środa, 22 czerwca 2016

Rozdział IV cz.2

Obudziła się dopiero wraz ze wschodem słońca. Przez dłuższy czas leżała pozbawiona świadomości, chłonąc oczami widok za oknem. Dopiero później dotarło do niej, gdzie trafiła. Powoli usiadła, opierając ciężar ciała wyprostowanych rękach. 
Musieli jej podać zioła nasenne. Słyszała o nich, ale nie miała nigdy bezpośrednio styczności. Zazwyczaj w Lagarze stosowano specyfiki kojące, które jedynie rozluźniały, ułatwiały odpoczynek.
Rozejrzała się dookoła. W środku przebywali pozostali młodzi rycerze, z wyłączeniem Fomy. Każdy z nich spał, przynajmniej takie sprawiał wrażenie. Cała prawa ręka Gai zabandażowano, to samo zrobiono ze stopą Milana. Aaron wyglądał dokładnie tak samo, jak wtedy, kiedy upadł na ziemię po kontakcie z przeklętym mieczem. Podeszła do niego na chwiejnych nogach, uklęknęła, pogłaskała po policzku. Nie doczekała żadnej reakcji.
Wciąż czuła ogromne zmęczenie, ale postanowiła nie lamentować nad swoim stanem. Ostatecznie mogła chodzić, nie owinięto bandażem żadnej z jej kończyn, była też w pełni przytomna. Złapała za klamkę, żeby opuścić pomieszczenie. Zeszła po schodach na dół, gdzie spodziewała się ujrzeć kapitana z Nadarem. Miała tylko nadzieję, że nie spali.
­– Powinnaś odpoczywać. – Z zamyślenia wyrwała ją kobieta, stojąca na samym dole z naręczem przeróżnych roślin.
– Tyle mi wystarczy – odpowiedziała ponuro.
– Dobrze. To chodź ze mną.
Skierowała się w stronę zamkniętych drzwi, a ona podążyła jej śladem. Stanęły w pomieszczeniu przypominającym kuchnię. Standardowo postawiono tam piec, komodę oraz stół. Od normy odbiegały wielkie donice ustawione w rzędzie przy oknie, a także plączące się niemalże na każdej powierzchni rośliny. Żadnej nie potrafiła rozpoznać.
Usiadła na wolnym krześle, wbijając spojrzenie w drobny krzew z kolcami tuż przed nią.
– Nadar śpi? – zapytała, wiedząc, że równie dobrze mężczyzna może podróżować po okolicy. Tendencję do znikania przejawiał już na samym początku ich wyprawy.
– Bierze kąpiel – rzekła kobieta, kładąc średniej wielkości rondel na piecu. ­– Zdecydował się, kiedy mu zasugerowałam, że śmierdzi jak mokry kundel. To samo tyczy każdego z was, nie ma co ukrywać.
Liliana obejrzała swoje wysłużone ubranie. Nie czuła, żeby wydzielało szczególny zapach, chociaż zapewne po prostu do niego przywykła.
– A kapitan?
– Kapitan? – Kobieta wyglądała na zaskoczoną, spoglądając na nią, kiedy wrzucała do kotła rośliny, które wcześniej niosła do kuchni. Zamyśliła się na chwilę. – Masz na myśli Kasjana?
Nie odpowiedziała. Słyszała już to imię kilka razy, raz nawet użył go Czysty w lesie, ale do tej pory nie mogła powiązać go z osobą, która nimi dowodziła. Nie było to uzasadnione, bo przecież wszystkie te informacje tworzyły logiczną, spójną całość.
– Poszedł na spotkanie z miłością swojego życia. – widząc zdumioną twarz dziewczyny dodała: – Krodo.
Nie mogła powstrzymać śmiechu, chociaż wyszedł jej nieco sztucznie, bez wyrazu. Kapitan z czarnym potworem tworzyli iście demoniczny zespół, nigdy nie pomyślała jednak, żeby darzyli się szczególnym uczuciem.
– Może mi pani powiedzieć… – zaczęła, ale kobieta jej przerwała:
– Ida.
– Możesz mi powiedzieć, Ido – spróbowała ponownie – co z Aaronem?
– Ten ciemnowłosy chłopiec? – Zamieszała w rondlu, lekko roztargniona. – To twój…
– Brat – dokończyła za nią.
– Ah… Skoro tak… – mruknęła, po czym zamilkła. Dopiero kiedy Liliana chrząknęła cicho, ponownie przemówiła: ­– Wciąż jest nieprzytomny. Próbuję teraz zaparzyć dla niego szczególny napar, który powinien sprowadzić go do nas. Nie wiem, w jakim stanie będzie po przebudzeniu, ale już dość długo siedzi sam w swojej głowie.
– A pozostali?
– Drugi chłopak, Milan, ma mocno rozciętą stopę. Rana nie została szybko oczyszczona, więc możliwe, że wlazła w nią zaraza. Jeśli zacznie się rozprzestrzeniać, będzie trzeba ją uciąć. – Liliana zadrżała na dźwięk tych słów. ­– Nie ma powodu do panikowania, na razie czekamy. Ruda dziewczyna, Gaja, musi radzić sobie z oparzeniami. Nic jej nie zagraża, ale przez najbliższy czas nie uniesie miecza. Jej rany na dłoni są zbyt poważne, jeśli ich porządnie nie uleczy, będą się paprać, aż do obumarcia. Ten blondynek, Foma, wygląda już lepiej. Wciąż najgorzej z pozostałych, ale w nocy minął kryzys. – Kiwnęła głową ze zrozumieniem. – Pewnie jesteś głodna.
– Nie… ja… – Nie wiedziała, jak ubrać w słowa to, co chciała przekazać. – Chciałabym zrobić coś pożytecznego!
– Słucham?
– Pomóc jakoś – wyjąkała. Ida uśmiechnęła się do niej ciepło.
– Możesz… ale dopiero jak coś zjesz. – Położyła przed nią miskę z zupą, której jeszcze nigdy nie próbowała. Pływały w niej dziwaczne trawy, kawałki buraków oraz ciecierzyca. Zapach nie zachęcał do skosztowania, ale potrawa wyglądała na rozgrzewającą, a w tym momencie właśnie tego Liliana potrzebowała. Sięgnęła po łyżkę, czując na sobie baczne spojrzenie Idy. Kiedy pierwsza porcja gorącego płynu wylądowała w jej ustach, przyjemne ciepło rozeszło się po całym ciele. Zupa smakowała lepiej niż sądziła, trudno nazwać ją wstrętną, ale z pewnością nie należała do arcydzieł sztuki kulinarnej.
Kobieta ponownie skupiła uwagę na wywarze, który przygotowywała dla Aarona. Co jakiś czas zaglądała do starej księgi leżącej na blacie, kroiła, siekała, mieszała. Pozostawała skupiona, ale przy tym pogodna. Liliana jeszcze nigdy nie spotkała osoby, która by samym swoim usposobieniem wzbudzała tyle zaufania. Opowiedziałaby jej o całym swoim życiu, gdyby tylko ta zadała pytanie. Na całe szczęście tego nie zrobiła.
– Już wstała?! – usłyszała za plecami głos Nadara, na którego dźwięk automatycznie zadrżała.
– Niesamowite, prawda? – odpowiedziała mu wesoło Ida. ­– Powinna spać przez następne kilka dni, ale ma wyjątkowo silny organizm.
Liliana skuliła się w sobie. Rozmawiali o niej, jakby jej tam nie było.
– Nie wiruje ci we łbie? – rzucił do niej. Pokręciła głową, więc dodał: ­– Nie bolą stopy, żołądek, mięśnie? – Zaprzeczała z każdym pytaniem, a on mruknął pod nosem: – No proszę…
– Nie rozumiem.
– Antidotum na truciznę, które zażyliście przed wejściem do lasu po kilku godzinach zaczyna negatywnie wpływać na organizm – powiedziała Ida, przeszywając ją wzrokiem. – Skutki uboczne, jak przy każdym specyfiku. Dlatego tak ważne jest, żeby po wypiciu działać szybko, bo po kilku godzinach organizm zaczyna słabnąć, odczuwać szczególny ból. Dlatego po przybyciu tutaj podałam ci wywar nasenny, żebyś nie musiała cierpieć.
Liliana zmarszczyła brwi. To prawda, że tuż po opuszczeniu lasu Czystych brakowało jej energii, ale wiązała to ze zmęczeniem. Właściwie nie przypominała sobie, żeby odczuwała cokolwiek szczególnego.
– Może powinna jeszcze leżeć? – zapytał Nadar, siadając na wolnym krześle.
– Nie ma takiej potrzeby w tym momencie – odpowiedziała Ida. ­– Pójdę zobaczyć, co z Fomą. Trucizna zneutralizowała antidotum, więc zaraz się obudzi. ­– Wyrwała z księgi kartkę bez cienia żalu, po czym podała ją Nadarowi. – Możesz to dla mnie znaleźć? Powinny rosnąć w lesie.
– Nie potrzebujesz pomocy? – burknął.
– Potrzebuję – odparła, unosząc brwi. – Dlatego dałam ci tę recepturę. Bez odpowiedniego wywaru, rany będą gnić w nieskończoność, paprać przy każdym ruchu. Żeby go zaparzyć, muszę mieć odpowiednie składniki. ­­– Odstawiła przykryty rondel na blat, okrywając go dodatkowo ręcznikiem. Nadar przytaknął, po czym opuścił kuchnię, Ida podążyła jego śladem, ale zatrzymała się w progu, by rzucić do Liliany:
­– Nie idziesz?
Dziewczyna wstała szybko z krzesła, omal go nie przewracając. Zaraz potem podbiegła do kobiety i ruszyła na piętro.
Nie mogła pozbyć się wrażenia, że ten dom był zdecydowanie za duży jak na mieszkająca w nim samotną kobietę. Jednak nie znalazła po drodze śladów innych mieszkańców. Słyszała wiele historii o zielarzach, a właśnie do nich zaliczała Idę. Mieszkali oni najczęściej na obrzeżach wsi, zajęci zbieractwem. Przygotowywali proste mikstury lecznicze, którymi raczyli biedniejszych mieszkańców kraju. Ludzie mieli do nich niejednoznaczny stosunek, wszystko zależało od okoliczności przybycia zielarza na dane tereny. Niejednokrotnie traktowano ich jak świętych, innym razem za intruzów. Nie wzbudzali jednak aż takich emocji jak magowie, których oskarżano o wszelkie klęski. Mimo to we wszystkich niemal historiach mówiono o zielarzach mieszkających w niewielkich chatach, czasami z partnerem i dzieckiem. W żadnej z nich nie posiadali domów. Nie potrzebowali takiej ilości miejsca, poza tym utrzymanie większych budowli wymagało znacznej ilości nakładów finansowych. Jakkolwiek nie szanowano zielarzy, za ich usługi nie płacono obficie.
 Ida przekroczyła próg pomieszczenia, w którym przebywał Foma, ale chłopak najwyraźniej wciąż pogrążony był we śnie. Jego oddech pozostawał nierówny, świszczący, ale bardziej spokojny niż kiedy Liliana widziała go ostatni raz. Kiedy Ida dotknęła jego opatrunku, przez ciało chłopaka przeszedł dreszcz. Powieki lekko rozchyliły się, ale oczy najwyraźniej nie rozpoznawały otoczenia. Foma wyglądał tak samo nieprzytomnie jak chwilę wcześniej. Wtedy pochylona nad nim kobieta przyłożyła do jego nosa kawałek mokrej ścierki, żeby niemal natychmiast ją wyrzucić za oko. Foma zadrżał, po chwili na jego twarzy pojawiło się zdezorientowanie wraz z przerażeniem. Jego lewa ręka próbowała odnaleźć wokół jakiegokolwiek przedmiotu, która zapewniłby mu ochronę.
– Wszystko w porządku – uspokajała go Ida. – Jestem twoim przyjacielem, nie mam zamiaru cię krzywdzić. Zobacz, Liliana jest ze mną. – Foma przeniósł swoje spojrzenie na stojącą w tyle dziewczynę, ale dopiero kiedy ta posłała mu niepewny uśmiech, uspokoił się. – Nie próbuj nic mówić – powiedziała, kiedy chłopak otworzył usta. ­– Jeśli będziesz nadwyrężać to miejsce, rany ponownie zaczną krwawić. ­– Do Fomy najprawdopodobniej nie docierała nawet połowa słów, które wyrzucała w jego stronę kobieta. Jednak istota komunikatu musiała trafić, bo nie wykonywał już żadnych niepożądanych ruchów.
Liliana podeszła do niego i chwyciła za rękę. Nie wiedziała, co jeszcze mogłaby zrobić. Nie znała sztuki leczenia na tyle, żeby poradzić sobie z taką raną. Ida z kolei dobrze wiedziała, jak postępować. Zmieniła mu opatrunek, przemywając skórę jasnożółtym płynem.
– Masz dużo szczęścia – kontynuowała spokojnie. – Gdyby strzała nie trafiła dokładnie w samo gardło, najprawdopodobniej uszkodzenia doprowadziłyby cię do śmierci. Na całe szczęście najważniejsze elementy nie zostały uszkodzone, za jakiś czas będziesz mógł wyruszyć, gdzie tylko sobie zażyczysz.
Liliana spojrzała na nią ze zmarszczonymi brwiami. Kobieta albo kłamała, żeby poprawić Fomie samopoczucie albo wykazywała szczególną naiwność. Często zwykła rana w stopie wymagała kuracji przekraczającej kilka miesięcy. Rozcięcie gardła, nawet w najmniej niebezpiecznym miejscu, blokowało Fomie nie tylko prędkie poruszanie się, czy mówienie. Większość rycerzy po takim wypadku już nigdy nie wracała do Lagary.
Wbrew pozorom śmiertelność członków Gwardii Królewskiej nie była tak dramatyczna, jak sądziły osoby spoza ich kręgu. Przede wszystkim dokładnie sprawdzano każdą osobę, która chciała do niej dołączyć, eliminując z listy wszelkie słabe jednostki. Nawet Liliana nie wiedziała dokładnie, czym się kierowano podczas wyboru, chociaż musiała przejść przez kilka testów. Jednak te początkowe sprawdziany sprawiały, że kolejne lata w Lagarze nie kończyła śmierć poszczególnych młodych. Po skończonym szkolenie umiejętności rycerzy wzrastały do tego stopnia, że naprawdę pozbawienie ich życia nie należało do tak łatwych przedsięwzięć. Co więcej, gwardii królewskiej nie wysyłano na front, gdzie najwięcej jednostek traciło życie. Jednak zadania przez nich wykonywane okazywały się do tego stopnia niebezpieczne, że często pozostawały po nich pamiątki w postaci mniej lub bardziej poważnych ran – zwłaszcza wśród początkujących. Tylko że niektórych nie potrafili wyleczyć nawet medycy w Lagarze. Wtedy rycerz dostawał przepustkę do domu. Wkrótce wyjeżdżał, tyle go widziano. Nie mówiono, co się z nim dalej działo. Czy wrócił do rodziny, otrzymał dom, posiadłość, a może zamarzał bez dachu nad głową na północy.
Nie chciała, żeby taki los spotkał Fomę. Mimo to gdzieś w jej głowie błądziła myśl, że powrót do domu w praktyce mógł okazać się najlepszym rozwiązaniem. Jak w takim stanie chłopak miałby jeździć na wyprawy? Ryzykowałby niemalże na każdym kroku utratą życia swojego i innych.
– Pozostałym nic nie jest – odpowiedziała na nieme pytanie Ida. – Tylko muszą to porządnie odespać. – Na twarzy Foma zawitała ulga, jak również jakaś forma rozgoryczenia. – Później podam ci napar kojący, żebyś nie cierpiał podczas snu. – Chłopak próbował coś powiedzieć, ale zamiast tego zakrztusił się i zaczął kaszleć, wypluwając krople krwi. – Prosiłam, żebyś nie próbował mówić. – Pomogła mu zapanować nad oddechem, później spocząć wygodnie na miękkiej poduszce. – Daj sobie więcej czasu. – Wytarła jego twarz ze szczególną delikatnością, odgarnęła z czoła mokre włosy. – Zajrzę teraz do pozostałych. Liliana zostanie z tobą.
Posłała dziewczynie pokrzepiający uśmiech, po czym wyszła z pomieszczenia, zostawiając ich samych. Foma patrzył na nią błyszczącymi oczami, oczekując potoku słów… jakichkolwiek – pocieszenia, wyjaśnień, choćby durnych anegdot. Jednak ona nie wiedziała, co powinna mu powiedzieć. Wszystko wydawało się tak koszmarnie banalne, nie na miejscu.
Czuła się winna. Gdyby nie wyrzuciło ją daleko w las podczas ucieczki ze źródła, zapewne mogliby lepiej formować obronę. To przez nią Gaja, Milan i Foma wracali sami. Gdyby walczyli wszyscy razem, mogliby skuteczniej chronić własne zdrowie. Wtedy żadna strzała nie wylądowałaby w gardle któregokolwiek z nich, a Aaron nie dobyłby przeklętego miecza.
– Przepraszam – wybąkała, czując, jak po policzkach płyną łzy. Foma ścisnął jej rękę. Chciał też coś powiedzieć, ale zamiast tego ponownie stracił oddech. Nie wiedziała nawet, jak mu pomóc, wytarła jedynie ślady krwi wokół ust. – Zostanę z tobą, aż nie zaśniesz.
Siedzieli razem w ciszy. On wpatrywał się w nią jak w obraz, a ona nie znalazła dość odwagi, żeby podnieść głowę. Zapewne spędziłaby tak cały dzień, gdyby nie usłyszała na schodach ciężkich kroków. Wstała pospiesznie, by ostatni raz spojrzeć Fomę, który mrugnął do niej porozumiewawczo, i wyjrzeć na zewnątrz, gdzie stanęła twarzą w twarz z kapitanem. Nie wyglądał na zaskoczonego jej obecnością, ale zapewne został dokładnie poinformowany o sytuacji, bo tuż obok niego stała Ida.
– Co to za mina, co? – odezwał się do niej, a jej twarz pokrył rumieniec. Musiała wyglądać jak spłoszone zwierzątko.
– Spróbujemy obudzić twojego brata – powiedziała Ida. Dopiero teraz Liliana dostrzegła, że kapitan trzyma w rękach rondel, w którym wcześniej kobieta gotowała przeróżne formy roślinności. – Jak Foma?
– Leży – rzuciła krótko, bo nie wiedziała nawet, jakich informacji powinna udzielić.
– Zrobię mu wywar uspokajający – skierowała swoje słowa do kapitana, a on zmarszczył brwi. – Jak tylko skończymy z tym.
Poszli razem do drugiego pomieszczenia, a Liliana ruszyła za nimi. Być może nie życzyli sobie jej obecności, jednak ona po prostu musiała wiedzieć, co z Aaronem.
Cała trójka pogrążona była we śnie, przy czym Milan nieco skrzywił się, kiedy kapitan postawił rondel na ziemi. Gaja pozostała wtulona w poduszkę, a ostatni z młodych rycerzy leżał równie nieprzytomny jak kilka godzin wcześniej. Cały czas napinał mięśnie twarzy, zaciśnięte zęby, jakby walczył z kimś na dnie podświadomości.
Ida uklęknęła na ziemi, a wyraz w jej oczach jakby uległ zmianie, chociaż Liliana nie wiedziała, co to mogło oznaczać. Znalazła w nich jakąś przedziwną formę ciepła, automatycznej czułości, nad którą nie można zapanować. Przesunęła palcami po jego policzku, a potem skierowała spojrzenie prosto na kapitana, jakby wymagając od niego odpowiedzi na pytanie, którego sama nie potrafiła sformułować. On jedynie postawił rondel na posadzce i podał jej czystą chustkę.
Zamoczyła kawałek materiału w wywarze, by zaraz potem przyłożyć go to twarzy Aarona. Nawet znajdując się w pewnym oddaleniu Liliana mogła poczuć okrutny zapach, który wypełnił jej nozdrza i niemalże siłą zmuszał umysł do pracy. W tym samym momencie chłopak zadrżał, jakby ktoś dotknął go rozgrzanym do czerwoności pogrzebaczem, a Ida wyrzuciła ścierkę za okno. Aaron zaczął głośno dyszeć, zaciskając ręce w pięści. Zaraz potem opadł bezwładnie na poduszkę, ponownie wpadając w objęcia snu.
– Tyle na dzisiaj wystarczy – powiedziała kobieta do klęczącego obok niej mężczyzny. – Jutro spróbujemy znowu. – Odwróciła się do Liliany. – Przynajmniej coś poczuł.
Dziewczynka podeszła do nich, żeby usiąść po turecku przy chłopaku, szukając w nim wyraźnych przejawów życia. Jednak ten nie zagregował w żaden sposób, nawet kiedy ścisnęła go za nadgarstek, wbijając paznokcie w bladą skórę.
– Dla ciebie to też już dość – powiedział kapitan. – Kładź się spać.
– Nie jestem…
– To nie propozycja – nie pozwolił jej dokończyć. – Tylko rozkaz. Tam jest twoje miejsce. – Wskazał dłonią na łóżko, w którym leżała jeszcze kilka godzin wcześniej. – Jak cię tam zaraz nie zobaczę, dostaniesz kolejną dawkę wywaru usypiającego. Nie mam czasu na zabawę w upartymi dziewczynkami.
Ida spojrzała na niego przenikliwie, ale nie powiedziała ani słowa. Liliana nie śmiała nie wykonać polecenia, więc chwilę później wskoczyła pod ciepłą pierzynę. Długo nie mogła jednak zasnąć, nawet kiedy kapitan wraz ze swoją towarzyską opuścili pomieszczenie, zostawiając ją w błogiej ciszy. Cały czas obserwowała pogrążoną w śnie, niewyraźną twarz Aarona, co jakiś czas podrywając się, gdy Milan albo Gaja zmienili pozycję na łóżku.

***

Łzy spływały jej z policzków, kiedy przemywała w rzece źle wyglądającą ranę na kolanie. Widziała ślady czerwonej i przezroczystej cieczy, od których robiło jej się niedobrze... naturalny odruch, nad którym nie panowała. Lada chwila oczekiwała wymiotów, ale tak naprawdę nie miała czego zwrócić. Od kilku dni nie widziała na oczy jedzenia.
Opuściła płynący strumień, by usiąść na trawie i owinąć kolano kawałkiem materiału, który oderwała od nogawki spodni. Ubranie było o wiele za duże, ale w końcu zabrała je osobnikowi znacznie starszemu od niej. Sięgnęła do zawiniętych w koc zdobyczy. Wśród nich znajdowała się księga. Polubiła ją, chociaż nic z niej nie rozumiała. Zakładała, że wyryto tam słowa, ale nie mogła mieć pewności. Kiedy jednak zajrzała do środka, zobaczyła nie tylko nakreślone czarnym tuszem znaki, ale również ryciny przedstawiające okropne stwory bez głowy. Tylko jedno znacząco odbiegało od normy, posiadając okrągłą jak kula czaszkę, ostre zęby oraz oczy w kolorze krwi. Jego potworne szpony rozszarpywały ciała uciekających przed nim w popłochu osób.
– Myślisz, że ludzi się zjada? – zapytała stojącego niedaleko chłopca o ciemnych włosach. Nie odpowiedział, ale rzadko to robił. Czasami wątpiła, czy w ogóle potrafił mówić. – Łatwiej ich zabić niż zwierzę.
Spojrzał na nią z zaciekawieniem, chociaż w dłoni wciąż ściskał tępy nóż – jedyną formę ostrza, którą posiadali. Sprawdzał się jednak lepiej niż kamień o ostrych krawędziach, więc traktowali go jak największy skarb.
– Tutaj też chodzą tylko oni, pożarli pewnie wszystko – kontynuowała z żalem. – Ale nie widziałam, żeby siebie zjadali, więc chyba nie można. – Wzruszyła ramionami. – Powinniśmy pójść dalej. Słyszałam, jak dwójka mówiła, że niedaleko jest sad. Tak chyba mówią na te drzewa z jedzeniem. Moglibyśmy kilka upolować. Jestem głodna.
Wtedy wstał, by ruszyć wzdłuż rzeki, a ona podążyła za nim. Schował nóż, ale w lewej ręce trzymał drewniany kij, który w walce okazywał się równie niebezpieczny jak ostrze. Ona nie nosiła broni, ale w razie zagrożenia potrafiła z niej korzystać.
Odnosiła wrażenie, że cały czas błądzili w tym samym miejscu, nie potrafiła powiedzieć, ile kroków już mieli za sobą. Słyszała śpiew ptaków, jednak ich melodia wcale nie była przyjemna. Brzmiała wręcz niepokojąco, zwłaszcza że źródło głosu pozostawało nieosiągalne dla wzroku. Na niebie zawitały ciemne, gęste chmury. Na ich nosy zaczęły spadać pojedyncze, ale ciężkie krople deszczu, nie czyniąc przy tym żadnego hałasu. Do uszu wciąż docierał jedynie drażniący świergot.
Kiedy przemokli już do suchej nitki, las zniknąłł, a przed ich oczami wyrósł wysoki płot z drzew. Nie mieli problemu, żeby go przeskoczyć, nawet jeśli sięgał wysoko ponad ich głowami. Jednak wejście na szczyt zajęło im całą wieczność, nawet jeśli nie odczuwali żadnej formy trudności czy zmęczenia. Ich stopy w końcu dotknęły chłodnej ziemi po drugiej stronie ogrodzenia, wtedy oczom ukazał się widok z równiutko poukładanymi drzewami, gdzie na każdym rosły duże, czerwone kule. Od razu ruszyła w ich kierunku, z szerokim uśmiechem na ustach. On badał oczami teren dookoła nich, ale zaraz potem wskoczył na jedną z gałęzi i zaczął zrzucać na ziemię owoce, które rosły ponad ich głowami.
Chcieli najeść się do syta, ale wiedzieli, że musieli jak najszybciej opuścić ten teren. Dlatego zbierała zdobycze do worka, odrzucając na dno świadomości uczucie głodu. Nie przerwała, nawet kiedy jej towarzysz zniknął między drzewami. Dopiero kiedy za jej plecami stanął obcy człowiek, chwytając ją mocno za potargane włosy, krzyknęła głośno, upuszczając na ziemię naręcze jedzenia.
– Ty mała złodziejko! – wrzasnął, rzucając ją na ziemię. Zobaczyła, że trzyma przedmiot, który miała przed oczami pierwszy raz w życiu: kij zakończony trzema ostro zakończonymi ostrzami, co uświadomiła sobie, kiedy człowiek uderzył nimi w jej nogi. – Wynocha stąd, bo ubiję jak psa! – Chciała chwycić worek, ale on nadepnął jej na dłoń. – Ani mi się waż! Wynocha! Wyno…
Z drzewa zeskoczył chłopiec, trzymając w ramionach kilka dużych, soczystych  owoców. To wprawiło człowieka w prawdziwe osłupienie.
– Ty mały…! – Zaatakował go swoim tajemniczym narzędziem. Jednak chłopiec bez żadnych szczególnych emocji ominął przedmiot, by zaraz stanąć obok wroga. Mogła zobaczyć tępy nóż, który ściskał w dłoni, zaraz przed tym, gdy ostrze rozcięło szyję człowieka, rozlewając wokół czerwoną ciecz. Ranny upadł na ziemię. Obserwowali jak jego ciało drga najpierw mocno, a potem coraz lżej, aż w końcu całkowicie nieruchomieje. Ponownie zaczęli zbierać owoce, omijając tylko te umoczone w szkarłacie.
Jednak w momencie, w którym podniosła głowę, zdała sobie sprawę, że na każdym ze skarbów widziała ślady. Próbowała je zetrzeć, ale nie dawała rady. Zamiast tego zdobycze rozpływały się w dłoniach, tworząc na ziemi kałuże wraz z cieknącym z nieba deszczem. Wkrótce zamiast drogocennej wody zsyłał na nich czerwone krople, a świergot ptaków doprowadzał do szaleństwa.
– Cicho – jęknęła. Upuściła wszystkie owoce, zatykając uszy, ale to działanie nie przyniosło efektu. Śpiew tylko przybierał na sile, a drzewa zaczęły topić się pod wpływem ataku z nieba. – Cicho. Cicho. Cicho…Cicho!
Płakała, ale natura nie zwracała na nią uwagi. Zaczęła iść w kierunku odwróconego do niej plecami chłopca, ale ten był coraz dalej. Nawet kiedy biegła, a on nie postawił ani jednego kroku więcej, nie mogła do niego sięgnąć.
– Czekaj – jęknęła, ale nie zatrzymał się. Nie mogła dostrzec jego twarzy, aż w końcu ten brak zaczął jej doskwierać bardziej niż krwisty deszcz, bardziej niż potworna melodia. – Spójrz na mnie! – krzyknęła rozpaczliwie.
 Dopiero wtedy odwrócił się i mogła zobaczyć jego czerwone, pełne nienawiści oczy.

***

Wstała jak rażona prądem, mimo że jeszcze kilka chwil wcześniej spała jak zabita. Załkała cicho, zakrywając dłonią usta, ale na całe szczęście w pomieszczeniu przebywali tylko całkowicie nieprzytomni Aaron, Milan oraz Gaja. Przynajmniej tak sobie wmawiała, bo w całkowitej ciemności nie mogła dostrzec niczego, nawet swoich kciuków.
Przełknęła głośno ślinę, próbując uspokoić oddech. Nie chciała ponownie zasypiać. Nie przepadała za brakiem światła, ale każdy mrok był lepszy niż to morze krwi. Wyszła po na palcach z pomieszczenia, ale w którąkolwiek stronę się nie udała, nie znalazła żadnej zapalonej świecy. Tylko instynkt zaprowadził ją do kuchni, bo tak naprawdę nie wiedziała, dlaczego miała tam przebywać. Podeszła do okna, przez  które zobaczyła księżyc. Tego dnia sprawiał wrażenie malutkiego, jakby szczególnie oddalonego.
Dotknęła rękami twarzy, ale płynące po policzkach łzy zdążyły wyschnąć. Tylko okrutne wrażenie niebezpieczeństwa i niemocy pozostały, zmuszając palce do drżenia.
Niewiele pamiętała ze swojego życia przed przybyciem do Lagary, jakby jej historia zaczynała się dopiero w zamku rycerzy gwardii. Niektóre wspomnienia powracały, najczęściej w snach, wykrzywione przez aktualne troski. Jednak tym razem było inaczej. To wszystko musiało coś znaczyć. Nie wierzyła w proroctwa, ale ta krew tak realna. Wciąż niemalże czuła na sobie jej krople.
Chciała to przemyśleć. Porządnie, na poważnie. Przemyśleć i zaplanować kolejne posunięcia. Jednak zanim rozpoczęła swoje rozważania, usłyszała za drzwiami kroki, wiec szybko skryła się w cieniu zasłony.
Do kuchni wkroczyły dwie osoby, ale nie mogła ich rozpoznać do czasu, aż jedna z nich nie zapaliła świecy. W lichym świetle dostrzegła wtedy sylwetki Idy oraz kapitana, przy czym on nie nosił na sobie niczego ponad parą wełnianych spodni. Poczuła wtedy mieszaninę ciekawości oraz zawstydzenia, bo do tej pory widziała go jedynie w pełnym uzbrojeniu. Nawet przez chwilę nie rozmyślała, czy pod strojem rycerza gwardii cokolwiek się znajduje. Teraz już wiedziała, że tak… i nie czuła się z tym dobrze. Kapitan, jak mogła oczekiwać, był silnym mężczyzną, z wyraźnie zarysowanymi mięśniami jak również licznymi bliznami z pola bitwy. Nawet w takiej ciemności mogła to dostrzec.
Ida stanęła tuż przy jego boku, dotykając palcami brzucha, by zaraz potem ruszyć do komody i wyciągnąć z niej kilka rzeczy, których Liliana nie mogła dostrzec. Mimo to nie próbowała odkryć ich znaczenia, zamiast tego robiła wszystko, żeby wyglądać jak ściana. Najchętniej rozpłynęłaby się w przestrzeni, ale takich zdolności jeszcze nie opanowała. Jedyną zaletą tej potwornej sytuacji było to, że poczucie realnego zagrożenia całkowicie wyparło z jej głowy nieprzyjemne wrażenie snu. Poza tym tylko drżała ze strachu na myśl, że kapitan ją przyłapie na podsłuchiwaniu. Jednak on wydawał się całkowicie skupiony na kobiecie przed nim. Jego oczy ani na chwilę nie przestały śledzić jej ruchów, jakby fascynowała go najdrobniejsza czynność. Kiedy Ida w końcu do niego podeszła, na ustach zakwitł uśmieszek – podobny do tego, którym raczył młodszych rycerzy, a jednak inny, chociaż Liliana nie wiedziała, na czym ta „inność” polegała.
– Nie masz za grosz szacunku do swojego zdrowia – przerwała w końcu ciszę Ida. Nie podniosła głosu, a jednak jej głos nie brzmiał już tak uspokajająco jak kilka godzin wcześniej. – Zamiast wysyłać cię na wyprawy z Nadarem, powinni oddelegować prywatnego medyka, bo za każdym razem, gdy cię widzę, masz jakąś wiecznie w połowie i bez sensu wyleczoną ranę. – Wylała na jego bok tajemniczo pachnący płyn, który za chwilę przybrał konsystencję piany. Wyraz na twarzy kapitana nie zmienił się ani trochę, nawet kiedy jego dłoń powędrowała wzdłuż jej uda, by zatrzymać się na biodrze. – Zostaw – rzuciła twardo… przynajmniej próbując osiągnąć taki ton, bo głos gdzieś w połowie słowa stracił swoją moc. Mimo to strzepnęła rękę mężczyzny, co tylko sprawiło, że ten się zaśmiał.
– Panikujesz, a to tylko drobne rozcięcie – powiedział, zaciskając dłonie na krawędzi stołu.
– Takie drobne, że zostanie blizna.
– Nie pierwsza, nie ostatnia…
– To nie jest śmieszne, Kasjanie. – Spojrzała mu prosto w oczy, a on zrezygnował ze swojego uśmiechu. Odetchnął tylko głęboko, kiedy Ida ponownie uwagę skupiła na jego ranie. Napięcie między nimi było wręcz namacalne, Liliana mogła je wyczuć ze swojego kąta, z którym zlała się w jedno. Rozważała ucieczkę przez okno, ale żeby je uchylić, musiałaby wykonać ruchy, które z pewnością zwróciłyby uwagę obecnych. Dlatego tkwiła w bezruchu, aż zdrętwiały jej wszystkie kończyny. Kuracja Idy wcale nie naleząła do krótkich, a kapitan nie wyglądał na zniecierpliwionego. – Nie ruszaj się – stękała po raz któryś, kiedy ręka mężczyzny powędrowała do jej długich włosów. Próbowała go przywrócić do pierwotnej pozycji, ale zamiast tego zrzuciła na podłogę świecę. – Widzisz, co zrobiłeś? – syknęła, ale nie zdążyła sięgnąć po utracone źródło światła, bo kapitan chwycił ją mocno za biodra i odwrócił, sadzając na stole.
– Dosyć tego leczenia – powiedział zmienionym głosem. Jego wargi wylądowały na jej szyi, drażniąc delikatną skórę. Ida zamknęła oczy, wplatając palce w jego ciemne włosy, kiedy zaczął dotykać ramion, pleców, gniotąc w rękach delikatny materiał sukni. Wszystko to działo się niewybaczalnie szybko, nie pozostawiając miejsca na subtelność, delikatność. Jednak mimo to wyglądało tak właściwie, tak naturalnie. Silna dłoń wsunęła się między jej uda, powodując stłumiony jęk. – Zawsze taka wrażliwa – mruknął zadowolony. Wtedy go pocałowała, mocno, wręcz agresywnie, a on przysunął ją do swojego ciała, oplatając ramionami. Mógłby tak tkwić całą wieczność, ale wtedy nadepnął na wciąż zapaloną świecę.
– Cholera! – syknął. Pomieszczenie pogrążyło się w całkowitej ciemności.
– Hm?
– Nic – odparł. Może naprawdę tak myślał, bo potem do Liliany nie docierało nic poza dźwiękami, których nigdy już nie chciała słyszeć. Płonęły jej nie tylko policzki, ale chyba każda cześć ciała i nawet kiedy zakryła uszy, wciąż odnosiła wrażenie, że naruszała jakąś świętość, która powinna pozostać nietykalna. Była pewna, że lada chwila roztopi się jak wosk, ale zamiast tego tkwiła sparaliżowana za kotarą, składając przysięgi, które i tak w przyszłości miała złamać. 

***

Witam po dłuższej przerwie ; ) Dodanie rozdziału zajęło mi więcej czasu, gdyż musiałam się obronić (udało się, yeeey), a uwagi nie chciałam rozpraszać pisaniem. Później trochę chwil oddechu i tak mi zleciało ;p

Ta część w zasadzie jest trochę spokojniejsza po pędzącej akcji w lesie Czystych. Mimo to mam nadzieję, że się podobało. 

(Liliana ma tendencję do znajdowania się w niewłaściwych miejscach o niewłaściwych porach, ale dzięki temu nabiera ciekawych doświadczeń hehe) 

Dajcie znać, co myślicie! 
© Halucynowaa | WS | X X X