem a królem doszło do porozumienia, powinni im o tym powiedzieć. Zamiast tego ukryli prawdę. Chciała wiedzieć, dlaczego.
Jednak wspomnienie o Międzynarodowym Trybunale nie zbiło jej z tropu. Nie wiedziała doprawdy nazbyt wiele, ale podczas zajęć teoretycznych w Lagarze wspominali o istnieniu kontynentalnego sądu. Obradował on tylko w wyjątkowych sytuacjach, do tej pory wydał jedynie czterdzieści siedem wyroków.
– Wyrażaj jaśniej – rozkazał Czysty wyniosłym tonem. 
Kapitan jednak tylko uniósł brwi, najwidoczniej nie lubił, jak ktoś mu wydawał polecenia. Co było o tyle dziwne, że przecież sam podlegał wielu osobom w Lagarze. 
– W pozwól takim razie, powiem że wspomnę, królem umowa lasu z nic wynosić, pozwalała nie. A dzieciaki te, ukradły krople. Widziałem ja i moi ludzie.
– Jesteś w błędzie Mern – rzucił zniecierpliwiony kapitan. – Zastanów się przez chwilę. Naprawdę myślisz, że król jest na tyle głupi, żeby wysyłać do waszego lasu garstkę dzieciaków, żeby zabrały wodę, które jak dla was tak cenna?
Liliana zamrugała zszokowana. Kompletnie straciła rozeznanie w sytuacji. Przecież właśnie na tym miało polegać ich zadanie.  Kapitan kazał wykraść wodę ze źródła, a następnie uciekać. Całość wydawała się niemożliwa do wykonania, ale nie wiedziała o żadnym planie awaryjnym. Założyłabym, że rycerz próbuje wprowadzić Czystego w błąd, ale jego ton znacznie temu przeczył.
– Jak przeszukasz każdego z nich, zobaczysz, że żadne nie ma przy sobie wody – kontynuował kapitan.
– Widzieliśmy, dziewczyna trzymała!
– Trzymała – przyznał. – Jednak zostawiła na skałach. Umowa zakazuje wynoszenia czegokolwiek z lasu. Nic nie mówi o wnoszeniu ani zmiany położenia w jego obrębach. To oznacza, że – przerwał na chwilę, najpewniej żeby napawać się przeszytą strachem twarzą Czystego. – To wy działaliście przeciw umowie, król zabierze teraz całe źródło wraz z waszymi głowami.
Przez dłuższą chwilę Czysty nie mógł wydobyć z siebie głosu. Pozostali rzucali mu ukradkowe spojrzenia, ale najwyraźniej nie rozumieli, o czym mówił ich przywódca oraz rycerz. Do Liliany dotarło tylko jedno słowo – „zabrać wraz z głowami”. Jeszcze kilka dni wcześniej żyła w przekonaniu, że pierwszy dowódca chciał ich śmierci, podczas gdy wyszło na to, że mieli po prostu wywołać wojnę.
– Oszustwo! – krzyknął w końcu, a potem dorzucił całą wiązankę nieznanych Lilianie słów. – Nikt wam uwierzy!
– We krwi każdego z nich pływa w tej chwili produkowana przez was trucizna – powiedział spokojnie kapitan. – Możecie oczywiście również wszystkich zabić i pozbyć się świadków, ale to tylko pogorszy waszą sytuację.
– Wymusiliście nas!
– Międzynarodowego Trybunału to nie obchodzi.
– Wiedziałem, powrót tutaj twój, klątwę ześle nas na!
– Cała przyjemność po mojej stronie.
– Po co nam to mówisz, Kasjanie? – przemówił osobnik, do tej pory ukryty w cieniu drzew.
Był to starszy, wysoki mężczyzna i chociaż nie nosił ozdobnych rzemyków, a jego ciało nie pokryto tyloma znakami co Merna, z pewnością czuła respekt, którym darzyli go pozostali. Podobnie jak wszyscy ludzie tego plemienia miał całkowicie ogoloną głowę, bez włosów, brwi i rzęs. Jego niebieskie oczy błyszczały w ciemności, Liliana mogła również zobaczyć, że człowiek ten nie posiadał jednej ręki. Jednak nie to interesowało dziewczynę najbardziej, ale słowa które wypowiedział. Jej spojrzenie błyskawicznie znalazło kapitana, który najwyraźniej rozważał pytanie starszego mężczyzny. Nie wyglądał na poruszonego przez imię, którym zwrócił się do niego Czysty. 
Czy to prawdopodobne, żeby…a  nawet jeśli, czy miało to jakiekolwiek znaczenie?
– Najwyraźniej jestem trochę sentymentalny. Nie bawi mnie wasza zbiorowa egzekucja. – mruknął, po czym znowu zapadła cisza, równie nerwowa. Starzec zmarszczył czoło, nie wyrażając tym nienawiści ani nawet niechęci. Kapitan jednak stał sztywny jak kłoda. – Haratusie, on jest poważny, gotowy wysłać tutaj choćby i całe zastępy rycerzy.
– Łaskawyś, nam mówiąc – zakpił przywódca Czystych. – Skoro zagłada czeka, lepiej nie uciąć głowy twojej?
– Potrzebuję tylko tej wody – powiedział głośno mężczyzna. – Powiem, że nie daliście się sprowokować, zabiorę dzieciaki…
– Nie ja zgadzam! – krzyknął Czysty. Podniósł rękę, a zebrani wokół niego wojownicy wycelowali swoje strzały w rycerzy.
– Nie rozumiesz, Mern, że to nie ty tutaj decydujesz – mruknął Kasjan, kiedy z drzewa zeskoczył kolejny mężczyzna i zaczął mówić coś pospiesznie do pozostałych. 
Liliana nie mogła niczego zrozumieć z ich mowy, ale kapitan nie sprawiał wrażenia wytrąconego z równowagi. Posłaniec przekazywał pozostałym wiadomość, której treść najwyraźniej działała na ich korzyść. Przywódca grupy Czystych wyglądał na pogrążonego w furii, rzucił swój łuk na ziemię i syknął coś wściekle w stronę Kasjana. Ten tylko posłał mu swój uśmieszek pełen politowania.
– Zabieram też miecz – powiedział, zawijając pęknięte ostrze w swój płaszcz. Nikt nie protestował. Chwycił Aarona i zarzucił go sobie na ramię jak szmacianą lalkę. Chłopak wciąż pozostawał nieprzytomny.
– Udawać chcesz, żeś wyższość posiadł – powiedział o wiele spokojniej przywódca Czystych. – Ale niewolnik przeznaczenia jesteś, ot i tyle! ­– Po tych słowach splunął na ziemię, by zaraz dać znać swoim ludziom, aby zniknęli ponownie w cieniach drzew.
– Chodź, Liliano – rzucił kapitan zmęczonym głosem. Między jego brwiami pojawiła się drobna zmarszczka, jakby słowa Czystego głęboko go poruszyły. Jednak zapewne to były tylko pozory, bo po chwili jego twarz przybrała naturalny wyraz.
Ruszyła za nim, podbiegając tak blisko, jak jej na to pozwalał teren. Kapitan kroczył dziarsko przed las, traktując Aarona jak worek pszenicy. Liliana dreptała za nim, ledwo stojąc na nogach. Palce u stóp zdrętwiały jej z zimna, skrzyżowała ręce na piersi, żeby zachować minimalną ilość ciepła w organizmie. Przez to miała problem z utrzymaniem równowagi, co jakiś czas chwiała się niebezpiecznie, uderzając o większe przeszkody.
– Jak to możliwe, że taka delikatna dziewczynka została rycerzem? – zapytał kapitan, odwracając się w jej stronę. Liliana pochyliła głowę, ale nie odpowiedziała. – Nie zrozum mnie źle. Wszak każdy posiada własne powody, by walczyć w gwardii – dodał po chwili, głosem pozbawionym wyrazu.
Droga na skraj lasu zajęła im znacznie mniej czasu niż przypuszczała. Najpewniej dlatego, że szlak wyznaczał kapitan, chociaż prawdopodobnie nie bez znaczenia było to, że nie ciążył na nich atak Czystych. Nie poczuła się jednak bezpiecznie do momentu, w którym przed oczami zobaczyła Nadara i stojącą obok niego Gaję.
– Wszystko poszło zgodnie z planem? – zapytał starszy rycerz, mocując siodło na koniu, który mu towarzyszył.
– Nic nie poszło zgodnie z planem – burknął kapitan. Dopiero teraz mogła wyczuć frustrację w jego głosie. – Musiałem grać na zwłokę, inaczej by ich pozabijali.
– A temu co? – Nadar wskazał na nieprzytomnego Aarona.
– Nie wiem – odparł, rzucając go bezlitośnie na ziemię. – Ale ciężki jest jak cholera jasna. Masz wodę?
– Tak.
Gaja podbiegła do Liliany, chwyciła jej dłoń i ścisnęła mocno. Nie musiała wypowiadać na głos pytania, które chciała zadać, bo ona doskonale je znała. Sama miała dokładnie to samo.
– Nie wiem, jak... po prostu mnie wywiało dalej – tłumaczyła spanikowana. – Potem znalazł mnie Aaron…
– Oczywiście, że znalazł. Rzucił się za tobą, jak tylko zobaczył, że zniknęłaś.
– … on dotknął takiego miecza i coś go zaatakowało. Myślałam, że nas zabiją… a potem przyszedł kapitan… gdzie są Foma i Milan?
Gaja nic nie powiedziała, jedynie wskazała ręką na leżące niedaleko ciało. Liliana poczuła, jak zaczyna brakować jej powietrza. Przecież to wykluczone, żeby…
Zbliżyła się do chłopaka, ale przede wszystkim zobaczyła, że żyje. Jego szyję owinięto bandażem, z ust ciekła krew, sprawiał wrażenie trawionego gorączką, ale słyszała jego chrapliwy oddech. Sytuacja jednak nie wyglądała najlepiej. Nie musiała przebywać szkolenia medycznego, żeby wiedzieć, że rany w okolicach gardła zwiastują śmierć, nawet jeśli nie od razu.
Upadła na kolana i pogłaskała chłopaka po dłoni, ale on nie zareagował w żaden sposób.
– Trafili go – powiedziała Gaja. ­ – Potem dogonił nas Nadar, gadał z tymi Czystymi, wyciągnął strzałę. Powiedział, żeby go nie ruszać, bo udusi go krew. Tylko jak w takim razie przewieźć go aż do Lagary? – jej głos z każdym wypowiedzianym słowem stawał się coraz bardziej piskliwy. ­
– A Milan? – zapytała spokojnie.
– Żyje – odpowiedziała oschle. 
Liliana podniosła wzrok, by spojrzeć w niebieskie oczy Gai. Znalazła w nich niezdrowy blask, połączenie złości z żalem. Poprawiła bandaże na szyi Fomy, żeby mógł wygodniej spać, po czym wstała i ruszyła ponownie w kierunku starszych rycerzy, którzy pochylali głowy nad całkowicie pozbawionym przytomności Aaronem.
– Nie reaguje na sole budzące – stwierdził kapitan. – Nie mamy wyjścia. Musimy opuścić to przeklęte miejsce. Gdzie jest Krodo? – Omiótł spojrzeniem otoczenie, doszukując się śladu swojego czarnego potwora.
– Chyba nie sądziłeś, że go tu przyprowadzę? Musiałbym polubić podróżowanie bez głowy…
– Czy on śpi?  – zapytała Liliana, patrząc w skamieniałą twarz chłopaka. Całe szczęście, że jej głos nie drżał, że nie okazała przerażenia.
– Tak – odpowiedział jej spokojnie kapitan. – Tak, śpi. – Na jego twarzy malował się ślad emocji, których nie widziała nigdy wcześniej. Nawet nie potrafiła ich ocenić.
W polu widzenia stanął Milan, ciągnąc za sobą dwa konie. Chciała do niego zawołać, ale miał pochyloną głowę, całkowicie zignorował jej obecność. Spojrzał tylko na nieprzytomnego Aarona i zacisnął zęby.
– Pojedziesz z Nadarem – powiedział do Gai kapitan, a ona fuknęła w oburzeniu. – Z tą ręką nie utrzymasz wodzy.
Dopiero teraz Liliana zobaczyła, że dłoń Gai praktycznie w całości pokrywały pęcherze. Również twarz i szyja nosiły znaki poparzeń.
– Jedziemy na wschód – kontynuował. – To będą niebezpieczne tereny, więc nie wolno wam zbaczać ze szlaku.
– Lagara jest przecież w przeciwnym kierunku – powiedziała Liliana.
– Nie przewieziemy tamtej dwójki aż do zamku, umrą po drodze. Pomoc musimy znaleźć o wiele bliżej, dlatego ruszymy do… – nie dokończył. Nieszczególnie ją to przejęło. Czuła się przygnieciona wydarzeniami minionej mocy, poczuciem winy, które paliło ją w gardle.
Nadar wciągnął Fomę na wierzchowca, z pewną dozą delikatności, której od niego nie oczekiwała. Gaja podała jej płaszcz, którym owinęła swoje drobne ciało w poszukiwaniu ciepła. W tym samym czasie obok kapitana pojawił się jego czarny potwór. Mężczyzna chwycił Aarona, żeby umiejscowić jego ciało na koniu. Zrobił to bez większego wysiłku, a przynajmniej takie sprawiał wrażenie. Chwilę później był już w siodle, więc zrobiła to samo – dosiadła swojej klaczy, klepiąc ją uspokajająco po szyi.
– Ruszajmy, zaraz ziemia zamieni się w bagno – powiedział Nadar, łapiąc Gaję za ramiona i usadawiając ją w siodle jak szmacianą lalkę. Liliana zadrżała na wspomnienie błota, w którym utknęła dosłownie kilka godzin wcześniej. Miała wrażenie, jakby to zdarzyło się wieku temu.
Kapitan mówił coś do Milana, który wskoczył na konia, do którego w przecudny sposób przymocowano Fomę. Chwilę później wszyscy ruszyli w drogę, pozostawiając po sobie jedynie ślady kopyt.

***

Wschodnie ziemie pozornie niczym nie różniły się od pozostałych terenów w królestwie. Wyglądały doprawdy na nieco bardziej zalesione, ale poza tym krajobraz nie uległ większej zmianie. Z pewnością za to stacjonowała tutaj niezwykła ilość rycerzy magnatów. Niemalże co chwilę spotykali na swojej drodze całe orszaki, jeden z obozów liczył nawet tysiąc osób. Bez wątpienia z tego powodu powinni czuć się bezpieczniej... ale tak się nie stało.
W najgorszym stanie pozostawał Foma. Budził się co jakiś czas i krztusił krwią, niemalże wypluwając całe płuca. Po jego czole nieustannie spływały kropelki potu i nawet jeśli Liliana nie wiedziała, co mu się stało, wiedziała, że mogło to się skończyć śmiercią.
Aaron jakby zapadł w śpiączkę, przy czym była to jej najgorsza z odmian. Chłopak nie poruszył żadną kończyną ani razu, jakby ktoś zamienił go w kamień. Liliana wznosiła modlitwy żeby miejsce, do którego zmierzali, nie znajdowało się daleko. Nie tylko stan pozostałych wymagał pomocy medycznej, ona sama ledwo nie spadła z siodła. Z trudem wcisnęła w usta pożywienie, najchętniej zasnęłaby i najlepiej nigdy nie obudziła.
Na ich korzyść przemawiały dobrze wydeptane drogi, bo gdyby znowu mieli się przeciskać przez leśne pnącza, zapewne zaczęłaby płakać jak małe dziecko. Wbrew wszystkiemu nie pozwoliła sobie nawet na nutę zgorzknienia, bo doskonale wiedziała, że w porównaniu do pozostałych rycerzy jej stan nie wzbudzał litości.
Po tym wszystkim, co słyszała o wschodnich terenach, spodziewała się martwych ziem pełnych trupów lub krytych w cieniach bandytów. Zamiast tego przemierzali rozległe, tak samo zielone jak reszta królestwa tereny. Nie miało na nich miejsca nic szczególnego, jedynie co jakiś czas mijali mniejsze lub większe grupy. Poruszali się szybko, jedynie co jakiś czas urządzając krótki postój, żeby doprowadzić Fomę do porządku.
Niepokój mogli odczuć dopiero, kiedy natrafili na tłum stojący na drodze. Wyglądali, jakby stali w kolejce, ale do czego ona prowadziła, trudno zgadnąć. Zwłaszcza, że w wśród oczekujących panował chaos. Poszczególne osoby jak nie pchały ludzi stojących przed sobą, to wywrzaskiwały obelgi pod adresem tyłów. Liliana od razu wiedziała, że coś poszło niezgodnie z planem, bo kapitan mruczał pod nosem, co robił za każdym razem, gdy wpadał w zły humor.
– Co tu się dzieje? – zapytał niezbyt uprzejmie stojącego w kolejce kupca.
– Zamknęli przejazd – odpowiedział mężczyzna, mierząc ich czujnym spojrzeniem. – Mówią, że tylko z przepustką magnata Wezgrajta przejedziecie na drugą stronę.
– A na jakiej podstawie magnat Wezgrajt rości sobie to prawo?
– Otrzymał nadanie od króla – odparł kupiec.
– Też mi coś – parsknął i ruszył przed siebie, ignorując pełne oburzenia głosy ludzi. 
Nadar ruszył za nim, więc nie mając innego pomysłu, Milan i Liliana zrobili to samo.
To nie było wcale proste. Zwłaszcza kiedy Liliana musiała prowadzić dodatkowego wierzchowca. Miejsca nie pozostawało zbyt wiele, szczególnie że na drodze stały gromady koni z rycerzami. Wszyscy rzucali w ich stronę wulgarne uwagi, ale kapitan nie tylko im nie odpowiadał, ale nawet nie uraczył ich spojrzeniem. Kiedy jeden z oburzonych zagrodził mu drogę, nie zatrzymał konia. Jego ogier uderzył z całą swoją siłą w zwierzę przeciwnika, więc ten automatycznie usunął się z trasy. Jakaś wieśniaczka złapała Lilianę za nogawkę, przez co otrzymała cios butem w twarz. Nie najlepiej radził sobie Milan, bo nie tylko musiał przeciskać się między rozwścieczonymi ludźmi, ale także pilnować Fomy, który przebudził się tylko po to, żeby zacząć głośno kaszleć.
W końcu dotarli na sam przód, gdzie stała grupa rycerzy w pospolitych zbrojach. Nieco dalej znajdował się drewniany szlaban, który najprawdopodobniej miał na celu powstrzymać pochód ludzi.
– Pojedźmy z drugiej strony, ominiemy tę komedię – zaproponował Nadar.
– Nie ma takiej potrzeby, tylko stracimy niepotrzebnie dużo czasu. – Kapitan stanął dopiero przed rycerzem, który patrzył na niego ze strachem.
– P…p..rzejazd jest za…za… – wyjąkał, trzymając rękę na rękojeści miecza ukrytego w pochwie. – Zamknię…
– Widzę – przerwał mu zniecierpliwiony. Nigdy nie słyszała, żeby kapitan przemawiał w ten sposób. Wcale nie dziwił jej fakt, że rycerz, który wyglądał na niewiele starszego od niej, nie potrafił poprawnie sformułować zdania. Ona, stojąc obok, skurczyła się w sobie.  – Przepuście nas.
– Magnat Wezgrajt…
– Gdzie jest twój dowódca? – zapytał tak ostro, że Liliana poczuła, jak włosy jeżą się jej na karku.
– Niby dlaczego mielibyśmy ci mówić? – wtrącił drugi, spluwając na ziemię. Wzrok kapitana zatrzymał się na chwilę na tym, co wylądowało tuż pod kopytami jego konia. Potwór, którego dosiadał, prychnął wściekle, przez co jąkający rycerz podskoczył w miejscu. ­– Co się tak przeraża, to tylko gwardzista…
Kapitan odwrócił się w stronę Nadara, przekazując mu bezgłośnie komunikat, którego nie rozumiała.
– Musisz mieć przepustkę, rycerzyku! – rzucił szyderczo mężczyzna, najwyraźniej pławiąc się w przewadze, którą, jak sądził, posiadał. ­–  Inaczej won na koniec kolejki!
Tym chyba wyczerpał cierpliwość kapitana, bo ten ściągnął wodze i już po chwili, natarł na stojącą grupę żołnierzy. Jednego stratował, reszta w porę odskoczyła. To nie był koniec. Zanim którykolwiek z nich zdążył wyciągnąć miecz, mężczyzna zeskoczył z konia, kopiąc jednego z nich w twarz. Zaraz potem powalił pozostałych zebranych. Kiedy jeden z nich uniósł ostrze, żeby zaatakować, niemalże od niechcenia złapał go za nadgarstek i ścisnął tak mocno, że broń wypadła mu z ręki. Lilianie dostrzegła, że kapitan nie wkłada w to wszystko większego wysiłku, nie dobył nawet miecza. Mimo to pozbywał się ich jak drobnych szkodników.
– Naprzód! – rozkazał Nadar, popędzając swojego konia.
Pozostali ruszyli za nim, chociaż nie bardzo wiedzieli, co rycerz chciał osiągnąć. Przynajmniej do momentu, w którym dobiegli do samego szlabanu. Kapitan, trzymając jednocześnie stopę na głowie jęczącego rycerza, wyciągnął swój miecz i szybkim ruchem przeciął drewnianą konstrukcję. Nie mieli jednak czasu na zdziwienie, bo ich konie pędziły drogą, przeskakując zwinnie leżące przeszkody.
Liliana spojrzała w tył. Sposób, w jaki walczył kapitan, wprawił ją w osłupienie. Był nieludzko wręcz silny, zdawał się mieć oczy dookoła głowy, a przy tym działał szybko, zwinnie, jakby jego pokaźna postura w ogóle mu nie przeszkadzała. Nie budził zachwytu precyzją jak drugi dowódca, ale i tak przewyższał stylem nie tylko ją, ale większość gwardzistów, których spotkała w swoim życiu. Nie mogła jednak dalej obserwować, bo wkrótce wjechali w zakręt a widok za nimi przesłoniły przydrożne drzewa.
– Szybciej! – krzyknął starszy rycerz.
Pędzili wzdłuż szlaku, chociaż Liliana miała poważne wątpliwości, co do tej prędkości. Przede wszystkim wieźli ze sobą Fomę, dla którego każdy nadmierny ruch mógł udusić, ponad to w takim tempie coraz bardziej oddalali się od kapitana, który przecież miał przy sobie Aarona. Mimo to nie zawróciła.
Wjechali do kolejnego lasu, jednak z o tyle szeroką ścieżką, że nie musieli zwalniać. W pewnym momencie poczuli, że zostawili zagrożenie daleko w tyle, ale wtedy dogonił ich ogromny ogier ich kapitana, co wprowadziło młodych rycerzy w stan konsternacji.
– Nie zwalniajcie, bo biegnie za nami banda półgłówków! – zawołał do nich, nim zrównał się z Nadarem.
– Dogonią nas?! – krzyknął Nadar, przez co siedząca przed nim Gaja zakryła uszy.
– Dwójka!
Ruszył w stronę Milana, żeby zadać mu pytania, których Liliana nie mogła dosłyszeć. Dostrzegła, że chłopak już od dłuższego czasu pozostawał milczący. Jakkolwiek by to nie odbiegało szczególnie od jego osobowości, to brak aroganckiego wyrazu twarzy wprawił dziewczynę w zakłopotanie. Chociaż w tamtym momencie jego uwagę w całości pochłaniał Foma, który nagle dostał ataku drgawek. Musieli znacząco zwolnić, bo chłopak ledwo utrzymał go na koniu. Kapitan pomógł mu zmienić pozycję, poprawił opatrunek, ale po tym wydał rozkaz do galopu.
Nie zdążyli nawet opuścić lasu, kiedy za ich plecami pojawiła się para rycerzy na szybkich koniach. Z pewnością nie przygotowano je lepiej do dłuższych podróży jak te z Lagary, ale wierzchowce, które podróżowały z nimi aż do lasu Czystych, były równie wykończone jak ich jeźdźcy. Poza kapitanem, który, podobnie jak swój koń, wydawał się w ogóle nie przejęty. Niczym.
Nadar podał Gai wodze, które przejęła zszokowana. Jednak kiedy mężczyzna odwrócił się na siodle, wytrzeszczyła oczy. Nie zwrócił uwagi na jej zdumienie, po prostu sięgnął po przypięty do siodła łuk. Liliana mogła być pewna, że celował do goniących ich jeźdźców, a jednak poczuła dyskomfort, kiedy grot wydawał się wymierzony prosto w nią.
Usłyszała świst. Strzała niemalże musnęła jej policzek, ale trafiła w konia goniącego ich jeźdźca. Musiał to być jakiś czuły punkt, bo zwierzę zarżało i przewróciło na ziemię, zrzucając z siodła rycerza. Zanim zdążyła mrugnąć okiem, kolejny również wylądował na ziemi, bezbronny wobec ataku Nadara. Nigdy nie sądziła, że można tak sprawnie używać łuku. Jego ruchy były tak szybkie, tak celne, że nawet po wielu latach treningu żaden z rycerzy Lagary mu nie dorównywał. Przynajmniej żaden, którego Liliana widziała na placach ćwiczebnych.
Poza dwoma rycerzami najwyraźniej nikt ich nie ścigał… a nawet jeśli, to nie miał szans ich dogonić. Gnali do celu, który znała jedna osoba. Minęli trzy wsie, zanim w końcu dotarli. Wjechali na niewielkie podwórze na skraju lasu, ale dopiero kiedy kapitan zeskoczył z konia, uwierzyli, że to koniec.
Miejsce postoju okazało się nadzwyczaj dziwne w swojej zwyczajności. Przypominało standardowe gospodarstwo półwiejskie z tą różnicą, że nie otaczały go żadne pola ani pastwiska, po podwórku nie biegały kury czy gęsi. Okolica zarosła dziką roślinnością, której nikt nie miał ochoty usunąć. Sam dom nie wyglądał odmiennie od tych najczęściej spotykanych, nie należał do małych ani dużych, bogatych ani biednych, starych ani nowych. Gdyby miała to do czegoś porównać, podziewałaby, że to podwórze powoli stawało się częścią dzikiej natury. Nie zaskoczyłby jej widok zająca czy łani.
Kiedy dotknęła stopami ziemi, poczuła przypływ energii. Na tyle silnej, że podeszła do Milana i pomogła mu ściągnąć Fomę z konia. Minęła po drodze kapitana, nie umknęła jej uwadze irytacja, z którą szarpał się ze skórzanymi pasami na siodle.
Wtedy na ganek wkroczyła kobieta w prostej sukni. Była wysoka i smukła, na jej ramiona opadały brązowe włosy. Zaczęła iść w ich kierunku, a jej ruchy pozostawały lekkie i płynne. Kiedy stanęła obok potwora kapitana, Liliana mogła przyjrzeć się jej twarzy. Musiała z pewnością kiedyś być bardzo piękna. Kształt oczu, cera, rysy mimowolnie upodabniały ją do plemienia, które niedawno opuścili. Ona jednak posiadała przepiękne, długie rzęsy i malinowe usta. Jednak szpeciła ją blizna. Zaczynała się na czole, rozcinała brew, przechodziła przez policzek, żeby końcem sięgnąć aż szczęki. Nie należała do szczególnie grubych ani poszarpanych, mimo to zniekształciła oblicze kobiety, co uwidaczniały w szczególności zmarszczone czoło czy zdumione spojrzenie granatowych oczu.
– Dlaczego uparłaś się mieszkać tak daleko? – rzucił kapitan, a w jego głosie zabrzmiał gniew. – To irytujące.
Nie odpowiedziała. Jedynie uniosła brwi, zanim zaczęła po kolei lustrować otaczających ją ludzi.  
– Witaj, Ido – powiedział Nadar, a ona posłała mu ciepły uśmiech.
– Oczekiwałam ciebie tutaj – przemówiła. – Was też – powiedziała do młodych rycerzy.
Po tych słowach odwróciła się do nich plecami i skierowała prosto do domu. Patrzyli na nią w osłupieniu, dopóki ze stanu otępienie nie wyrwał ich głos kapitana.
– Milan, pomóż Nadarowi zabrać Fomę do środka. Liliana, zajmij się końmi. – Sam ściągnął ze swojego ogiera Aarona. ­Gaja podbiegła do niego, żeby mu pomóc, co nie było wcale złą decyzją, bo mężczyzna traktował chłopaka jak bagaż. Druga dziewczyna zapewne zrobiłaby to samo, ale w jej ręce wciśnięto wodze. Spojrzała z niechęcią na karą klacz, ale nie śmiała sprzeciwić się rozkazom dowódcy. Zastanawiało ją tylko, dlaczego każdy napotkany mężczyzna uznawał dziewczynę za stajenną.
– Niewątpliwie dlatego, że do niczego innego się nie nadaje – powiedziała do powietrza, a jej towarzyszka uderzyła ją łbem w plecy. Spojrzała w kierunku czarnego potwora, który nieopodal przeżuwał wysoko rosnącą trawę. – Ani nie ma mowy.
Pociągnęła za sobą dwa konie i skierowała do jedynego miejsca, które mogłaby uznać za stajnię. Pomieszczenie nie należało do zbyt wielkich, ale znajdowało się w nim siano, a także coś na kształt boksów, więc ulokowała tam po kolei każde zwierzę, po czym poszła do wodopoju. Kiedy jednak próbowała wypełnić wiadro, poczuła, jak całe jej ciało słabnie. Upadła na kolana, dusząc w sobie łzy.
Czuła się okropnie. Wiedziała, że jej udział w tym zadaniu to pomyłka, jednak nie sądziła, że jedynie wpędzi innych w kłopoty. Wychodziło na to, że w niczym nie była dobra. Walka mieczem w wykonaniu dziewczyny wyglądała przeciętnie, łucznictwo też jej nie leżało. Nie miała ręki do koni, polityki, nie tworzyła fantastycznych planów, zwinnością również nie powalała. Podczas szkolenia nie odniosła wrażenia, żeby szczególnie odstawała od reszty. Nie wyróżniała się szczególnie, ale przecież dowódca nie dałby jej pozwolenia na wykonywanie zadań, gdyby… chociaż kto go tak naprawdę wie. Nigdy z nim nie rozmawiała.
Już na samym początku życia w Lagarze ostrzegali ją, że kobietę czeka o wiele trudniejsza ścieżka do założenia munduru rycerza Gwardii Królewskiej. Nie dumała wtedy nad tym, po prostu robiła to, co jej kazano. Jednak podczas tej wyprawy wyszło na to, że wykonywanie poleceń to nie dość, że trzeba mieć w sobie o wiele więcej. Naturalną zdolność walki, instynkt, pewność ruchów, odwagę, rozsądek… Foma od razu po zobaczeniu źródła zaczął rozmyślać nad planem przedostania się do wody Czystych, podczas gdy ona jedynie błądziła wzrokiem po okolicznych drzewach. Jednak to on został zraniony do tego stopnia, że z trudem dowieźli go w to nowe miejsce. Gaja z własnej woli zeszła w dół przepaści, żeby wypełnić pojemnik przekazany im przez kapitana. Mimo to, właśnie ona posiadała do tego stopnia poparzoną rękę, że nie mogła samodzielnie prowadzić konia. Aaron ją chronił, jak zawsze. Teraz leżał, całkowicie pozbawiony przytomności, z połamaną ręką, zmiażdżoną stopą i licznymi ranami na ciele. Ona finalnie okazała się bezużyteczna, jak tępe ostrze. Na myśl o tym dusiło ją w gardle, chociaż wiedziała, że nie powinna teraz płakać. Nie wolno jej było okazać słabości, to najgorsza ujma dla rycerza króla. Dlatego kiedy dostrzegła w odbiciu wody swoją zmarnowaną buzię, poczuła wstręt. Uderzyła pięścią w ścianę, ale poza dodatkowym bólem, nic nie uległo zmianie. Twarz pozostała taka sama.
Wzdrygnęła się, kiedy zobaczyła ogromny, czarny łeb tuż obok niej. Potwór kapitana zaczął pić wodę, jak gdyby nigdy nic, całkowicie ignorując jej obecność. Zaraz potem wrócił do stajni, najwidoczniej czując się jak w domu. To sprowadziło ją na ziemię. Rozpacz czy żal postanowiła zachować na inny termin.
Sprawę z końmi załatwiła o wiele sprawniej niż sądziła. Kiedy zamknęła drzwi pomieszczenia, pozwoliła sobie odetchnąć z ulgą, po czym poszła tam, gdzie jej zdaniem przebywała reszta rycerzy.
Kiedy stanęła w środku, mimowolnie zadrżała pod wpływem zmiany temperatury. Znalazła się w ciemnym korytarzu, gdzie światło zapewniała tylko stojąca na komodzie świeca oraz niewielkie okno. Znalazła drzwi, ale postanowiła przejść wąskimi schodami na górę, skąd docierały do znajome głosy.
– Nie jestem waszym medykiem – usłyszała, jak mówi kobieta. ­– Powinniście go zabrać do specjalistów od takich ran.
– To cud, że przewieźliśmy go tutaj – powiedział kapitan. – Gdyby strzała trafiła centymetr dalej, chłopak z pewnością by padł martwy.
– Wciąż może się udusić – wtrąciła. – Trzeba pilnować, żeby nie próbował mówić.
– Jak długo? – zapytał Nadar.
– Aż sam nie nauczy, że mu nie wolno.
– Kiedy będzie mógł gadać? – poprawił pytanie mężczyzna.
– Chyba chciałeś zapytać, czy w ogóle…
Liliana zamarła w połowie drogi. Sens słów kobiety docierał do niej bardzo powoli, pozostawiając nieprzyjemne uczucie. „To nie ma sensu” pomyślała. „Przecież jeszcze niedawno rozmawiali, wszystko było w porządku”. W gruncie rzeczy jednak wiedziała, że trafienie w szyję najczęściej powoduje śmierć. Skoro w gardle Fomy znajdowała się strzała, to „w porządku” można nazwać ostatnim określeniem, które pasowało do sytuacji.
– Pójdę zobaczyć, co z pozostałymi – powiedziała. Po tych słowach najprawdopodobniej przeszła do innego pomieszczenia, bo dźwięk jej kroków cichł, aż w końcu pozostawił tylko pustkę. Liliana, zamiast pójść na górę, usiadła na schodach i objęła kolana. Chciała wiedzieć, co z pozostałymi, w szczególności bała się o Aarona, ale nie znalazła w sobie dość odwagi, żeby spojrzeć wszystkim w oczy. Nie opuściła tego miejsca przez dłuższy czas, dopóki nie znalazł jej Nadar. Mężczyzna bez słowa złapał dziewczynę pod pachami, postawił na nogi, po czym skierował do pomieszczenia, w którym już przebywała Gaja, Milan, Aaron, a także kapitan wraz z tajemniczą kobietą, którą nazywali Idą.
Nie wiedziała dokładnie, co się wokół niej działo. Po chwili padła na miękkie posłanie, a wokół niej wirowały przeróżne głosy.
– Masz, wypij to – ktoś podał jej kubek z parującym wywarem. Miała problem, żeby utrzymać go w dłoniach, ale wlała zawartość do ust. Po chwili poczuła przyjemne ciepło, powieki mimowolnie przymknęła, chwilę później zmógł ją sen. 


***

Witam po przerwie z kolejną częścią. Zeszło mi dłużej niż zazwyczaj, ale miałam do napisania pracę i nie mogłam sobie pozwolić na rozproszenie uwagi. 

Jak widzicie, cała grupa już opuściła las Czystych, ale najwyraźniej jeszcze trochę minie, nim będą mogli powrócić do Lagary. Zastanawiam się, jakie są wasze odczucia na temat stanu poszczególnych bohaterów, bo w kwestii zadania to jeszcze nie wszystko. 


Ta czy inaczej, mam nadzieję, że się podobało ; ))