piątek, 24 listopada 2017

Rozdział 11 cz.1

Moje imię to...

Dom, w którym przebywał, zmienił się nie do poznania. Jego ściany pokrywały pajęczyny zakrzepniętej krwi, niemal każdy krok wywoływał skrzypienie drewnianej podłogi. Drzwi oraz okna uderzały o framugę w rytm złowieszczej muzyki.
Dzisiejsza wyprawa w ten „inny” świat wyglądała dokładnie tak samo jak poprzednim razem. Jedyna zmiana dotyczyła niego samego. Potrafił skupić uwagę na otoczeniu zamiast własnym strachu i obserwować.
Był sam. Wszyscy obecni do tej pory w pomieszczeniu roztopili się jak woskowe lampy. Ich pozostałości kleiły stół i krzesła.
Ręka przyrosła mu do szczątków miecza, którego nie potrafił puścić. Rękojeść oplotła palce niczym bluszcz, zmuszając do używania broni, którą uznawał za przeklętą.
Zrobił krok. Deska pękła pod jego ciężarem, a on został wciągnięty w podziemny świat, gdzie spomiędzy korzeni wystawały  gnijące ciała – ludzkie przemieszane ze zwierzęcymi. Próbował się przebić, drapiąc rękami ziemię, tworząc dziury, szczeliny. Skoro mógł dostrzec wszystko to, co obumierało w cuchnącym piachu, to z pewności miał szansę uciec na powierzchnię. Jednak żeby to zrobić, musiał chwytać rozpadające się nadgarstki, powykręcane ramiona, zdarte kopyta. Tłumaczył sobie, że trupy nie czują. Jednak gdy dotykał ich srebrną rękojeścią, wzdrygały się i uciekały wgłęb mokrej ziemi. Przede wszystkim nie skupiał uwagi na ich twarzach. Wtedy zobaczyłby ich łudzące podobieństwo do osób, które znał… a przecież musiał odnaleźć potwora.
Jeden z martwych zaczął obejmować go w pasie, wtulając głowę w jego szyję. Starszy mężczyzna, z kilkoma siwymi włosami i długimi palcami – tyle był w stanie zobaczyć.
Zamarł.
Nie czuł na skórze oddechu, ciało było porażająco zimne, wilgotne. Nie próbował się uwolnić, zamiast tego obserwował, bo on… musiał gdzieś tu być.
Stłumił strach, który pojawiał się wraz z myślą o spotkaniu. Powtarzał w myślach usłyszane wcześniej słowa.
„Tutaj jesteś bezpieczny”
„Tutaj jesteś bezpieczny”
„Tutaj jesteś bezpieczny”
… i tak w kółko.
W końcu otaczająca go masa zaczęła topnieć, niczym śnieg po spotkaniu ze słońcem.
Pływał w jeziorze wraz ze wszystkimi martwymi ciałami i dopiero wtedy zabrakło mu powietrza.
Próbował dotrzeć na powierzchnię, ale umarli zaczęli chwytać go za kończyny i ciągnąć w dół.
Zaatakował uszkodzonym mieczem i przekonał się, jak strasznie był ostry. Przez przeszkody przechodził jak przez masło. Dzięki niemu już wkrótce przedostał się do źródła tlenu.
Nie zobaczył nad wodą drzew ani nieba. Zamiast tego otaczały go gęste, czerwone opary. Poszukał wzrokiem brzegu i jak na zawołanie nieopodal wyrosła niewielka wysepka.
Brakowało mu sił, żeby płynąć, ale niepokój podprowadził go do brzegu. Odepchnął od siebie kawałki kończyn, które wypływały tylko po to, żeby przeobrazić się w parę i tworzyć szkarłatną mgłę.
On sam czuł, jak jego ciało nie wytrzymuje gorąca, a przecież nie tak miał zginąć.
Na czworaka dał radę dotrzeć na suche podłoże. Kłęby pary zdążyły dotrzeć do chmur, które przygotowywały chłodny deszcz. Nie oderwał nawet kolan od gruntu, kiedy ciężkie krople krwi zaczęły spadać na jego głowę oraz otoczenie, przykrywając wszystko wokół.
Oparł się na udach i rozejrzał, a chociaż miał świadomość obecności obcej istoty, nie potrafił jej zlokalizować. Poczuł świszczący oddech przy uchu.
Nic nie zdążył zrobić.
Potwór przebił jego klatkę piersiową na wylot.
Ostatnim, co zobaczył, była wielka szpona znienawidzonej istoty.

***

Wymiotował przez cały dzień. Zwrócił wszystko, co zjadł dzisiaj, wczoraj i trzy lata temu. Cały czas płukał głowę w lodowatej głowie, a potem drżał z zimna. Co chwilę sprawdzał, czy jego serce wciąż bije, czy nie wyrwano go z piersi. Ida podrzucała mu napary z ziół, ale nie miał ani chęci ani siły ich przełknąć.
– Jesteś pewna, że to dobra droga? – zapytał jej Kasjan, kiedy Aaron wypluł kromkę chleba, którą przeżuwał z dobre piętnaście minut.
– Nie jest dobra, tylko jedyna – powiedziała kobieta. – Musi poznać naturę ducha i rządzące nim prawo, inaczej zostanie pożarty od środka.
Wytarła czoło chłopaka mokrą ścierką. Był to gest, do którego zdążył przywyknąć, chociaż na początku odskakiwał jak oparzony.
– Chcesz odpocząć? – zwróciła się do niego, a on pokręcił głową, bo w łóżku spędził cały dzień.
Od czasu jego przybycia do domu Idy minęły już trzy tygodnie, a Aaron na zmianę spał, walczył i chorował… nieszczególnie to odmienne od życia, które prowadził do tej pory, ale tym razem każdy pojedynek kończył ból, a osłabienie trwało o wiele dłużej.
O tym, że wyląduje w domu Idy, wiedział o wiele wcześniej, już podczas pierwszej wizyty w tym miejscu. Tylko że wtedy nie wyjaśnili mu, dlaczego to wszystko było tak ważne. Po prostu kazali sobie zaufać, a że Aaron nie widział powodu, żeby się sprzeciwiać, to przystał na ich propozycję.
Całość musiała mieć miejsce poza oczami dowódcy, w innym wypadku informacja o przeklętym mieczu rozniosłaby się do niepożądanych osób, które mogły mu zaszkodzić. Odpowiedni zbieg wypadków pozwolił im zrealizować to szybciej niż planowali. Upadek twierdzy na wchodzie, wraz z końcem misji Kasjana i całe zamieszanie związane z wyjaśnianiem źródła ataków – to dało im przynajmniej kilka tygodni na ominięcie rozkazów.
Dlatego jak tylko ponownie się spotkali, ruszyli do Idy, która wiedziała o Czystych więcej niż inni.
Pierwszego dnia pobytu próbowała mu wyjaśnić cel jego przyszłych zmagań, ale te nieszczególnie do niego przemawiały. Zwłaszcza, że tak naprawdę eksperymentowali i nie do końca wiedzieli, do czego ich to zaprowadzi.
– Miecz, na który patrzysz pochodzi z czasów wielkiego cechu, a sądząc po zdobieniach i tym, jaki ma na ciebie wpływ, to pozostałość po legendzie o Królu Życia – mówiła mu, a on słuchał uważnie, chociaż niebyt entuzjastycznie. – Chcesz ją poznać?
Kiwnął głową nieszczególnie podekscytowany, chociaż nie miał zamiaru odmówić. Nie tylko z natury lubił słuchać, ale Idzie nie potrafiłby odmówić niczego. Nawet najnudniejszej opowieści świata.
– Tam, skąd pochodzę, wierzono w istnienie istoty będącej stwórcą wszystkiego, fundamentem przeszłości, teraźniejszości i przyszłości – zaczęła swoim tajemniczym głosem, a on analizował każdy, najmniejszy ruch ust. – Postać bez kształtu, nie do pojęcia nawet przez mędrców. Zgodnie z historią stworzenia świata, to właśnie on zebrał z sobą kilka tysięcy gwiazd, aby z ich najlepszy części zbudować planetę, na której wkrótce powstało życie. Wkrótce okazało się, że opieka nad człowiekiem sprowadza na niego wiele trosk. Oddał więc część mocy swoim dzieciom, które miały wyrażać jego wolę.
– Lata mijały, a Król Życia coraz chętniej dzielił potęgę, narzucając przywileje, ale również obowiązki – opowiadała, przy okazji sprawdzając wszystkie jego rany, by zaraz przetrzeć je cuchnącym płynem, którego zapach kojarzył mu się z Lagarą.
Wtem wyszło na jaw, że kontrolowanie tysięcy istot, które posiadały fragmenty jego zdolności, zaczynają go przerastać. Ci bardziej gnuśni wykorzystywali talent dla zaspokojenia własnej pychy. Powstały klęski, plagi, zdrada, rozpusta. Wściekły Król zebrał nieposłusznych i wygnał ich do Krainy Płaczu, by tam przemienić w skałę. Na obronę tego miejsca wyznaczył najstarszą z córek, Zorzę. Była to istota o ludzkiej urodzie, kwintesencja kobiecości. Miała włosy w kolorze kory dębu, plecione wiatrem, a oczy niczym dwa bursztyny otoczone wachlarzem długich rzęs. Jej skóra błyszczała w słońcu, a ciało przypominało dorodny owoc, który kusi, budzi pożądanie.
– Opowieści o Zorzy powstało co najmniej kilkanaście – dodała już bardziej rzeczowo – ale tylko jeden z przekazów stanowi źródło informacji o ostrzu, które widzisz przed sobą. Jeśli pójdziemy jego tropem…
Zorza, jak większość kobiet w legendach, oddała serce mężczyźnie. Kowalowi, który zawitał na jej terenach w poszukiwaniu dobrego surowca. Powiedziała mu „Ze złoża z tych skał wykujesz broń o potędze wykraczającej poza twoje sny. Ono zapewni ci zwycięstwo nad Królem Życia, jednak dopiero po jego śmierci będziemy mogli być razem. Czy zaczekasz na mnie”? Melferd, bo tak zwali ów kowala, zauroczony nie tylko Zorzą, ale i perspektywą władania światem uległ jej propozycji i już wkrótce wykuł sześćdziesiąt siedem broni z żelaza ukrytego w skałach przemienionych istot.
Gniew Króla Życia dosięgnął ich. „Dopóki pozostaniesz mi wierny, nic ci nie zagrozi” obiecała Zorza, nim została zamieniona w sześćdziesiątą ósmą broń przez ojca, który pozostałe sześćdziesiąt siedem mieczy rozesłał po świecie, aby pozbawić Melfreda możliwości ich zjednoczenia. „Pozostaniesz przy życiu, głupi kowalu, żebyś na zawsze pamiętał o tym, czego nigdy nie będziesz miał” rzekł do niego król i odszedł. Nie przewidział jednak, że uczucia Zorzy sięgają o wiele dalej niż jego moc.
Wołanie ukochanej Melfred słyszał już od początku, ale siedem lat zajęło mu odnalezienie zaginionego miecza. Dostrzegając niebezpieczeństwo, Król próbował pozbawić kowala życia, ale nie mógł go dosięgnąć. Zorza bowiem władała mocą ułudy, który zmieniła nie tylko samego Melfreda, ale i wszystko, na czym spoczął jego wzrok.
Z tym, że wieczna tułaczka z mieczem w niczym nie przypominała tego, co obiecano zachłannemu mężczyźnie. Liczył on bowiem na władzę u boku piękności. Z czasem ulegał złym emocjom, a wykorzystała to napotkana wiedźma. Zaproponowała mu „odnajdę dla ciebie wszystkie zaginione miecze w zamian za ten jeden, który nosisz przy sobie”. Jak prawie każdy mężczyzna w legendach, Melfred nie zorientował się, że wiedźma to tak naprawdę przemieniony król, który zgodnie z obietnicą ofiarował kowalowi sześćdziesiąt siedem mieczy, zabierając w zamian jedynie zdradzoną córkę.
Melfred sformował wojsko, którym już wkrótce zaatakował króla. Ku jego zaskoczeniu, żaden z ofiarowanych mieczy, które w jego rękach wydawał się niepokonany, nie okazał żadnych właściwości w stosunku do jego towarzyszy. Zorza sama odnalazła kowala, by pozbawić go tego, czego sama już nie miała. Melfred skonał, a jego ciało rozpadło się na tysiące cząstek duchowości, a te wstąpiły na pierwszych ludzi. Ostrze, które zabiło kowala, pękło, tak jak i serce Zorzy.
Aaron nie odrywał spojrzenie od Idy, która zakończyła opowieść z pełną dramatyzmu nutą, charakterystyczną dla mędrców zwiastujących tragedie. Ten głos wypełnił jego myśli niczym mgła – leniwie, ale dokładnie, nie pozostawiając miejsca na nic innego.
– Gdzie w tym wszystkim morał? – zapytał Kasjan, na którego magia historii najwyraźniej nie zadziałała. Przy Idzie wyglądał nadzwyczaj przyziemnie, ale Aaron nie potrafił określić tego ani za wadę ani za zaletę.
Odpowiedziała mu uśmiechem, a w takich chwilach wyglądała niezwykle. Jakby skrywała tajemnicę, której żaden z nich nie pozna.
– Opowiadane mi legendy nie zawierały przesłania, tylko ostrzeżenie – rzekła w końcu, chociaż słowa skierowała do Aarona. – Jeśli ta niesie w sobie choćby iskrę prawdy, to ostrze przed tobą jest pozostałością broni wykutej na Górze Płaczu.
– Skąd wiesz? – zapytał, ledwo rozpoznając swój głos.
– Legendy tworzono zazwyczaj wokół wielkich bohaterów albo niezrozumianych przedmiotów – rzucił Kasjan. – Nie ma żadnego powodu, żeby dawać wiarę bajce o Zorzy i Melfredzie, ale faktem jest, że miecz istnieje. Napomknął o nim pisarz Antykost w swoich kronikach, które z kolei oparcie znalazły na pradawnych zwojach. Wspominał, że wśród niektórych plemion prowadzono kult przełamanego ostrza, nie wyjaśnił, z jakiego powodu. Po unicestwieniu ludów międzyrzecznych, które zresztą szczyciły się kanibalizmem, badacze z Natory przeprowadzili na nim badania, ale ostrze nie przejawiło żadnych szczególnych właściwości. Mimo to, jak napisał jeden z nich, postanowiono wszelkie przełamane ostrza znaleźć, aby krwawa legenda nie okazała się przepowiednią. Nie wiadomo, o jaką „krwawą legendę” mu chodziło, ale odnaleziono kilkadziesiąt albo i kilkaset mieczy i „usunięto w niebyt”.
– W plemieniu Czystych istnieje bardzo silna wiara, że nie wolno przenosić tego, co raz zostało wniesione do lasu – dodała Ida, a Aaron przypomniał sobie przekazane mu jeszcze przed wyprawą informacje. – Miejsce, gdzie znalazłeś miecz, to pozostałość po rozegranej tam dawno temu bitwie pradawnych z rycerzami wodza, który później został pokonany przez króla. Walkę wygrali Czyści, ale okoliczności potyczki nie są jasne. Zgodnie z przekazaną mi opowieścią, na polanie odnaleziono wiele martwych ciał, a w samym centrum pola bitwy mężczyznę, nie należącego do żadnej ze stron. To było jedyne ciało, którego nie zwrócono nikomu, a kiedy Najstarszy dotknął go dłonią, rozpadł się na plamę krwi i wrósł w ziemię. Jego uzbrojenie było jednym śladem istnienia tajemniczego człowieka. Stwierdzono, że to kolejny cud źródła, więc miejsce miało pozostać bez skazy. Nikt tam nie zaglądał od lat.
– A co ma z tym wspólnego legenda? – zapytał Aaron, zagubiony w ilości informacji, które mu przekazano.
– Jeśli podejdziemy do niej bardziej przyziemnie – rzekł Kasjan – to wyciągniemy z niej wiele prawdopodobieństw. Przede wszystkim, że Zorza jako miecz mogła nawiązać kontakt jedynie z Melfredem, który z kolei miał jako ta „duchowość” natchnąć pierwszych ludzi, czyli po prostu plemiona. Nie bez powodu nazywamy ich pradawnymi.
Aaron kiwnął głową, skupiając całą uwagę na mężczyźnie przed nim.
– Jednak czegoś w tym brakuje, bo w takim razie dlaczego ci „natchnieni” nie wykorzystali przełamanego ostrza? Musieli nie posiadać jakiegoś ważnego elementu – tłumaczył dalej, opierając się o drewniany blat. – Z drugiej strony wiedzieli o jego wyjątkowości, a pospolici ludzie nie.
– Kiedy dotykam rękojeści – wtrąciła Ida. – Jestem pewna, że to nie normalna broń. Nie potrafię ocenić jej natury ani tym bardziej nawiązać kontaktu z istotą, o której nam powiedziałeś. Mimo to wiem, że to coś nadludzkiego.
– Aaron, z pewnością widzisz już, że posiadasz w sobie krew plemienną. – Kasjan podrapał się w roztargnieniu po brodzie. – Nie wiem, jak to możliwe, ale musisz pochodzić od pradawnych, dam sobie rękę uciąć że od tych cholernych, świętoszkowatych Czystych.
Ida posłała mu zezłoszczone spojrzenie, ale nie przerwała, chociaż skrzyżowała ręce na piersiach.
– Z pewnością jednak posiadasz w sobie coś jeszcze, czego nie ma Ida ani nikt z jej plemienia. Może to przodek z drugiej linii albo fakt, że wychowano cię na rycerza, nie mam pojęcia. Dlatego możesz nawiązać połączenie podobne do tego między Melfredem a Zorzą.
– Jakie to podobieństwo? – Aaron poczuł, jak ogarnia go irytacja, nad którą z trudem panował. – Kiedy dotykam tego… czegoś… potwór wyrywa mi serce! Też mi połączenie, fantastyczne.
– Zorza ofiarowała Melfredowi moc w zamian za wierność, ale on nie składał wobec niej przysięgi – wyjaśniła cierpliwie Ida. – Nie wiedział, jak głęboko sięga ta zależność, dlatego w momencie zdrady nie mógł przewidzieć jej skutków. Ty też najpewniej nie rozumiesz, na czym polega siła miecza, ale nie dasz rady przed nią uciec.
Wskazała na niewielki, wyżłobiony na rękojeści znak – spiralę przeciętą prostymi liniami, tworzącymi coś na kształt krzewu.
– Symbol już od dawna nieaktywny – wyjaśnił Kasjan. – Kiedyś tak przedstawiano kowali, owalne kształty jako gorące żelazo, a proste linie jako szpikulce, którymi szlifowano miecz.
Usiadł obok Aarona i wziął pęknięte ostrze do ręki.
– Teraz każdy kowal może mieć własny znak, którym rozsławia imię, ale kiedyś żyło ich tak mało, że wszelkie kształty na rękojeści znaczyły tylko tyle, że broń stworzyła osoba z cechu, przez co nie zawiedzie w boju. Poza tym – wskazał na rękojeść – jest za długa i nierówno ukształtowana. Wtedy nie znano dzisiejszej techniki, ale ten miecz źle układa się w dłoni. Z którejkolwiek strony go nie obejrzysz, widać na nim zamierzchłe czasy. Jeśli te powiązania cię nie przekonują, wątpię, by cokolwiek to zrobiło. Co nie zmienia faktu, że nie mamy czasu do stracenia.
– Nie dam ci odpowiedzi na wszystkie pytanie – Ida zwróciła się bezpośrednio do Aarona, patrząc mu prosto w oczy. – Sam musisz je odnaleźć, a żeby to zrobić, zacznij od zrozumienia prawa ostrza.
– Jak mam to zrobić, jeśli to coś mnie zabija? – nie mógł powstrzymać jęku.
– Pokonaj „to coś” – skwitował Kasjan. – Walka ma miejsce w podświadomości, która należy tylko do ciebie. Zabija cię tam nie istota, ale twoje własne lęki i niewiedza.
– My nie zostawimy cię ani na chwilę. – Ida dotknęła jego policzka, a on zamarł. – Z nami będziesz bezpieczny.
W ten sposób przez prawie miesiąc szukał sposobu, żeby dojść do porozumienia ze stworem, który za każdym razem rozrywał go na kawałki. Tajemnicza istota przerażała go, obrzydzała, gdyby miał wybór, nigdy więcej by nie dotknął przeklętej broni. Jednak Ida z Kasjanem mieli inne plany, a on nie potrafił powiedzieć „nie”.
W przerwach między tymi sesjami, rozmawiali…. chociaż Aaron najczęściej milczał. Nie dlatego, że nie przepadał za towarzystwem Idy i Kasjana, najzwyczajniej nie miał nic ciekawego do powiedzenia. Najczęściej słuchał, a robił to nadzwyczaj chętnie.
– Jesteś prawdziwą Czystą? – zapytał pewnego ranka kobiety, kiedy Kasjan zniknął za drzwiami, zaraz po burknięciu, że musi wysłać list. – Czy…
– Czystej krwi – powiedziała zdawkowo, jakby rozmawiali o pogodzie. W kwestiach związanych z Aaronem wyglądała na bardziej przejętą.
– Co w takim razie robisz tutaj? – nie zabrzmiało to uprzejmie, ale nie wiedział, jak zapytać inaczej.
– Mieszkam.
– Dlaczego?
– Zakochałam się – odpowiedziała z uśmiechem. – Bardzo lekkomyślnie, bardzo mocno, a kiedy człowiek kocha, mało rzeczy uznaje za istotne.
– Na przykład więzy rodzinne?
To poruszyło ją o wiele bardziej. Przez chwilę Aaron chciał wycofać wszystko, co powiedział, ale wtedy Ida posłała mu jeden ze swoich łagodnych uśmiechów i przeczesała ręką włosy.
– W momencie, w którym musiałam wybrać między braćmi i Kasjanem, nie zdawałam sobie sprawy z... – przerwała na chwilę i zmarszczyła czoło. – Poniosły mnie uczucia, wydawało mi się, że zawsze będę mogła wrócić. Z tym, ze Czyści nie akceptują obcych, nie wybaczają zdrady. Chciałam poznać ten inny świat, a że Kasjan był tak samo niedojrzały jak ja, to zabrał mnie ze sobą. Wcześniej wyrzucałam sobie, że zniszczyłam porozumienie między moimi ludźmi i królem, odseparowałam męża od rodziny. Teraz widzę to zupełnie inaczej.
Podniósł wzrok, szukając odpowiedzi na jej bladej twarzy.
– Nie da się zawrócić czasu, nie odzyskamy tego, co raz straciliśmy. Możemy jedynie czerpać radość ze wszystkiego co mamy, wierzyć, że nasze życie ma cel, którego nie pojmiemy, bo nasze umysły są za małe. Zresztą to nie tak, że z naszego małżeństwa nie wynikło nic dobrego. – uśmiechnęła się smutno. – Mało na świecie rzeczy, którego można jednoznacznie ocenić. Coś o tym pewnie wiesz, czy nie tak?  Ty i Liliana nosicie w sobie sporo tajemnic.
Nie próbował nawet ukryć zaskoczenia. Za każdym razem, gdy ktoś wspominał o do tej pory najbliższej mu osobie, stawał się spięty, niemal gotowy do ataku. Z tym, że Ida nie była jego wrogiem… cokolwiek miała na myśli.
Chociaż kobieta nie kontynuowała tematu, ta sprawa nie została pozostawiona na długo, nawet jeśli tamtego dnia nie znalazł śmiałości, żeby zapytać. 

***

Witam jak obiecałam z kolejną częścią, mam nadzieję, że przypadła wam do gustu. Pewnie jestem nieobiektywna (na pewno), ale lubię ten rozdział, lubię go sobie czytać, przeglądać i recytować. Chociaż oczywiście nie jest idealny ; ) 

Wyszły już pierwsze informacje o tajemniczym mieczu, chociaż mogą się one wydawać nieco pogmatwane (dla Aarona z pewnością haha). No i szok, bo w tej części nie było żadnej nowej postaci :D 
Jakie są wrażenia z walki Aarona z mieczem? Chciałam to opisać w miarę obrazowo, ale czy mi to wyszło nie mogę ocenić. 
Co myślicie o samej historii wokół ostrza? 
No i jak do was przemawiają na tym etapie relacje między tą trójką - Aaronem, Idą i Kasjanem :D 

Trzymajcie się ciepło! 

wtorek, 21 listopada 2017

Trochę bełkotu

Cześć! 

Ponieważ na dniach dodam kolejną część bloga, to postanowiłam wystosować do każdego zbłąkanego przybysza kilka słów :D 

Przede wszystkim widzę, dostrzegam i rozumiem, że ten blogowy świat nie ma się teraz najlepiej i nie mam pojęcia, czy to ulegnie zmianie. Akceptuję jednak, że czytelników będzie mniej, a rozdziały będę publikować i tak, bo czemu nie? "Szept ostrza" i tak się pisze, a konieczność publikowania zmusza mnie do nieco bardziej zorganizowanej pracy. Dlatego jeśli ktoś się obawia, że spakuję walizkę i ucieknę, to nope (co jest dosyć zabawne, bo jakiś czas temu ktoś na blogach mi powiedział, że z moim podejściem pewnie szybko zniknę haha). 

To tak w ramach wstępu, a teraz nieco ważniejsza informacja. Planuję w najbliższym czasie nieco poprawić początkowe rozdziały opowiadania. Jak można się domyślić, będzie to zmiana w treści (gdyby chodziło o przecinki, nie zawracałabym gitary, nie?). Jednak nie trzeba się bać, bo mam zamiar to zrobić obok, w ramach podmieniania rozdziałów, a nie ich kasowania. Sama zmiana nie będzie również polegała na rozszerzaniu pewnych wątków, a wręcz przeciwnie. 

Na ten moment "Szept ostrza" to długie opowiadanie i chociaż znajduję się już w środku historii, to wciąż nie na jej końcu i mogę z dystansu spojrzeć na początkowe wydarzenia. Niektóre oczywiście były konieczne, ale inne miały na celu popchnięcie fabuły i myślę, że nie ma sensu tego tak rozwlekać. Tak czy inaczej - zmiany nie przeistoczą znienacka tego, co się wydarzyło, jedynie mogą nieco namieszać w odbiorze. 

Podsumowując - zmiany będą, ale jeśli ktoś dotarł do tego momentu, w ogóle nie musi się tym przejmować ; ) Napisałam po to, żeby nikt się nie zdziwił. 

Oczywiście w międzyczasie będą publikowane kolejne rozdziały, co będzie moim priorytetem (najpierw pisanie, potem poprawa, inaczej nigdy nie skończę). A co nas w tych rozdziałach czeka? 

Jedenastka będzie najprawdopodobniej podzielona na 4 części, ale pojawi się tam dużo, oj dużo informacji. Przede wszystkim wyjdą pierwsze, jeszcze nieco niepoukładane, informacje na temat pochodzenia i przyszłości przełamanego ostrza, które tak poturbowało Aarona. A skoro już zdecydowałam się na jego perspektywę (która nie była łatwa), to od razu wyjdzie więcej historyjek o dzieciństwie jego i Liliany. Jako wisienka na torcie (czy tort smaczny, już ocenicie sami) dużo o Kasjanie i Idzie, przy czym na tym etapie powinno już być jasne kim jest a kim był ten rycerz na czarnym koniu. 

Na koniec rozdziału - ważne imię, ale czyje? 

Mam nadzieję, że wam się spodoba, a na razie ode mnie tyle

Trzymajcie się ciepło w tę ukrytą za maską jesieni ZIMĄ 

; )) 

wtorek, 17 października 2017

Rozdział 10 cz.2

Pierwszego dnia przedzimy, jak zwykli nazywać obecną pogodę, miejscowi zawitali we wsi Stodiuk. Nie było ich wcale tak wielu, ale dość żeby zwracać na siebie uwagę.
Sara widziała ich z daleka i chociaż oczekiwała garstki dzikusów, zastała normalnych, cywilizowanych ludzi. Przynajmniej na pierwszy rzut oka.
Na tle górskiego krajobrazu wyglądali niemal bajecznie. Chociaż pokryte zielenią i bielą wzniesienia już wcześniej wstrzymały jej oddech. Zmęczona oraz sfrustrowana nieustającą jazdą konną  nie potrafiła docenić piękna przed oczami. Po całym dniu odpoczynku uroda otaczającej przyrody zachwycała o wiele bardziej. Nawet jeśli na zewnątrz robiło się coraz chłodniej, a tego dnia na kasztanowe włosy Sary opadło kilka płatków śniegu.
Stała na ganku gospody w towarzystwie kompanów Derwana, których imion nie mogła… albo nie chciała zapamiętać. Wtedy musiałaby uznać, że już nie wróci do zamku… 
Założyła na tę okazję kremową suknię z zielonymi zdobieniami, którą podarowała kobiecie księżna Kasandra. Strój należał do skromnych, ale wystarczająco ciekawych, żeby Sara nie wyglądała jak służąca, którą przecież już nie była. Chociaż nawet bez niej czułaby się jak prawdziwa dama. Po gorącej kąpieli przygotowanej przez gospodynię i porządnym praniu ogarnął ją wyśmienity nastrój. Znalazła nawet chęci, żeby włosy upiąć w nieco bardziej finezyjny kok, a na policzki nałożyć róż.
„Proszę jaka odmiana” skomentował ten wygląd Zygryd, mrugając porozumiewawczo do Derwana. Ten minął ją bez słowa, ale Sara zdążyła przywyknąć. Na ten moment jej stosunek do zachowania męża nazywała obojętnym.
W ich stronę zmierzał cały pochód złożony z kilkunastu jeźdźców i czterech powozów. Grupę prowadził niski, gruby mężczyzna z garbatym nosem. Zaraz za nim jechało jego przeciwieństwo – człowiek niezmiernie wysoki i przeraźliwie chudy. Miał siwe, przerzedzone włosy, pociągłą twarz i skórę tak bladą, że przypominała umarłego. Gdyby nie gruby, ozdobiony kożuchem płaszcz, niewiele odróżniałoby go od oszczepu. Zwłaszcza że minę miał co najmniej nietęgą, jakby wkroczył do krainy smrodu. Jego chłodne spojrzenie spoczęło na Sarze i wtedy zmarszczył nos.
Dziewczyna poczuła, jak jej palce zaczyna pokrywać pot, więc wytarła je szybko o spódnicę.
W pierwszej kolejności Derwan przywitał szczupłego, później skinął grubszemu, by ściskać dłoń każdego przybyłego.
Sara stała, jakby stopy wrosły w  drewniany podest, aż w końcu Zygfryd popchnął ją do przodu i zaprowadził do grupy, która aktualnie wyraziła szczere zainteresowanie Milanem.
– Nigdy nie widziałem gwardii – mówił ten grubszy. – Poza samym Racławem, ale on wtedy był podrostkiem, nie starszym niż ty. Ile właściwie kopiesz?
Milan zmarszczył brwi, nie rozumiejąc pytania.
– Ile masz lat – podpowiedziała mu Sara, kiedy cisza zaczęła wżynać się w kości. Wtedy też została dostrzeżona przez wszystkich przybyszy a ich wzrok wcale nie należał do przyjemnych.
– Szesnaście – odpowiedział sucho Milam.
– Szesnaście ziemnioków? – wyraził zdumienie mężczyzna, a stojący obok niego kompan zwęził usta. – Wyglądasz na wimcyj. Co najmniej osiemnaście ziemniaków, albo i nawet…
Nie zdążył dokończyć. Przerwał mu gromki śmiech chudego. Jego głos odbijał się echem od otoczenia, a po chwili zawtórowali mu pozostali.
Milan wcale nie wyglądał na rozbawionego, co najwyżej skonsternowanego.
– Idź ty z tymi ziemniokami – wycharczał w końcu wysoki mężczyzna, ocierając łzy, które płynęły po jego policzkach. – Tym razem zasłużyłeś na pięć punktów.
– To i tak lepiej niż twój żart, Letor, o ciecierzycy i starej świni – oburzył się towarzysz. – Poza tym, spójrz na jego facjetę. Uważym, że zasłużył na co najmniej osiem punktów.
– Osiem to byś dostał, jakby mój bratanek się zaśmieł. Gdzie on właściwie jest?
– Wita chyba każdego konia, Kaznar – powiedział Zygfryd, szczerząc zęby. – A ta panna, to jego jest. – Poklepał Sarę po głowie.
– Jak jego, to już nie panna – zaśpiewał Letor. – Jak cię zowią, panienko?
– Sara – rzekła, rezygnując z poprawiania ludzi, których przecież nie znała.
– Niezbyt zmyślnie – mruknął.
– Stara trochę – skomentował Kaznar. – Dobrze, że Wichlera jest z nami.
Na całe szczęście z odpowiedzi na te nieprzyjemne uwagi wybawił ją sam Derwan.
– Nie widzę potrzeby, żeby ją tu sprowadzać – rzucił, ciągnąć za sobą białego wierzchowca.
– Nie jestem od potrzeby, tylko powinności – wychrypiała osoba, która do tej pory kryła się za plecami Sary.
Miała potargane, brudne włosy sięgające pasa, w które wplotła mech i gałązki sosen. Jej oczy były malutkie, paciorkowate, pozbawione rzęs, za to z krzaczastymi brwiami. Na prawym policzku widniała blizna, ciągnąca się aż do górnej wargi. Kobiecie brakowało przynajmniej kilku zębów, a pozostałe pożółkły jak u żebraka. Przy tym wszystkim miała tak wielkie łapska, że spokojnie rozgniotłaby w nich garść orzechów. Zgarbione plecy, wykręcona prawa noga i brodawka na czole tylko dopełniały ten przykry obraz.
Sara mimowolnie zrobiła krok w tył.
– Nie ma co uciekać, brzydulko, i tak spędzimy razem wieczór – wycharczała złowieszczo kobieta.
– Nie będziesz grzebać tam, gdzie ci nie zezwolę – powiedział beznamiętnie Derwan, przez co jego ostrzeżenie wcale nie zabrzmiało groźnie.
– Oczywiście, że nie. –  Mrugnęła okiem do Sary, która dopiero wtedy naprawdę obleciał ją strach.
Na całe szczęście cała grupa zaczęła wchodzić do gospody, gdzie czekało na nich jadło. Sara nigdy jeszcze nie przebywała w towarzystwie ludzi tak głośnych. Cisza zapadała jedynie po nieśmiesznych żartach Letora albo Kaznara. Przy tym panowała wśród nich rodzinna atmosfera. Wszyscy nieustannie czuli potrzebę obmacywania każdej rzeczy, która wpadła im w ręce – talerza, świecznika, poduszki czy sukni gospodyni. Sara nie potrafiła do tego przywyknąć, nie w tak krótkim czasie, więc usiadła w kącie, chowając głowę za wielkim dzbanem.
Mogła dostrzec na nim własne odbicie, pełne strachu i niepewności. Widziała mrówkę, którą wrzucono do gniazda termitów. Tylko czekała, aż zostanie pożarta.
– Weź chociaż ty no przedstaw porządnie tę swoją Sarę, a nie cyrki odstawiesz – usłyszała, jak prycha Kaznar, a że straciła ochotę na wszelką zabawę, niemal położyła głowę na stole.
– Jesteś ty pewien, że to ta, co miała być? – zapytał już poważniej Letor.
– Tak – odpowiedział krótko Derwan.
– Jakaś tako mało wyjątkowa…
Nie chciała tego słuchać, więc wyślizgnęła się z gospody. Przystanęła na ganku, ale że ogarnął ją chłód, to ruszyła dalej. W bezruchu zimno uderzało bardziej.
Zajrzała do stajni i wcale nie była zdumiona, kiedy zobaczyła tam Milana.
Chłopak najwyraźniej również skorzystał z dnia wolnego na sprowadzenie odzieży do nienagannego stanu. Jego ciemne płaszcz gwardzisty odzyskał głębię koloru, co dla Milana wydawało się kluczowym punktem zadowolenia. Chociaż na twarzy nie widniał uśmiech, a uwagę w całości skupił na mocowaniu siodła, w tej chwili wyglądał o wiele mniej sztywno niż zazwyczaj.
– Już wyjeżdżasz? – zapytała, ukrywając płaczliwy ton.
Wiedziała, że gwardziści w podróże wyruszają nocą – czasami z konieczności, innym razem nawyku. Przyzwyczajeni do zimna jak również niebezpieczeństw ukrytych w ciemności, wybierali porę, w której trudniej wyśledzić ich ruchy.
– Tak, pożegnałem już Derwana i jego wuja – wyjaśnił krótko, nie przerywając ciągu czynności. – Nie mogę dłużej zwlekać.
– Rozumiem – kiwnęła głową. – Czy jeśli zobaczysz księżniczkę Gaję, prześlesz moje pozdrowienia?
Nie odpowiedział od razu. Najpierw sprawdził umocowanie siodła, poklepał konia po szyi. Dopiero potem podszedł do niej i złożył rycerski ukłon, tak zgodny z etykietą, że Sara nie potrafiła powstrzymać uśmiechu.
– Oczywiście – powiedział.
– Dziękuję. Szczęśliwej podróży, Milanie.
Pocałował jej rękę, ostatni raz skinął głową i wyprowadził konia ze stajni, zostawiając kobietę całkiem samą.
Długo stała jak zaczarowana. Nikt nigdy nie potraktował Sary z takim szacunkiem.  Nawet jeśli nie spadła na nią krzywda w zamku, to żaden rycerz ani dworzanin nie kiwnął, nie pomachał, nie wspominając już o ukłonie. Widziała oczywiście takie zachowanie w stosunku do dam, ale ona należała do służby.
Teraz to uległo zmianie. Z tym, że jedyny rycerz, który poprawiał jej humor właśnie odjechał, pozostawiając po sobie jedynie kurz.
Chciała zostać w stajni. Zaryglować drzwi, zakopać się pod sianem, koczować do wiosny. Chciała, ale tego nie zrobiła. Palce u stóp zdrętwiały od zimna, dłonie zaczęły dygotać. Zaciskając zęby, wróciła do gospody, ale wśród pijanych mężczyzn nie widziała Derwana ani jego wuja czy chociażby Kaznara, którego pozycji nie potrafiła ocenić. Usłyszała kilka sprośnych żartów na temat jej urody, dlatego uciekła na piętro, gdzie mieściła była sypialnia. Zanim dotarła do drzwi, uwagę kobiety przykuł gromki śmiech wydobywający się z jednego z pomieszczeń.
– Starsze od niej rodzom dzieci – usłyszała i zamarła.
– Nie po to ją tu sprowadziłem – rozpoznała bezbarwny głos Derwana i policzki jej pociemniały bo doskonale wiedziała, o kim rozmawiają.
– Bla bla bla, przestań tak zgrzecić – dorzucił złośliwie Zygryd, który najwyraźniej towarzyszył mężczyznom. – W małżeństwie występuje albo to albo plotki, że jesteś fajfusem.
– Nie int…
– Interesują cię plotki – dokończył za niego. – Ciebie nic nie interesuje. Każdy normalny by ją przeciągnął z samej ciekawości, bo mu wolno. A ty czekasz na polecenie od wuja. Masz w ogóle, co w nią włożyć?
– Opanuj że nerwy, Zygfrydzie – polecił mu Lotar.
– Wybacz, ojcze. Nie rozumiem mego kuzyna. Ta Sara musi mieć coś w sobie, skoro król…
– Zygrydzie!
Wcale nie chciała słuchać, jak rozmawiają o niej jak o niedawno zakupionym bydle. Obietnica złożona Kasandrze była jedynym, co zatrzymało ją w miejscu.
– O jego wysokości pomówimy w Katul – rzucił nieprzejęty Derwan.
– Doskonały pomysł. Lepij opowiem ci, Zygfrydzue, co ostatnio zrobił twój syn.
– Ta zaraza? Co znowu? Ostatnio…
Usłyszała kroki na schodach, więc wycofała się wgłęb korytarza. Zanim zdążył przeskoczyć za kotarę przysłaniającą okno, dostrzegła ją córka gospodyni – młoda dziewczyna o nazbyt delikatnej urodzie i cichym głosie.
– Pani Saro – powitała kobietę po raz szósty tego dnia. W rękach trzymała misę z ciepłą wodą, z której ciężarem ledwo sobie radziła.
– Pomogę ci – zaproponowała nerwowo Sara. –  Gdzie to niesiesz, he?
– Ja… do pani sypialni, pani Saro.
– Co?
Patrzyła w oczy dziewczyny, ale nie znalazła tam nic poza niewinnością. Dlatego złapała za drugą rączkę misy i zaczęła ciągnąć ją w stronę pomieszczenia, które zajmowała od kliku dni. Miała o wiele więcej siły niż dziewczyna, która ledwie dotrzymywała jej kroku.
Wniosły misę do sypialni i postawiły ją koło łoża. Pozornie wszystko wyglądało tak jak wcześniej. Pościel idealnie usłana, ciężkie zasłony zakrywające światło księżyca, miedziany świecznik….
Pozornie, bo kiedy odwróciła się w stronę drzwi, te zostały zamknięte z donośnym trzaskiem.
– Dobrze, że już dotarłaś – wycharczała Wichlera, oblizując wargi. Przez ciało Sary przeszedł dreszcz, ale nie cofnęła się. Zgarnęła jedynie córkę gospodyni za plecy.
– Co robisz w mojej komnacie? – zapytała i chociaż chciała zabrzmieć karcąco, w swoim głosie wyczuła strach.
– Jestem medykiem, nakazano mi sprawdzić twoją przydatność. To, że jesteś taka brzydka, nie oznacza od razu, że do niczego cię nie wykorzystają.
– Jak śmiesz!
– Wszystko za zgodą panującego. Twojego męża też, więc skończ te twoje oburzenia wieśniaczko. Młodzinka potwierdzi.
Sara spojrzała ze złością na dziewczynę, jakby ta miała wziąć odpowiedzialność za to, co właśnie ją spotkało.
– Pan Lotar kazał czynić przygotowania – wymamlała, pochylając głowę.
– Przygotowania do czego? – wyszeptała słabo Sara, czując, jak świat nagle zaczyna wirować i tonąć jednocześnie. Nie jadła zbyt wiele, ale nagle wszystko jej ciążyło i powróciło do przełyku.
Wichlera nie odpowiedziała. Jedynie wyszczerzyła wybrakowane zęby, by rzucić na blat stołu komplet blaszanych narzędzi, które Sara widziała pierwszy raz w życiu.
– Co to za spojrzenia? – rzuciła ironicznie. – Większe rzeczy z was jeszcze wyjdą.
Sara nic nie słyszała. Widziała jedynie gruby sznur, który Wichlera owinęła wokół wielkiej łapy.
Musiała uciekać, choćby przez okno.
Zanim zrobiła krok, została rzucona na łóżko przez o wiele silniejszą kobietę. Wierzgała nogami ja dzika. Chciała krzyczeć, ale córka gospodyni włożyła jej w usta białą chustkę, przez co Sara niemal zakrztusiła się własną śliną. Tę słabość wykorzystała Wichlera i przywiązała jej ręce do haka nad łożem.
– Wszystko będzie dobrze – wyszeptała do niej dziewczyna. – Każda kobieta przez to przechodzi. To nawet nie boli.
Nie uwierzyła… ale jej wiara nie była warta nawet sznura, który oplatał jej nadgarstki.
Miała tylko nadzieję, że straci przytomność, zanim Wichlera zacznie swoje zabiegi.
Nie straciła.


***


Kiedy wrócili do głównej sali w gospodzie, większość mężczyzn ledwo stała na nogach. Kilka okazów spało pod stołem, inni śpiewali do talerza, jeden urządzał dzikie tańce przy barze. Lotar zamlaskał z niesmakiem, a jego syn wywrócił oczami. Jedynie Derwan wyglądał na nieporuszonego. Podszedł do najbardziej trzeźwego i zapytał:
– Gdzie jest Sara?
Dopiero wtedy Lotar dostrzegł, że kobiety nie było wśród obecnych.
– Pewnie poszła odpocząć – skłamał, chociaż prawda powinna być dla Derwana jasna i oczywista. Lotar uważał, że pytanie bratanka o zgodę w tej kwestii to aż nadto. Nie widział sensu mieszano go w sprawy, które i tak powinny pozostać między kobietami. Zwłaszcza, że ten i tak nie kwestionował niczego, co mu polecono.
Dlaczego w takim razie obleciał go strach?
Derwan nie zadał dodatkowych pytań. Opuścił ich towarzystwo i poszedł na piętro.
Zygfryd wzruszył ramionami i sięgnął po dzban piwa, ale Lotar stał w miejscu. Czekał. Przewidywał najgorsze, ale liczył na spokojniejszą naturę mężczyzny. Nawet jeśli od urodzenia był „inny”.
Derwan zszedł na dół z dokładnie takim samym wyrazem twarzy jak przez cały dzień. Jednak to nigdy nie wyrażało jego nastroju. To, że minął ich bez słowa, o wiele bardziej.
Zygfryd ruszył krokiem kuzyna, ale Lotar zamiast tego przeszedł na drugi poziom gospody.
Na długim korytarzu zobaczył klęczącą na ziemi Wichlerę. Rękawy sukni miała podwinięte aż po łokcie, a dłonie i przedramiona pokrywała krew. Jednak nie to oszołomiło Lotara. W szeroko otwartych oczach kobiety zobaczył grozę. Z trudem łapała oddech, trzymając rękę na sercu. Przy tym wszystkim gadała do siebie w południowym języku, którego mężczyzna nie rozumiał.
– Niesamowite – wycharczała w końcu, wciąż nie mogąc podnieść się z podłogi.
– Co jest niesamowite? – Lotar przerwał jej przerażający amok.
– NIC! – wrzasnęła nagle. – Nic, nic – powtórzyła o wiele ciszej. – Nic, nic, nic – zaśpiewała po raz kolejny.
– Skąd tyle krwi, zranił cię? – zapytał z troską, wyciągając rękę, by pomóc kobiecie wstać.
– To jego wina! – wrzasnęła. – Jakby spełniał swoje obowiązki, to by się z niej tyle nie ulewało.
– Słucham? – wybełkotał, odrzucając myśli, które napłynęły do jego głowy.
– Nic – wycedziła złowieszczo, a potem powtórzyła – Nic, nic, nic, nic, nic…
… nic…
Z nieba zaczął padać zimny deszcz, kiedy Derwan schował do pochwy przełamany miecz. Czuł na twarzy zgniłe krople, ale nie zatrzymał się, dopóki jej nie znalazł.
Widział, jak wymiotuje odgarniając mokre włosy. Kiedy go zobaczyła, spróbowała wstać, ale opuściły ją siły i upadła wprost w cuchnącą wydzielinę.
– Odejdź – kwiliła żałośnie, ale to go nie powstrzymało. Derwan złapał Sarę pod kolanami i plecami, by podnieść ją z mokrej ziemi. Patrzył przed siebie, trzymając na rękach te kupkę nieszczęścia, która łkała mu w ramię, wbijając paznokcie w szyję.
– Zniszczyła mi suknie – wychrypiała.
– Dostaniesz drugą – powiedział.
– Nie chcę! – jęknęła. – To prezent od księżnej, mój własny.
– Dostaniesz drugą w prezencie i na własność. Taką samą.
– W stolicy nie robią takich rzeczy. Nikt mi nie powiedział…
Wniósł ją do gospody, później do sypialni, w której spał razem z Zerandem.
– Wynocha – rzucił krótko do śpiącego mężczyzny, a ten wstał jak rażony piorunem i bez ociągania wywlókł się z pomieszczenia.
Położył Sarę na niewielkim łóżku.
– Nie chcę tego więcej widzieć – szepnęła.
Pomógł jej zrzucić ubranie, a ona nie czuła ani grama wstydu. Rozżalenie ogarnęło ją do tego stopnia, że nie dostrzegała niczego złego w nagości, śladach krwi, niedoskonałościach skóry. Kiedy dotknął uda, mimowolnie zadrżała. Wciąż zmagała się z bólem. Jednak w jego ruchach nie było niczego intymnego. Zmył z niej najbardziej widoczny brud wilgotną ścierką, przykrył ciepłą pierzyną.
– Dlaczego to robisz? – zapytała, wcale nie oczekując odpowiedzi. – Poślubiłeś obcą osobę, bez pozycji, szczególnych zdolności czy urody. Nawet mnie nie lubisz, nigdy ze mną nie rozmawiasz, nie chcesz mnie jako kobiety. Nie sądzę nawet, byś czegoś ode mnie oczekiwał. Po cóż? To jakaś polityka, której głupia służąca i tak nie zrozumie?
Powiedziała to wszystko na wydechu i pod koniec zabrakło jej tchu.
– Wiem, i tak będziesz milczał. Nawet nie udajesz, że jestem w tym wszystkim istotna i dziękuję ci za to… ale jeśli któryś z twoich kompanów znowu nazwie mnie brzydulą…
Nie wiedziała, co mogłaby zrobić. Nie miała nikogo, kto by się za nią wstawił. Nie dysponowała siłą, dzięki której mogła wygrać.
– Nie jestem taka okropna – mówiła dalej, bo kiedy wypełniała cisze brzmieniem własnego głosu, czuła się bezpieczniej. – Może nie przyszłam na świat jako ślicznotka, którą kąpano w mleku. Nie mam nastu lat, pięknego ciała, błyszczących włosów, delikatnych dłoni, niczego… ale nie jestem taka okropna.

– Nie jesteś – powiedział w końcu, przerywając jej monolog. – Nie jesteś i nigdy nie będziesz tak okropna jak świat, na który patrzę. 

***

Widzę, że w ostatnim czasie świat blogów nieco przysnął, dlatego wrzucam kolejny rozdział, żeby się nie stać częścią tej ogólnej śpiączki ;p 

Ciekawi mnie, co teraz myślicie o Sarze i Derwanie, kiedy mogłam w spokoju dokończyć o nich rozdział. Huhu, ciekawe czy będą z tego dzieci, taki z niego romantyczny typ ;d

Następny rozdział to Kasjan, Ida i Aaron, więc będzie krok do przodu, jeśli chodzi o tajemnicę przełamanego ostrza. 

Trzymajcie się ciepło w tym zimnym miesiącu!  

sobota, 23 września 2017

Zmiany we wszechświecie

Cześć wam! 

Jak pewnie już się zorientowaliście (trudno tego uniknąć haha), na blogu pojawiło się sporo zmian i oto wam je rozpiszę krótko, żeby nikt się nie pogubił. 

Na początku składam serdecznie podziękowania dla Wolfias z Bajkowych Szablonów, która wykonała tę cudną grafikę. 
Mam nadzieję, że wszystkim się podoba, bo zostaje haha 

Poza tym wprowadziłam zmiany na podstronach, z nowych rzeczy to napisałam "Kilka słów o autorze", przed czym wzbraniałam się od samego początku. Głupio mi o sobie pisać, ale ja bardzo lubię takie "dodatki" na innych blogach, więc musiałam w końcu się przełamać. Tak czy inaczej można się dowiedzieć o mnie więcej, na własną odpowiedzialność. 

Nową podstroną jest również "Dla czytelnika", gdzie będę zamieszczać pewne skrótowe informacje dotyczące treści opowiadania (na ten moment wiek kilku postaci, żeby się już nie mieszało). Można tam zarzucać mnie pytaniami, bo odpisuję zawsze z radością, tak samo jak dzielić się opiniami, spostrzeżeniami i więcej. Tak naprawdę można tam pisać o wszystkim, o ile dotyczy to "Szeptu ostrza", bo na reklamy i inne tego typu jest odpowiednie miejsce. 

Reszta na podstronach to raczej poprawy kosmetyczne. 

Ach, dodałam jeszcze ankietę, która jest o tyle ważna, że pokaże mi, ile są warte te dzikie statystki haha. Tak szczerze, to zawsze wychodzę z założenia, że opowiadanie ma tyle czytelników ile komentarzy, ale nic nie szkodzi zobaczyć, czy te dziwne liczby to "jestem i znikam" czy mam przed sobą niezbadany szyfr, którego rozwiązanie otworzy wszystkie sejfy. 

Tak czy inaczej zachęcam do zaznaczania odpowiedzi, bo to jest anonimowe, nie ma żadnych zobowiązań, a uważam, że ankiety są zabawne. 

No nic, chyba tyle 
Niech moc będzie z wami! 

sobota, 16 września 2017

Rozdział 10 cz. 1


DERWAN
Stała sztywno jak kłoda, wbijając spojrzenie w okno, a tak naprawdę nie dostrzegając nic. Przez długi czas nie potrafiła ruszyć żadną częścią ciała, zupełnie jakby zamarzła. Marianna spoglądała na nią z niepokojem, co chwilę poprawiając suknię, która i tak prezentowała się nienagannie.
Kasandra jeszcze nigdy w swoim życiu nie była tak wściekła… chociaż to słowo nijak nie oddawało stanu, w którym obecnie tkwiła. Zimna furia to wciąż za mało… albo po prostu niewłaściwie. Właśnie dlatego potrafiła zapanować nad mięśniami i po prostu nie zrobić nic.
– Marianno – powiedziała do córki, kiedy już poskładała myśli. – Przyprowadź do mnie Sarę. Pilnuj, żeby nikt was nie zatrzymał. Powiedz również Kostylii, żeby przyszła tu posprzątać.
– Posprzątać? – zdziwiła się dziewczyna, patrząc na uporządkowane pomieszczenie.
– Właśnie tak.
Córka wyszła pospiesznie z komnaty i dopiero wtedy Kasandra pozwoliła sobie usiąść w fotelu. Zacisnęła górne zęby na wardze, omal jej nie przegryzając, ale to wciąż nie było dość. Zwłaszcza kiedy w polu widzenia znalazła się ta koperta.
Podeszła do stolika, na którym leżał nieszczęsny list i poczuła, jak jej dłonie zaczynają drżeć.
Wzięła głęboki wdech, przymykając powieki. To w założeniu miało uspokoić jej nerwy. Była pewna, że poskutkowało. Chciała zabrać kopertę z tak widocznego miejsca, by schować ją do szuflady. Zamiast tego złapała za róg blatu i z nietypową dla siebie siłą przewróciła go na ziemię. Wazon, który zdobił mebel, został rozbity na kilka części, a kwiaty rozsypały się na posadzce.
Odetchnęła głęboko, ale w niczym jej to nie pomogło.
Chwyciła za nogę taboretu i rzuciła nim o ścianę. Głośny trzask był jak miód na jej uszy.
Przeszła po rozbitym wazonie, żeby wziąć za kolejną rzecz, na której mogła wyładować frustrację.
Niszczyła wszystko, co wpadło w ręce, dysząc wściekle. Komnata powoli zamieniała się w pobojowisko, nie oszczędziła przedmiotów cennych ani tych drobnych. Kiedy nie dostrzegła już nic, co dałaby radę podnieść, opadła na dywan i zacisnęła palce na jego krawędzi.
Była roztrzęsiona. Jak małolata. Wiedziała, że prezentuje co najmniej żałosny obraz przyszłej królowej. Niemal zawsze trzymała nerwy na wodzy, bo złością jeszcze nikt nic w zamku nie uzyskał. Tylko że teraz nie miała pojęcia, jak wymazać z jej świadomości wiadomość o nadchodzącym nieszczęściu. Teściowa by poklepała ją po plecach, matka wyśmiała, bo w końcu jaki wpływ na losy królestwa miał krótki epizod w życiu Dymitra.
Tylko że w tym momencie Kasandry nie obchodziło nic poza jej własną dumą.
– Jeszcze zobaczysz… ty głupku…
Zamilkła, kiedy usłyszała pukanie do drzwi.
Jednak o wiele za dużo czasu zajęło jej zbieranie myśli. Wciąż czuła kołatanie w klatce piersiowej, szczękę miała zaciśniętą, a myśli przeładowane ostatnimi wydarzeniami. Lekko otępiała próbowała doprowadzić siebie i otoczenie do porządku. Ustawiła kilka poprzewracanych przedmiotów, poprawiła fryzurę…
Nie sądziła, że aż tak ją poniesie.
– Pani, to ja, Kostylia – usłyszała kobiecy głos za drzwiami.
Odetchnęła z ulgą. Nie miała sił, żeby składać wyjaśnienia komukolwiek, a jej na pewno nie musiała.
– Możesz wejść.
Kiedy drobna brunetka zamknęła za sobą drzwi, jej twarz zastygła w zdumieniu. Dopiero po chwili otrząsnęła się i bez zbędnych komentarzy zaczęła sprzątać. Zbierała połamane przedmioty, odkładając je w róg pomieszczenia. Te nieuszkodzone odkładała w miarę możliwości na miejsce. Poprawiła dywan, jedną zasłonę, postawiła fotel. Kasandra przez długą chwilę stała w bezruchu, z zamkniętymi oczami. Wkrótce zaczęła ogarniać wnętrze wraz z Kostylią, a przynajmniej próbowała, dopóki służka nie zatrzymała jej z nieuzasadnionym przestrachem.
– Ależ pani, to nie przystoi – wyjąkała.
– Muszę zając czymś ręce – odparła krótko, podnosząc z ziemi pęknięty świecznik.
– W pani stanie…
– Nie jestem w żadnym stanie, Kostylio – powiedziała, zanim dziewczyna powiedziała coś, co mogło przynieść kolejną katastrofę. – To plotki. – Zgrabnie ukryła w głosie zdenerwowanie, chociaż czuła gorycz, której nie uleczyło nawet zdemolowanie wnętrza komnaty.
– Przepraszam, pani.
Kostylia drżała, tak jak dłonie Kasandry, jednak księżna nie była zła. Położyła rękę na jej przedramieniu i powiedziała wyrozumiale:
– Nie musisz się niczego obawiać. Po prostu lepiej dla własnego dobra nie słuchaj wszystkiego, co wokół ciebie mówią.
Nie było to do końca zgodne z jej przekonaniami. Kasandra zawsze uważała, że w zamku lepiej mieć uszy i oczy szeroko otwarte… a usta zasznurowane. Jednak Kostylia wciąż należała do osób zbyt młodych, żeby dostrzec subtelne różnice między prawdą a kłamstwem.
Kasandra nabyła tę zdolność na krótki czas przed ślubem. Jednak ta, jak potem wyszło na jaw, na niewiele się zdała. Jakby już i tak nie miała dość problemów z tym całym Derwanem, który siłą odebrał jej Sarę! Teraz jeszcze doszła sprawa z Dymitrem…
Królowa Aurora twierdziła, że to kwestia czasu. Taki los kobiet, muszą cierpliwie znosić wyskoki mężczyzn. Romanse to nawet nie zdrada, bo nałożnica zawsze pozostanie tylko fizyczną przygodą.
Mimo to Kasandra naiwnie sądziła, że Dymitr oszczędzi jej tego upokorzenia.
… już ona mu pokaże.
Jemu i wszystkim, bo Dymitr należał do niej i Kasandra nie miała zamiaru się z nikim dzielić.
Znajdzie sposób.
Zawsze znajduje...

Marianna wróciła z Sarą jeszcze zanim pomieszczenie zostało w pełni uporządkowane. Jednak były to osoby, do których Kasandra miała  bezwzględne zaufanie. Gdyby zjawiła się teściowa, pewnie musiałaby udawać, że wyszła na spacer.
Jej córka wciąż sprawiała wrażenie poddenerwowanej, ale Sara… ona była w pełni spokojna.
Dziewczyna niedawno skończyła dwadzieścia pięć lat. Uznawano ją za dość młodą, żeby budzić ciekawość mężczyzn, ale za starą na ślub. Większość służących nigdy nie wychodziła za mąż, ewentualnie przyjmowano do pracy wdowy. Niektóre z nich narzekały, marząc o wielkiej miłości, nie wiedząc, że włożenie na palec obrączki nie miało z nią nic wspólnego.
Sara była inna. Ambicje młodej kobiety sięgały dalej niż do łoża byle jakiego mężczyzny. Przyszła na świat w małej wsi jako córka biednego gospodarza. Kogo mogli zaproponować jej rodzice? Przecież nie księcia z bajki.
Przybyła do zamku na zaproszenie księżnej Kasandry, która poznała ją przejeżdżając przez jej rodzinne ziemie. Tereny, które zresztą nie należały do rodziny Sary. Ojciec, a po jego śmierci ojczym, dzierżawił pola od bogatszego pana.
W stolicy Sara wyładniała. Kasztanowe włosy nabrały blasku, blada twarz delikatności, a w szarych oczach zabłysnęła nadzieja. W krótkim czasie zdobyła zaufanie Kasandry. Była oddana, miała dobre serce, ale przy tym wszystkim nie dawała sobą manipulować. Tylko odzywki stosowała często wiejskie, ale to Kasandra potrafiła wybaczyć. Zwłaszcza, że z biegiem lat takie zwroty stosowała coraz rzadziej.
Dlatego nie chciała Sary nikomu oddawać, a już zwłaszcza komuś tak podejrzanemu jak Derwan.
Cóż… Flora i jej bękart będą musieli poczekać.
– Widziałaś go już? – zapytała.
Kostylia, dostrzegając napiętą atmosferę, pozbierała rzeczy i pobiegła do wyjścia, ale Marianna ją zatrzymała.
– Nie, pani – rzekła Sara.
– Zostań – Kasandra zwróciła się bezpośrednio do Kostylii. – Taka nauka życia dobrze na ciebie wpłynie.
Młoda służąca nie należała do szczególnie obytych, ale cechowała ją zdolność szybkiego przyswajania informacji. Nie miała niepokojących skłonności do plotkarstwa, więc Kasandra postanowiła powoli ją wprowadzać.
Marianna podprowadziła dziewczynę bliżej kobiet, kiedy księżna usiadła w fotelu.
– Pewnie go nie poznasz aż do jutrzejszej ceremonii – rzuciła do Sary, która nie dała po sobie poznać rozczarowania. – Ale Kostylia ponoć go mijała, czy nie tak?
– Ja… – Służąca zadrżała, zszokowana uwagą Kasandry. – Tak, to prawda – zdecydowała w końcu powiedzieć, kiedy jej twarz pokrył rumieniec.
– Opowiedz coś o nim – rozkazała Kasandra i chociaż jej głos nie brzmiał napastliwie, to Kostylia poczuła się jak na egzaminie.
– To mężczyzna przed trzydziestym rokiem życia, nie wyróżnia go uroda, chociaż wydaje się taki… – nie potrafiła dokończyć. Gdyby użyła słowa „tajemniczy”, wyszłaby na nierozgarniętą dziewuchę. Nazwanie go pociągającym wywołałoby negatywne wrażenie, skoro już wkrótce miał należeć do Sary. Z tym że określenie go przystojnym mijałoby się w prawdą.
– Nie można mu ufać – wtrąciła Marianna. – To krewny wygnańca ze Słonecznej Doliny, coś ukrywa, prawie zawsze milczy, a mieszka na dnie kraju.
Sara skrzywiła się nieznacznie, trzymając w uścisku zasłonę, przy której stała.
– Wiesz, że możesz odmówić, Saro – powiedziała jej Kasandra.
– Wtedy popadnę w niełaskę króla – odparła kobieta. – Ale jeśli zechcesz, żebym tak uczyniła, pani, nie będę się wahać.
– Bynajmniej. Gdybym to ja tkwiła teraz na twoim miejscu, z pewnością powiedziałabym „tak”. – Zrobiła pauzę, ale ciszy nie przerwała ani Sara ani Marianna. – Przybył tutaj tylko po to, żeby spełnić obietnicę? Nigdy w to nie uwierzę! – prychnęła. – Ze wszystkich kobiet w tym państwie, zażyczył sobie akurat ciebie, Saro. Nie wiem, dlaczego, ale nie uzyskam tej wiedzy, jeśli on nie zabierze tego, po co tu przyjechał.
– Chcesz, żebym odkryła jego zamiary, pani? – zapytała Sara, spoglądając na Kostylię, która próbowała zlać się ze ścianą.
– Jako żona, będziesz musiała pozostać wierna mężowi.
– Doskonale to rozumiem – powiedziała zgodnie z prawdą. W końcu lata w towarzystwie Kasandry musiały ją czegoś nauczyć. W tym wypadku Sara wiedziała, że wierność można rozumieć na wiele sposobów. Księżna przecież nigdy nie zadziałałaby na szkodę następcy tronu… ale potrafiła zagrać mu na nosie. Dla jego dobra.
Nie musiała nic więcej mówić. Księżna kiwnęła krótko głową, nie spuszczając wzroku z kobiety, która towarzyszyła jej od wielu lat. Już wkrótce miała ją stracić, najpewniej na zawsze. 
– Kostylio. – Kasandra przemówiła bezpośrednio do młodej służki.  Dopilnuj, żeby ta kompania, która ma odebrać Derwana za dwa dni, została odpowiednio przywitana.
Jeśli przekazane jej informacje nie mijały się z prawdą, tajemniczy mężczyzna powróci na ziemie wraz z żoną i kilkoma południowcami. Należało zrobić pierwszy krok, żeby dotrzeć do prawdy... a jeśli nawet Derwan potrafił trzymać język za zębami, to w jego kompanii z pewnością odnajdą jakiegoś durnia. 
– Ja? – wyjąkała Kostylia. – Co miałabym robić jako służąca? 
– Chodź ze mną – Sara chwyciła dziewczynę za ramię i pociągnęła do wyjścia, kłaniając się po drodze księżnej i Mariannie.

Kasandra odprowadziła ją spojrzeniem, chociaż kasztanowy odcień włosów Sary stał się dla niej nagle jakby bardziej wyrazisty.

***


Milan chciał opuścić zamek jak najszybciej, to jedyne, co wiedział. Myśli o konieczności błądziły po jego głowie i nie chciały odpuścić. Nawet kiedy uczestniczył w królewskiej biesiadzie, co jeszcze kilka dni temu naładowałoby go ekscytacją. Teraz czuł jedynie zniecierpliwienie.
Król Sambor postanowił wykorzystać okazję i ze ślubu Derwana uczynić huczne przyjęcie, mimo że sama ceremonia wyglądała nader skromnie. Milan nie wierzył w czyste intencje poznanego rzekomego bohatera, ale i te od czasu tajemniczego snu nieszczególnie go interesowały. Nawet jeśli powinny, bo król zobowiązał dwójkę gwardzistów do uczestnictwa w weselu, to Milan myślami już spacerował po Zalesiu. Wybranka Derwana nie przyciągnęła jego uwagi. Nie była ani brzydka ani ładna… po prostu żadna. Czy mężowi się spodobała trudno określić, bo wyraz twarzy mężczyzny pozostał nieodgadniony.
Dopiero następnego dnia pozwolił sobie na zadanie spędzającego mu sen z powiek pytania swojemu kapitanowi. Chociaż odpowiedź przewidział już wcześniej.
– Nie ma mowy – odparła na propozycję wyjazdu w rodzinne strony. – Co ty sobie w ogóle wyobrażasz? Nie i koniec tematu.
Nie czuł ani grama zaskoczenia, bo niby dlaczego miałaby mu pozwolić na rozdzielenie z drużyną, skoro wciąż wykonywali razem zadanie.
Rozważał dezercję, chociaż doskonale wiedział, że nigdy się na to nie odważy. Być może Mildred by zrozumiała wagę tego, co chciał zrobić, gdyby zechciał wyjaśnić. Milan postanowił uniknąć ryzyka, więc ograniczył tłumaczenie do kilku ogólników. Kapitan nie była głupia, nie uwierzyła mu.
– Jutro wracamy do Lagary. Zdobyte informacje przekażemy dowódcy razem ze słowami króla. Prywatę pozostaw do czasu, aż dostaniesz przepustkę na wyjazd rodzinny.
–  Obawiam się, że będziecie musieli zmienić plany, szanowni rycerze – przemówił do nich królewski doradca, który najwyraźniej przeniknął do nich przez ścianę. Mężczyzna wyglądał jak mag, co wywołało u Milana niechęć. Na kciuku nosił pierścień podkreślający status, poza tym wyglądał jak czarnoksiężnik z bajek dla dzieci.
Nie wiedział, co go bardziej wytrąciło z równowagi. Fakt że ten człowiek podsłuchiwał ich rozmowę czy może to, że w nią bezceremonialnie wtargnął. Chociaż gdyby poważnie to przemyślał, najbardziej zirytował go on sam, bo nie dostrzegł obecności intruza. 
– Wielki Hentel – powitała go Mildred, a Milan nie mógł wyjść z podziwu dla jej znajomości ludzi na dworze. W zamku przebywała nie częściej niż inni gwardziści, mimo to wiedzę miała o wiele obszerniejszą.
– Jego wysokość Sambor Pierwszy życzy sobie, aby Milan syn Rubena z Zalesia towarzyszył Derwanowi synowi Awrama z Południowego Szlaku w jego podróży do rodzinnych terenów wraz z wybranką Sarą oraz jego kompanią, która przybyła dzisiejszego ranka – przemówił na jednym wydechu i wcale nie wyglądał na zdyszanego. – Następnie ma powrócić do stolicy z wybranym rycerzem Gwardii Królewskiej, który do niego dołączy w czasie drogi powrotnej, podczas gdy ty, szanowny rycerzu Mildred, przekażesz wieści od króla bezpośrednio drugiemu dowódcy, a następnie wraz z wyznaczoną przez niego grupą dołączysz do przeszukania na Słonecznej Dolinie.
Po tych słowach zapadła cisza. Zarówno Milan jak i Mildred stali zszokowani, bo takiego scenariusza nie mogli przewidzieć.
– Tutaj mam żelazny list dla Milana syna Rubena. – Doradca wręczył mu brązową kopertę z królewską pieczęcią, a on nie potrafił wydobyć z siebie głosu.
– Czy nie rozsądniej zawrócić Milana do Lagary, gdzie drugi dowódca wyznaczy orszak dla Derwana? – wtrąciła chłodno Mildred.
– Taka wola króla. – Doradca westchnął teatralnie. – Szanowny Derwan wyrusza przed południem, masz więc czas Milanie synie Rubena przygotować się do kilkunastodniowej podróży,
– Kilkanaście dni? – prychnęła Mildred. – Akurat! Z panną będą się wlec przez co najmniej miesiąc.
Doradca posłał jej fałszywy uśmiech, ale nie skomentował tej uwagi.
– Ty, szanowna Mildred, powinnaś wyruszyć natychmiast.
– Tak też uczynię – powiedziała wystarczająco głośno, żeby doradca zrobił krok w tył. – Możesz już odejść. Chyba że masz dla nas kolejne informacje. Nie chcemy tracić twego cennego czasu, wielki Hentelu.
Mężczyzna skinął im głową, po czym oddalił się równie bezszelestnie, jak przybył. Dopiero kiedy całkowicie zniknął im z oczu, Mildred zaklęła głośno. Nie tłumaczyła, jak miała w zwyczaju. Nie musiała. Milan wiedział, w jakim bałaganie teraz utonęli.
To żadna nowość, że zmieniono im plany. Tylko że rozdzielaniem składu zajmował się dowódca, a nie król. Ten nawet nie do końca rozumiał ideę formacji gwardii. Sambor był wielkim wojownikiem, ale sprawy Lagary powierzył synowi. Dzisiejszy rozkaz mógł należeć do kaprysów, ale równie dobrze pasował do wielkiej szansy… albo przepaści.
Z tym, że cokolwiek o tym myśleli, to straciło znaczenie, zanim je zyskało. Decyzja została podjęta, a oni nie mieli prawa sprzeciwu.
Milan był już spakowany i gotowy do drogi, ale musiał skompletować dodatkowe wyposażenie w razie dłuższej podróży. Nie miał pojęcia, jak daleko mieszkał Derwan ani którą trasę wybiorą. Właściwie nie wiedział też nic o towarzyszach tego człowieka, którzy z pewnością będą mieli znaczący wpływ na jakość wyprawy. Dobrze zorganizowana grupa zapewniała szybkie poruszanie, właśnie do takiego stylu przywykł Milan w gwardii. Leniwa zgraja przeciągała wszystko nawet kilkakrotnie.
Jednak nie perspektywa wyjazdu z obcymi tak go denerwowała. Przede wszystkim, nawet po przeczytaniu listu, nie wiedział, w jakim celu miał wyruszyć. Nie sądził, żeby przydał się komukolwiek jako wsparcie, a do przekazania wiadomości wystarczał posłaniec.
Zapewne cel zadania pozna później…

… albo wcale.


***


Z grupą Derwana spotkał się dokładnie przed południem, z miną wyrażającą czyste niezadowolenie.
Nie lubił Mildred, jak większości zarozumiałych, agresywnych kobiet, ale ona należała do gwardii. Jej towarzystwo dawało mu poczucie bezpieczeństwa, panującego porządku. Teraz miał spędzić wiele tygodni z człowiekiem, którego ledwo poznał i któremu nie ufał.
Kompania Derwana składała się z ośmiu mężczyzn równie bezbarwnych jak on sam. Wszyscy mieli ciemne włosy, nijakie rysy twarzy i przeciętną budowę. Kiedy powitali Milana, nie odróżniał nawet ich barwy głosu. Dlatego mimo wysiłku nie potrafił ich zapamiętać, dla niego byli po prostu druhami Derwana i nic ponad to.
Jeśli coś w ogóle zwróciło jego uwagę, to fakt że żaden z mężczyzn w stosunku do przywódcy nie trzymał się etykiety. Klepali Derwana po plecach, żartowali z niego, gratulowali, a on nie odwzajemnił ich braterskich gestów. Czekał. Tuż za nim stała jego nowa małżonka, ubrana w gustowny strój podróżny.
Milan musiałby skłamać, gdyby chciał stwierdzić, że w ogóle nie interesowała go Sara. Nie jako kobieta, ale bardziej element niepasujący do obrazka.
I wzajemnie.
Sara dostrzegła Milana już na ślubie, bo rycerze gwardii budzili zainteresowanie wszystkich na dworze. Znajdowała się wtedy w stanie otępienia, więc szybko o nim zapomniała. Dzisiaj zobaczyła go ponownie i zmarszczyła brwi.
– Pojedziesz z Edmundem – powiedział do niej Derwan. – Ma podwójne siodło.
Sara odwróciła się w stronę łysego mężczyzny o nieco głupkowatym uśmiechu i sposępniała jeszcze bardziej.
– Księżna Kasandra obiecała przyprowadzić powóz – wyrzuciła niepewnie, patrząc, jak jej mąż mocuje wszystkie drobiazgi przy koniu.
– Pojadą w nim twoje rzeczy, laluniu – rzucił brunet, starszy od niej zapewne o ponad trzydzieści lat.
To ją zmroziło. Otworzyła szeroko oczy, nie wiedząc, jak powinna się bronić. 
– To niegodne tak mówić do mężatki – wtrącił Milan, a w jego głosie zabrzmiała złość.
– To chyba nie twoja żona, eeeee, rycerzyku.
– Licz się ze słowami, Zerand – powiedział Derwan, a jego kompan zaczął otwierać i zamykać usta jak ryba wyciągnięta z wody.
– Właśnie, starcze – dodał kolejny mężczyzna. ­– Ta kobieta jest żoną Derwana, a chłopak to rycerz z samej Gwardii Królewskiej. Jak nie okażesz im należytego szacunku, zabiję cię.
Zerand wzruszył ramionami z obojętnością i wskoczył na konia, a zaraz za nim uczynili tak pozostali. Tylko Sara stała, zaciskając zęby i ignorując Edmunda, który podał jej rękę.
– Nie pojadę z obcym chłopem – powiedziała w końcu, a jej głos drżał… ze strachu czy złości, sama nie wiedziała.
– Nazwała cię chłopem! – zaśmiał się któryś z mężczyzn, a ona przygryzła policzki.
Edmund rzucił pytające spojrzenie Derwanowi, który patrzył na Sarą jak na nieszczególnie ciekawe zjawisko.
– Dlaczego nie mogę jechać z tobą? – zapytała niemal płaczliwym głosem.
– Nie mam podwójnego siodła – rzucił, jakby mówili o oczywistości.
– Weźmiesz mnie ze sobą albo zostaję tutaj – dodała drżącym głosem, ale na jej buzi widoczny był upór.
Wszyscy ją obserwowali, jakby oczekiwali, że zmięknie i odpuści. Kasandra kazała pod żadnym pozorem nie ulegać. „Jeśli nie zaznaczyć własnej pozycji na początku, później wykorzystają to przeciw tobie” rzekła na dzień przed zaślubinami. Mimo to Sara nie była jak księżna, miała o wiele słabszą osobowość. Zapewne przystałaby na podróż z Edmundem. Na szczęście, kiedy już chciała wycofać wypowiedziane słowa, Derwan podprowadził do niej konia. Chwycił kobietę za przedramię i bezceremonialnie wciągnął na swojego wierzchowca. Mógłby wyrwać jej rękę, jednak ona praktycznie sama wspięła się na zwierzę, zajmując miejsce za plecami męża. 
Ostatni raz w podobnej pozycji przebywała jako mała dziewczynka, kiedy ojciec zakupił do gospodarstwa konia.
– Szybko znudzisz się taką jazdą – powiedział Derwan, a ona w duchu przyznała mu rację.
Objęła go w pasie, opierając głowę na ramieniu. Nie mogła powstrzymać uśmiechu. W końcu przez moment zobaczyła w jego oczach irytację… to dobry początek.
W końcu jak na razie nie mieli żadnego.
Nawet na ślubie nie wyglądał na szczególnie nią zainteresowanego. Więcej uwagi poświęcali jej obcy mężczyźni. Poza złożeniem przysięgi nie powiedział w towarzystwie Sary praktycznie nic, przez większość czasu rozmawiał z królem bądź ludźmi na dworze. W trakcie nocy poślubnej nakazał im spać, a uczynił to głosem bezkompromisowym. Nawet jeśli powinna polemizować, to nie znalazła odwagi. Poza tym zmogło ja zmęczenie, szczególnie kiedy pierwszy raz w życiu leżała w tak wygodnym łożu. Nie wspominając o tym, że z każdym kolejnym rokiem współżycie z mężczyzną coraz bardziej ją przerażało.
Rankiem zmartwienie nękało Sarę nieco bardziej. Ukryła je jednak w sobie i czekała.
Również teraz… chociaż aktualnie w głowie kobiety błądziła tylko jedna myśl.
Derwan miał rację.
Sara odczuła dyskomfort w momencie, w którym ruszyli, ale nie dała tego po sobie poznać. Dopiero po godzinie podróży zaczęła się wiercić i stękać.
– Kiedy postój? – zapytała, jak tylko zwolnił w trakcie jazdy przez las.
– Pół dnia drogi stąd jest gospoda – powiedział Milan.
– A po co tam stawać? – jęknął jeden z jeźdźców. – Bez niepotrzebnych przerw za osiem dni wrócimy do domu.
– Chcesz wieźć kobietę jak rycerza, Derwan? – dodał zirytowany gwardzista. Chociaż w całej drużynie z pewnością był najmłodszy, to rodzaj noszonej zbroi dodawał mu lat. – Po drodze opadnie z sił zachoruje i nie tylko zostaniemy zmuszeni do postoju, ale spędzimy tak z tydzień.
– Możemy zrobić przerwę teraz? – zapytała zbyt cicho, żeby ją dosłyszeli, więc powtórzyła.
W odpowiedzi usłyszała rechot. Nawet Milan, który dwukrotnie stanął w jej obronie, nie powstrzymał uśmiechu.
Sądziła, że Derwan każde jej usiąść w wygodniejszym siodle, zmusi do przyznania błędu. Jednak on milczał, jakby tę kwestię zamknął dawno temu.
Ruszyli dalej i to była najgorsza podróż w życiu Sary. Ból mięśni niemal ją wykończył, a do tego dochodził chłód, głód i dyskomfort. Krótkie postoje w gospodach spędzała sama, co wcale jej nie odpowiadało. Do tej pory dzieliła sypialnię z kilkoma osobami, a pustka zwiastowała kłopoty. Dlatego nawet w czystej pościeli i mimo potwornego zmęczenia, nie znalazła mocy, by zasnąć. Dopiero kiedy Derwan wchodził do pomieszczenia, uspokajała nerwy i wędrowała do krainy snów. Jednak on nie zawsze się pojawiał, czasami zostawiał ją samą na całą noc. Następnego dnia karciła samą siebie za to, że dobre samopoczucie uzależniła od obcego człowieka, który nie okazywał jej ni cienia sympatii.
… a potem karciła siebie i za tę myśl. W końcu Derwan wziął z nią ślub i cokolwiek teraz myślała, należała do niego.
Nawet jeśli w gruncie rzeczy on wcale jej nie chciał.
Bała się. Strach nie dotyczył nowego męża, ale samej sytuacji. Nie wiedziała, gdzie zmierzała, co na nią czekało w nowym miejscu. Miała za sobą zbyt wiele wiosen, żeby ktoś tak po prostu chciał ją za żonę. Za tym wszystkim stała tajemnica, którą odkryć chciała księżna Kasandra. Dlatego Sara zdusiła negatywne uczucia i cierpliwie znosiła trudny podróży.
Pod koniec trzeciego tygodnia siedziała przy palenisku, ubrana w ostatnią w miarę czystą suknię i włosami zaplatanymi na czubku głowy. Praktycznie wszystkie jej rzeczy zostały w  powozie, jedynie kilka ubrań zapakowano w bagaż przymocowany do wierzchowca. Nie tylko nie posiadała większości ubrań, ale i wszelkich rzeczy zapewniających minimum rozrywki. Dlatego oglądała zniszczone przez chłód dłonie, które i tak po wielu latach pracy na gospodarstwie nie wyglądały najlepiej.
– Nie jesteś głodna, pani? – zapytał jej Milan, który był dla niej chłopcem wyciągniętym z ryciny rycerza gwardii. Zawsze sztywny, kulturalny, pewny siebie i pozycji, którą zajmował.
– Mów mi Sara – przypomniała mu po raz piąty, bo już kilkakrotnie prosiła o zwracanie się do niej po imieniu. Była od niego starsza prawie o dekadę, ale nie lubiła formalizmu. Chociaż teraz nie należała do służby królewskiej. Awansowała na niewolnicę mężczyzny z południa.
Kiedy przyjrzała się Milanowi, widziała w nim osobę dobrze urodzoną, odpowiednio wychowaną, zgodnie z panującymi standardami. Na próżno szukała w nim czegokolwiek poza schematem. Chociaż najczęściej wyglądał, jakby bił się z myślami, nie mogła wejść do jego głowy.
Musiała przyznać, że wyglądał na chłopca, za którym już niedługo będą wzdychać wszystkie napotkane panny. Jako szesnastoletni młodzieniec miał ładne rysy twarzy, ciekawą barwę oczu – oliwkową zieleń, z ciemniejszymi, intensywnymi obwódkami. Z daleka wyglądały naturalnie, codziennie, ale z bliska odnalazła w nich coś szczególnego. Ponad to posiadał odpowiednią budowę i sztywny, rycerski program zachowania. Sara spędziła dość czasu na dworze, żeby wiedzieć, co interesowało kobiety. Chociaż sama nigdy nie wykazywała zauroczenia wobec jakiegokolwiek mężczyzny.
– Nie wypada tak mówić do mężatki – rzekł drętwo Milan, zajmując miejsce przy palenisku i tym samym sprowadzając Sarę na ziemię. Zachował odpowiedni dystans, ale i tak poczuła wdzięczność za jego towarzystwo.
– Jak długo będziesz z nami podróżował? – zapytała.
– Zapewne aż do południowej granicy. Król nakazał mi pozostać tyle, ile zażyczy sobie tego Derwan – wyjaśnił krótko.  
Co takiego Derwan powiedział wielkiemu Samoborowi, że ten ofiarował mu takie łaski? Na to pytanie próbowali odpowiedzieć zarówno Milan jak i Sara, ale jeśli dla niej twarz młodego rycerza pozostawała nieodgadniona, to które określenie zastosować do tego wciąż obcego człowieka?
– Jak to jest być rycerzem z Lagary? – kontynuowała, żeby odgonić nieprzyjemne myśli.
Milan rzucił jej przenikliwe spojrzenie, ale milczał.
– Pewnie często słyszysz takie coś, he? Ale to ciekawe, nic nie zrobisz – mówiła, masując dłonie, które powoli odzyskiwały naturalny kolor. – Szkoda, że nie urodziłam się dziesięć lat później, być może też zostałabym rycerzem jak Mildred córka Magnusa z Kowalów.
Nie pozbawił jej złudzeń tylko z uprzejmości. Sara sama zarechotała, bo przecież znała prawdę. W Lagarze podziały społecznie teoretycznie nie miały znaczenia. W praktyce przyjmowano tam naprawdę wyjątkowe jednostki, chyba że ktoś miał odpowiednie znajomości. Przykładem był chociażby Milan, który otrzymał zbroję gwardii ze względu na ojca. Wątpił, by ktoś się nim zainteresował bez odpowiednich korzeni.
– Księżniczka Marianna wspominała, że poznałeś jej starszą siostrę – dodała, a nad prawą brwią Milana pojawiła się zmarszczka. – Po twojej minie wnioskuję, że zdążyła zajść ci za skórę. Księżniczka Gaja ma charakterek. – Nie powstrzymała niezbyt eleganckiego rechotu, ale rycerzowi najwyraźniej to nie przeszkadzało. – Ona ma dobre serce, tylko nie potrafi tego pokazać.
– Wiem – przerwał jej rozdrażniony. – Wiem – powtórzył już ciszej, pogrążony we własnych myślach.
Więcej już nie powiedziała, nie chcę odstraszyć go gadulstwem. Jakkolwiek był w jej oczach chłopcem, jego obecność przypominała Sarze dom.
Miejsca, do którego nie mogła wrócić. Z trudem powstrzymała łzy, które napłynęły do jej oczu.
Tydzień później katorga wydawała się wreszcie zakończyć. Jak zapytała Derwana, kiedy wyruszają w dalszą podroż, mężczyzna odpowiedział jej, że praktycznie dotarli na miejsce, a kolejną trasę pokona w powozie.
Niemal go ucałowała z radości, jednak jego apatyczna twarz w porę ją powstrzymała.
– Musimy czekać na delegację – dodał ciemnowłosy mężczyzna, z tego co pamiętała, Zygfryd.
– Mój wuj chce przekazać ci wiadomość dla króla – zwrócił się do Milana Derwan. – Dlatego musisz poczekać dwa dni, potem możesz wracać.
– Zrozumiałem – wycedził, nie wiedząc, czy zachowanie względem niego go złościło czy nużyło.
– Nasze tereny graniczą z Zalesiem – dodał sucho, a Milan spojrzał na niego zaskoczony. – Zerand wskaże ci najkrótszą drogę. – Dostrzegając pytające spojrzenie chłopaka, dodał – Ponoć „musisz jechać do domu”, czy nie tak?


Po tych słowach zostawił ich samych, a Sara pierwszy raz zobaczyła Milana całkowicie zbitego z tropu. 

***

Jak obiecałam, tak zrobiłam - nowa część rycerzyków :D Rozdział sam w sobie nie jest tak długi jak IX i jego druga część będzie krótsza niż ta... ale będzie w niej akcja huhuhu. Może nie "te pościgi, te wybuchy", ale no... akcja to akcja haha 

Napiszcie, co myślicie. Co was zaciekawiło, co niespecjalnie :D Jak wam się nowożeńcy podobają? Tyle miłości :D Kasandrze się nie podobają, to na pewno haha.
No i pokazałam Milana z innej perspektywy. Zupełnie inaczej go widziała Liliana, zupełnie inaczej Gaja, on sam siebie inaczej widzi, a teraz doszło do tego spojrzenie Sary. Co je łączy? 

No i Derwan doskonale wie, że Milan chce jechać do domu. Czyta w myślach? 
Jak coś, to do Zalesia zawitamy w rozdziale XII. Tutaj zostaniemy z Sarą i Derwanem, a w jedenastce pokażę, co u Aarona. 

Jak znajdziecie chwilę, podzielcie się swymi myślami. Niech moc będzie z wami!