sobota, 19 listopada 2016

Rozdział 6 cz.1

Pierwszy dowódca 



Rycerze gwardii od zawsze budzili przestrach i szacunek. Uznawano ich za elitę, najlepszych spośród najlepszych. Trenowano od najmłodszych lat, tylko szczególne jednostki mogły kiedyś włożyć czarną zbroję, by później z dumą nazywać się wykonawcą woli samego króla.
Historia nie wskazuje początku ich istnienia. Najbliżsi wojownicy władcy funkcjonowali właściwie od zawsze. Jednak dopiero dwieście lat przed tym, kiedy na tronie zasiadł      Sambor Pierwszy, wprowadzono szczególne zasady dotyczące przyjmowania rekrutów. W końcu Lagara przestała być tylko twierdzą, stając się całym kompleksem szkoleniowym dla nieświadomych przeznaczenia chłopców. Po długim czasie ćwiczeń w zamknięciu, młodym pozwalano opuszczać tereny zamku, aby wykonywać najpilniejsze zadania.
Z czasem szeregi gwardii wzrastały, głównie żeby stanowić opór dla rosnących sił magnatów. Chociaż w stolicy jak i poza nią stacjonowały uzbrojone oddziały, żaden z nich nie dorastał do pięt rycerzom króla. Później jednak ich pozycja osłabła, głównie za sprawą rozwijającego się tworu państwowego, gdzie przytłaczające obowiązki władcy udaremniały mu sprawną kontrolę nad poddanymi. To właśnie wtedy stworzono specjalną pozycję pierwszego dowódcy.
Na początku miał on być doradcą w szeregach gwardii. Celem pozostawała tylko kontrola, bez wnikania w przyzwyczajenia, tym bardziej bez możliwości wprowadzania zmian. Z biegiem lat jego rola zyskiwała na sile, by ostatecznie z niewiele znaczącego pionka stać się prawdziwym utrapieniem. Najczęściej denerwował, wprowadzał nieprzyjemną atmosferę podejrzliwości, gdzie każdy fałszywy krok mógł zaprowadzić prosto do lochu. Jako wysłannik króla zazwyczaj o funkcjonowaniu samej gwardii wiedział niewiele, próbował więc przyrównać ją do innych formacji rycerskich. Do Lagary przybywał po to, żeby o sobie przypomnieć, bo na co dzień powierzano mu istotniejsze zadania. Stąd też formalnego zwierzchnika traktowano jak wroga.
Nic więc dziwnego, że nominacja na pierwszego dowódcę Dymitra bynajmniej nie ucieszyła. Jednak to nie jedyna decyzja króla, która kojarzyła mu się z kolejną kłodą rzuconą pod nogi. Dlatego przyjął ją ze spokojem… i dalej działał po swojemu.
Do twierdzy przybywał tak rzadko jak każdy poprzednik. W ten sam sposób spełniał wolę władcy. Jednak w przeciwieństwie do pozostałych, o samej gwardii wiedział dużo. Również w odmienny sposób kontrolował jej poczynania. Może wynikało to z ogromnego szacunku, którym darzył Racława… albo po prostu nie miał na to wszystko czasu.
Jako następca tronu musiał kierować cała armią królewską, nie tylko najlepszą częścią. Stąd też jak nie szukał aktualnie kolejnego stratega, to próbował utrzymać dyscyplinę w obozie, w którym zabrakło hetmana. Co więcej, wschodnia granica z każdym miesiącem rodziła coraz więcej konfliktów. Zamiast porządnej bitwy, czekała ich fala bezsensownych potyczek. Wcale nie zaskakiwał go fakt, że rycerze w obozach umierali ze znużenia. Brakowało im dobrego jadła, kobiet i wszystkiego, co mieli pod dostatkiem w domach. Konsekwencją tego były zbiorowe kradzieże oraz gwałty, przez co do króla trafiało coraz więcej skarg.
Gdziekolwiek nie trafiał, czekał na niego kolejny problem. Tak jak teraz, we wschodnim obozie w Kosyce.
– Naczelnik nakazał ich ściąć, wasza wysokość – mówił doradca piskliwym głosem. ­– Twierdził, że za dezercję obowiązuje kara śmierci.
Dymitr pochylił się nad mapą, na której dwóch strategów niedawno próbowało stworzyć zaskakujący plan poradzenia sobie z ciężką sytuacją na granicy. Kiedy jednak dostrzegł poustawiane przez nich figury dotarło do niego, że byli całkowicie bezużyteczni.
– Wśród nich jest syn magnata Ambroskiego, to wielka persona – próbował zwrócić jego uwagę doradca. ­– Pozbawienie go życia mogłoby zostać źle odebrane na dworze, wasza wysokość.
Mieli niewielką ilość sfrustrowanych i niezdyscyplinowanych rycerzy, powoli topniejące zapasy żywności. Musieli rozbójników pokonać jak najszybciej, żeby podnieść morale, uspokoić nastroje. Najpierw powinni wywabić tamtych z ukrycia. Tylko jak?
– Wasza wysokość?
Dymitr spojrzał na niego wyraźnie znudzony. Podrapał się po czole, by w końcu powiedzieć.
– Wezwij do mnie naczelnika.
– Oczywiście, wasza wysokość! – Doradca dumnie wypiął pierś i opuścił namiot.
Przynajmniej teraz miał trochę spokoju.
Gdziekolwiek nie ruszał, zawsze wysyłano z nim irytującego błazna, którego pomoc ograniczała się do przytakiwania, ewentualnie przypominania o dworskich manierach. Przez jakiś czas pozostawiano jedną osobę na tej pozycji, dzięki czemu Dymitr zdążył przywyknąć oraz nauczył unikać drażniącego towarzystwa. Nagle jednak linia postępowania władcy uległa zmianie. Zaczęto zastępować doradców z każdą wizytą w zamku, co następcę tronu doprowadzało do furii.  Musiał mimo wszystko trzymać temperament na wodzy.
Uwięziony w obozie w Kosyce, próbował zmienić ustawienie figur na mapie, ale w tym nigdy nie był dobry. Potrafił opracować proste plany bitewne, nic ponad to. Dlatego większą uwagę skupiał na odpowiednim doborze osób w swoim gronie. Tylko porządnych strategów w końcu zaczynało brakować. Zainwestowałby więcej w ich szkolenie, jednak król mu odmówił, twierdząc, że to zbędny wydatek złota. Dymitr powinien powiedzieć, że zamiast za te wszystkie bezsensowne bale w stolicy mógłby zapłacić co najmniej dziesiątce mistrzów. Jednak zachował to dla siebie. Wielkiemu Samborowi do rozsądku potrafiła przemówić tylko jego matka, która niestety już od wielu lat nie żyła.
Zanim zdążył wpaść na porządny pomysł, do namiotu wkroczył naczelnik w towarzystwie doradcy. Pierwszy wyglądał na przestraszonego. Całkiem słusznie, bo następca tronu mógł jednym ruchem dłoni przekreślić przyszłość. Mężczyzna z pewnością należał do niższych niż Dymitr, sprawiał też wrażenie człowieka, który znacząco schudł w krótkim czasie. Wynikało to najpewniej z ilości obowiązków, które złożono na jego barkach. Niegdyś naczelnicy nie mieli zbyt wiele roboty, ale Dymitr dostawał białej gorączki od lenistwa tak samo swojego jak innych. Dlatego znalazł zajęcie dla każdego, kogo przyłapał na odpoczynku.
– Słyszałem, że kazałeś ściąć dezerterów – rzucił, nie odrywając się od zajęcia, nad którym obecnie skupił uwagę.
– W tym syna magnata Ambroskiego – dodał dumnie doradca. ­– Bez konsultacji z nikim wyższym rangą, to doprawdy… – Zamilkł, kiedy Dymitr uniósł rękę.
– W prawie jest karać śmiercią dezerterów, wasza wysokość – tłumaczył naczelnik drżącym głosem. – Jeśli jednak życzysz sobie…
– W prawie jest zapisane – przerwał mu spokojnie. – Żeby dezerterów wieszać na szubienicy, nie pozbawiać ich głowy.
Obydwaj mężczyźni zamarli.
– Ścięcie to kara dla osób honorowych – kontynuował Dymitr, tym razem patrząc bezpośrednio na naczelnika. – Osoby uciekające z pola bitwy, opuszczające swój kraj w potrzebie na taki honor nie zasługują.
– Tak, wasza wysokość – wyjąkał zdezorientowany naczelnik. Najwyraźniej nie przekonały go jeszcze słowa następcy, ale pogląd na sprawę z każdą sekunda ulegał zmianie.
– Ale panie! – podniósł głos doradca. Wyglądał na oburzonego, co Dymitra wprawiło w stan szczerego rozbawienia.
– To ogromny dyshonor dla magnata Ambroskiego, że nie wychował syna na godnego rycerza. Nie omieszkam mu o tym wspomnieć.
– Nie możesz…
– Czy ty właśnie próbujesz mi mówić, co mogę a czego nie mogę robić? – Uniósł brwi w geście zdziwienia. Doradca nie wydobył z siebie głosu. Bardzo słusznie. Wtedy Dymitr kazałby go powiesić razem z resztą. Już wystarczająco długo testował cierpliwość mężczyzny.  – To wszystko. Możecie odejść.
Naczelnik wykonał polecenie od razu, doradca stał jak sparaliżowany, ruszył dopiero, gdy Dymitr wskazał mu ręką na wyjście. Kiedy w końcu został sam, usiadł na krześle, opierając łokcie na stole.
Rozdrażnienie powoli przejmowało nad nim kontrolę, ale czego mógł oczekiwać, skoro już od dłuższego czasu nie spotkał go żaden sukces. Powoli tonął w obowiązkach, które na niego narzucono, ale przecież taka rola następcy. Nieustannie mu o tym przypominano.
Sięgnął po stertę zapieczętowanych listów, które dostarczono mu rankiem. Do tej pory nie znalazł czasu, aby przejrzeć korespondencję. Większość z nich wysłano ze stolicy, więc dotyczyły kolejnego niecierpiącego zwłoki problemu, któremu Dymitr miał poświęcić uwagę. Oczywiście istniała licha nadzieja, że jakakolwiek wiadomość obwieszczała o znalezionych specjalistach, ale szczerze w to wątpił. Tylko dwie adresowano spoza centralnej części państwa i tak jak utyskiwań magnata Szczepana się spodziewał, tak już listu Flory nie.
Marszcząc brwi, rozpieczętował perfumowaną kopertę, żeby dostrzec tam ślady starannego pisma kobiety, którą lubił właśnie za to, że nigdy nie zawracała mu głowy.
Flora z wyglądu do złudzenia przypominała jego żonę, pod względem osobowości nie mogła się bardziej różnić. Z charakteru była prosta, pogodna, niewymagająca, do bólu wręcz pospolita. Mieszkała ze starym karczmarzem, niewiele mówiła, nie zadawała pytań. Wiedziała, czego chce, a jednak nie prowadziła podwójnej gry. Przebywanie w towarzystwie tej kobiety przynosiło ulgę, bo jej, dla odmiany, nikt nie zmusił do tego, żeby dzieliła z nim łoże. Lubił ją… co nie oznacza, że miał ochotę wymieniać z nią listy.
Całość jedynie przeleciał wzrokiem. Mimo to dostrzegł słowo „brzemienna” i zaklął pod nosem.
Flora nosiła w sobie jego dziecko, przynajmniej tak twierdziła, przysięgając, że ze swoim mężem nie utrzymuje kontaktów cielesnych. Nie widział powodów, żeby nie wierzyć, przecież nie tak łatwo udawać matkę dziecka następcy tronu. Tylko osoba bezwzględnie głupia podjęłaby się takiego wyzwania. Chociaż tak naprawdę Dymitr nie wiedział zbyt wiele na ten temat. Do tej pory nie miał żadnej kochanki i tylko zbieg okoliczności przyniósł w tym zakresie zmiany. To go zresztą odróżniało od pozostałej części dworu, gdzie romanse stanowiły naturalny porządek rzeczy, jak zjedzenie śniadania albo polowanie. Może powinien dokładnie przemyśleć konsekwencje swojego działania, ale teraz już za późno na żale. Jeśli kobieta mówiła prawdę, to za kilka miesięcy świat przywita pierwszego bękarta Dymitra, a Kasandra…
Otworzył kolejny list, odkładając poprzedni problem na inną okazję. Musiał porozmawiać z Florą w cztery oczy, dlatego najpierw należało opuścić ten przeklęty obóz... czyli zacząć od posprzątania bałaganu.
Kiedy jednak przełożył stertę papierów na druga stronę stołu, dostrzegł kolejną kopertę, ze szkarłatną pieczęcią dowódcy wojsk na granicy południowo-wschodniej i krótkim znaczkiem „PILNE”. Zmarszczył brwi, maskując zaskoczenie. Wieści z tamtych terenów oczekiwał nie wcześniej niż w następnym miesiącu.
Pierwszym, co rzuciło mu się w oczy, było szczególnie niestaranne pismo. Pochylone litery, rozmazany tusz… wszystko to budziło niepokój. Jednak treść wiadomości znacząco przerosła jego wyobrażenia.

Obóz rozbity. Dwóch ludzi. Bez chorągwi. Natychmiastowy rozkaz wycofania.

Usiadł zdezorientowany na krześle, próbując rozszyfrować przekazane słowa. Nie zawierały pozdrowienia ani należnej formy piśmiennej w stosunku do następcy tronu. Oznaczało to, że nadawca nie miał czasu na sformułowanie odpowiedniego listu, całość ograniczył do komunikatu.
Dwójka ludzi nie mogła zniszczyć całego obozu, więc o co chodziło? Czyżby miał na myśli dowódców… zdrajców? Skąd mógł nadejść atak? Jeśli agresorzy nie nosili chorągwi, musieli działać z ukrycia, ale ku chwale czego. Przecież to nie pierwszy atak ze wschodu. Chyba, że to wcale nie byli ludzie z tych terenów. Tylko kto?
Musiał opuścić Kosykę i ruszyć na południe. Jednak pośpiech działał tylko na jego niekorzyść. Być może tamta tragedia miała go odciągnąć od zaplanowanych wyjazdów.
– Zbierz moich ludzi – powiedział zaraz po wyjściu z namiotu do pierwszego napotkanego rycerza. – Każ przygotować odpowiedni ekwipunek, wezwij doradcę i posłańca.
Musiał ich wysłać jeszcze przed sobą, żeby zbadali szkody, przyczyny i przebieg ataku. Sam chciał wyruszyć dopiero za kilka dni, kiedy ustabilizuje sytuację na miejscu.  
Zorganizowanie tego zajęło mu więcej czasu niż planował. Zanim się zorientował, na niebie jaśniały gwiazdy, a po obozie spacerowały tylko pojedyncze jednostki.
To oczywiście nie pierwsza sytuacja, w której błyskawicznie zostali pokonani przez siły wroga. Jednak zazwyczaj otrzymywał kompletny raport zamiast enigmatycznej wiadomości, która mogła znaczyć właściwie wszystko. Opadł na krzesło zmęczony, doskonale wiedząc, że następnego dnia wcale nie będzie lepiej.
– Powinieneś bardziej o siebie dbać, Dima – usłyszał niski głos tuz przy wejściu do namiotu. Od razu go rozpoznał. Próbując ukryć zdenerwowanie, złapał leżące najbliżej jabłko i ścisnął je w dłoni.
– Wiedziałem, że wkrótce tu zawitasz – rzucił niezbyt pewnie, patrząc na swoje zbielałe knykcie.
– A jakże! – zaśmiał się mężczyzna, stając w lichym świetle lampy. – Potrafię czytać w twoich myślach.
Nie widział go co najmniej od kilku lat, ale najwyraźniej dla Kasjana czas się zatrzymał. Mimika twarzy, uczesanie, uzbrojenie, gesty, sposób poruszania były identyczne jak wcześniej, mógł spokojnie założyć, że zachował swoje młodzieńcze rysy, nawet jeśli w półmroku nie dał rady ich ocenić. Poczuł znajomą irytację na widok tego zuchwałego uśmieszku, pobłażliwego spojrzenia i niedbałego ruchu dłonią.
– Skoro znasz wagę zadania, to po jego wykonaniu powinieneś gnać do Lagary, czy nie tak? – powiedział wyniośle, ale kiedy Kasjan parsknął, nie mógł powstrzymać się od niepewnego przeczesania włosów.
– Daj spokój – rzucił niedbale, po czym położył na stole fiolkę. Dymitr spojrzał na nią zdziwiony, ale milczał. Nie wiedział, o co powinien zapytać, żeby uzyskać zadowalającą odpowiedź. Zwłaszcza, że przebywający z nim mężczyzna nie stracił nic ze swojego protekcjonalnego tonu. Dlatego sięgnął po drobny pojemnik, ale wtem przypomniał sobie, że wciąż ściskał w dłoni jabłko. Z roztargnieniem odłożył je na miejsce, po czym chwycił fiolkę i sprawdził zawartość. W środku znajdowała się ciecz przypominająca wodę, ale nie miał okazji dokładnie sprawdzić.
– A to jest….? – zapytał głupio… co Kasjan wyśmiał. 
Wbrew wszystkiemu nie tak łatwo prowadzić kilka spraw na raz, zwłaszcza jeśli każda miała równy stopień wartości. Potrzebował przynajmniej kilka chwil, żeby przypomnieć sobie szczegóły zadania, które pozostawił na rękach rycerzy gwardii.
– Woda, po którą wysłałeś bandę szczeniaków, w tym swoją córkę – powiedział, kładąc nacisk na ostatnie słowo. – Sądziłem, że będziesz miał wobec niej więcej skrupułów… ale teraz już wiem, dlaczego to zrobiłeś.
– Tak? – burknął, nie wiedząc, co właściwie powinien odpowiedzieć.
– Jednak bardziej ciekawi mnie to, po co zorganizowałeś to całe zadanie, skoro tak naprawdę wcale nie zależało ci na wodzie Czystych – stwierdził twardo Kasjan, wbijając w niego spojrzenie ciemnych oczu. – Od samego początku zakładałeś, że dostarczysz królowi zwykłą. – Dymitr nie wykonał żadnego gestu, którym miałby potwierdzić lub zaprzeczyć słowom mężczyzny. ­– Drugi dowódca o tym wiedział? Czy postanowiłeś działać na własną rękę?
– Zorganizowałeś mi przesłuchanie? – rzucił ze złością. – Przemyśl, do kogo mówisz. Nie obchodzi mnie twoje wygórowane…
– Skończ, Dima! – podniósł głos. – Nie zachowuj się jak dzieciak.
Na jego policzkach zakwitł rumieniec, co wprawiło go w jeszcze większe zakłopotanie. Na ten widok spojrzenie Kasjana jakby złagodniało. Mężczyzna przez długą chwilę milczał, a Dymitr wbił spojrzenie w drugą stronę namiotu, jakby w ciemności dostrzegł wyjątkowo ciekawe zjawisko. W końcu Kasjan westchnął głośno i powiedział już w zupełnie innym tonie:
– Trudno walczyć ze starymi przyzwyczajeniami.
To oczywiste. Dymitr sam nie potrafił pokonać własnych. Wielokrotnie próbował wyobrazić sobie ich rozmowę, żeby dla odmiany zareagować inaczej, ale w praktyce spotkanie wyglądało dokładnie tak samo jak ostatnio i kilka lat wcześniej. Chociaż dzieląca odległość powinna zbudować mur braku zaufania, on czuł, że w chwili nieuwagi wyśpiewałby mu wszystko. Zupełnie jakby życie w dwóch zupełnie obcych światach nie miało żadnego znaczenia. Nawet gdy próbował traktować go z dystansem, emocje zaraz dawały o sobie znać. Za każdym razem.

– Tak – rzucił w końcu. Dostrzegając pytające spojrzenie Kasjana, dodał – To jest odpowiedź na twoje pytanie. 

***

Hej cześć i czołem! 

Wreszcie, po długim czasie, udało mi się opublikować kolejną część. Jest ona stosunkowo krótka, bo i rozdział nie należy do długich, a nie chciałam już was zadręczać kilometrowym tekstem. Dlatego kolejny post będzie się zaczynał trochę hm... no trudno było mi znaleźć dobry moment, żeby ten rozdział podzielić i będzie to zwyczajnie kontynuacja tego, co tutaj ma miejsce, bez zbędnych wstępów i opisów. 

Przepraszam za błędy, bo wstępnie poprawiałam, ale też nie chciałam już zbędnie przedłużać. Powiem wam, że jestem znowu nakręcona tym, co sobie piszę i WRESZCIE po prostu, bo próbowałam, dużo bzdur napisałam, które musiałam potem kasować i już nie mam tego problemu. 

Ciekawi mnie, jak wam się podobało ; ) Dymitr to bardzo ważna postać i już czas najwyższy, żeby napisać o nim kilka słów. 

Ponieważ druga część tego rozdziału będzie już podsumowaniem całej wyprawy, chciałabym, żebyście nie krępowali się zadawać pytań, jeśli czegoś nie zrozumieliście albo nie zapamiętaliście. 

Chyba tyle :D