sobota, 23 września 2017

Zmiany we wszechświecie

Cześć wam! 

Jak pewnie już się zorientowaliście (trudno tego uniknąć haha), na blogu pojawiło się sporo zmian i oto wam je rozpiszę krótko, żeby nikt się nie pogubił. 

Na początku składam serdecznie podziękowania dla Wolfias z Bajkowych Szablonów, która wykonała tę cudną grafikę. 
Mam nadzieję, że wszystkim się podoba, bo zostaje haha 

Poza tym wprowadziłam zmiany na podstronach, z nowych rzeczy to napisałam "Kilka słów o autorze", przed czym wzbraniałam się od samego początku. Głupio mi o sobie pisać, ale ja bardzo lubię takie "dodatki" na innych blogach, więc musiałam w końcu się przełamać. Tak czy inaczej można się dowiedzieć o mnie więcej, na własną odpowiedzialność. 

Nową podstroną jest również "Dla czytelnika", gdzie będę zamieszczać pewne skrótowe informacje dotyczące treści opowiadania (na ten moment wiek kilku postaci, żeby się już nie mieszało). Można tam zarzucać mnie pytaniami, bo odpisuję zawsze z radością, tak samo jak dzielić się opiniami, spostrzeżeniami i więcej. Tak naprawdę można tam pisać o wszystkim, o ile dotyczy to "Szeptu ostrza", bo na reklamy i inne tego typu jest odpowiednie miejsce. 

Reszta na podstronach to raczej poprawy kosmetyczne. 

Ach, dodałam jeszcze ankietę, która jest o tyle ważna, że pokaże mi, ile są warte te dzikie statystki haha. Tak szczerze, to zawsze wychodzę z założenia, że opowiadanie ma tyle czytelników ile komentarzy, ale nic nie szkodzi zobaczyć, czy te dziwne liczby to "jestem i znikam" czy mam przed sobą niezbadany szyfr, którego rozwiązanie otworzy wszystkie sejfy. 

Tak czy inaczej zachęcam do zaznaczania odpowiedzi, bo to jest anonimowe, nie ma żadnych zobowiązań, a uważam, że ankiety są zabawne. 

No nic, chyba tyle 
Niech moc będzie z wami! 

sobota, 16 września 2017

Rozdział X cz. 1


DERWAN
Stała sztywno jak kłoda, wbijając spojrzenie w okno, a tak naprawdę nie dostrzegając nic. Przez długi czas nie potrafiła ruszyć żadną częścią ciała, zupełnie jakby zamarzła. Marianna spoglądała na nią z niepokojem, co chwilę poprawiając suknię, która i tak prezentowała się nienagannie.
Kasandra jeszcze nigdy w swoim życiu nie była tak wściekła… chociaż to słowo nijak nie oddawało stanu, w którym obecnie tkwiła. Zimna furia to wciąż za mało… albo po prostu niewłaściwie. Właśnie dlatego potrafiła zapanować nad mięśniami i po prostu nie zrobić nic.
– Marianno – powiedziała do córki, kiedy już poskładała myśli. – Przyprowadź do mnie Sarę. Pilnuj, żeby nikt was nie zatrzymał. Powiedz również Kostylii, żeby przyszła tu posprzątać.
– Posprzątać? – zdziwiła się dziewczyna, patrząc na uporządkowane pomieszczenie.
– Właśnie tak.
Córka wyszła pospiesznie z komnaty i dopiero wtedy Kasandra pozwoliła sobie usiąść w fotelu. Zacisnęła górne zęby na wardze, omal jej nie przegryzając, ale to wciąż nie było dość. Zwłaszcza kiedy w polu widzenia znalazła się ta koperta.
Podeszła do stolika, na którym leżał nieszczęsny list i poczuła, jak jej dłonie zaczynają drżeć.
Wzięła głęboki wdech, przymykając powieki. To w założeniu miało uspokoić jej nerwy. Była pewna, że poskutkowało. Chciała zabrać kopertę z tak widocznego miejsca, by schować ją do szuflady. Zamiast tego złapała za róg blatu i z nietypową dla siebie siłą przewróciła go na ziemię. Wazon, który zdobił mebel, został rozbity na kilka części, a kwiaty rozsypały się na posadzce.
Odetchnęła głęboko, ale w niczym jej to nie pomogło.
Chwyciła za nogę taboretu i rzuciła nim o ścianę. Głośny trzask był jak miód na jej uszy.
Przeszła po rozbitym wazonie, żeby wziąć za kolejną rzecz, na której mogła wyładować frustrację.
Niszczyła wszystko, co wpadło w ręce, dysząc wściekle. Komnata powoli zamieniała się w pobojowisko, nie oszczędziła przedmiotów cennych ani tych drobnych. Kiedy nie dostrzegła już nic, co dałaby radę podnieść, opadła na dywan i zacisnęła palce na jego krawędzi.
Była roztrzęsiona. Jak małolata. Wiedziała, że prezentuje co najmniej żałosny obraz przyszłej królowej. Niemal zawsze trzymała nerwy na wodzy, bo złością jeszcze nikt nic w zamku nie uzyskał. Tylko że teraz nie miała pojęcia, jak wymazać z jej świadomości wiadomość o nadchodzącym nieszczęściu. Teściowa by poklepała ją po plecach, matka wyśmiała, bo w końcu jaki wpływ na losy królestwa miał krótki epizod w życiu Dymitra.
Tylko że w tym momencie Kasandry nie obchodziło nic poza jej własną dumą.
– Jeszcze zobaczysz… ty głupku…
Zamilkła, kiedy usłyszała pukanie do drzwi.
Jednak o wiele za dużo czasu zajęło jej zbieranie myśli. Wciąż czuła kołatanie w klatce piersiowej, szczękę miała zaciśniętą, a myśli przeładowane ostatnimi wydarzeniami. Lekko otępiała próbowała doprowadzić siebie i otoczenie do porządku. Ustawiła kilka poprzewracanych przedmiotów, poprawiła fryzurę…
Nie sądziła, że aż tak ją poniesie.
– Pani, to ja, Kostylia – usłyszała kobiecy głos za drzwiami.
Odetchnęła z ulgą. Nie miała sił, żeby składać wyjaśnienia komukolwiek, a jej na pewno nie musiała.
– Możesz wejść.
Kiedy drobna brunetka zamknęła za sobą drzwi, jej twarz zastygła w zdumieniu. Dopiero po chwili otrząsnęła się i bez zbędnych komentarzy zaczęła sprzątać. Zbierała połamane przedmioty, odkładając je w róg pomieszczenia. Te nieuszkodzone odkładała w miarę możliwości na miejsce. Poprawiła dywan, jedną zasłonę, postawiła fotel. Kasandra przez długą chwilę stała w bezruchu, z zamkniętymi oczami. Wkrótce zaczęła ogarniać wnętrze wraz z Kostylią, a przynajmniej próbowała, dopóki służka nie zatrzymała jej z nieuzasadnionym przestrachem.
– Ależ pani, to nie przystoi – wyjąkała.
– Muszę zając czymś ręce – odparła krótko, podnosząc z ziemi pęknięty świecznik.
– W pani stanie…
– Nie jestem w żadnym stanie, Kostylio – powiedziała, zanim dziewczyna powiedziała coś, co mogło przynieść kolejną katastrofę. – To plotki. – Zgrabnie ukryła w głosie zdenerwowanie, chociaż czuła gorycz, której nie uleczyło nawet zdemolowanie wnętrza komnaty.
– Przepraszam, pani.
Kostylia drżała, tak jak dłonie Kasandry, jednak księżna nie była zła. Położyła rękę na jej przedramieniu i powiedziała wyrozumiale:
– Nie musisz się niczego obawiać. Po prostu lepiej dla własnego dobra nie słuchaj wszystkiego, co wokół ciebie mówią.
Nie było to do końca zgodne z jej przekonaniami. Kasandra zawsze uważała, że w zamku lepiej mieć uszy i oczy szeroko otwarte… a usta zasznurowane. Jednak Kostylia wciąż należała do osób zbyt młodych, żeby dostrzec subtelne różnice między prawdą a kłamstwem.
Kasandra nabyła tę zdolność na krótki czas przed ślubem. Jednak ta, jak potem wyszło na jaw, na niewiele się zdała. Jakby już i tak nie miała dość problemów z tym całym Derwanem, który siłą odebrał jej Sarę! Teraz jeszcze doszła sprawa z Dymitrem…
Królowa Aurora twierdziła, że to kwestia czasu. Taki los kobiet, muszą cierpliwie znosić wyskoki mężczyzn. Romanse to nawet nie zdrada, bo nałożnica zawsze pozostanie tylko fizyczną przygodą.
Mimo to Kasandra naiwnie sądziła, że Dymitr oszczędzi jej tego upokorzenia.
… już ona mu pokaże.
Jemu i wszystkim, bo Dymitr należał do niej i Kasandra nie miała zamiaru się z nikim dzielić.
Znajdzie sposób.
Zawsze znajduje...

Marianna wróciła z Sarą jeszcze zanim pomieszczenie zostało w pełni uporządkowane. Jednak były to osoby, do których Kasandra miała  bezwzględne zaufanie. Gdyby zjawiła się teściowa, pewnie musiałaby udawać, że wyszła na spacer.
Jej córka wciąż sprawiała wrażenie poddenerwowanej, ale Sara… ona była w pełni spokojna.
Dziewczyna niedawno skończyła dwadzieścia pięć lat. Uznawano ją za dość młodą, żeby budzić ciekawość mężczyzn, ale za starą na ślub. Większość służących nigdy nie wychodziła za mąż, ewentualnie przyjmowano do pracy wdowy. Niektóre z nich narzekały, marząc o wielkiej miłości, nie wiedząc, że włożenie na palec obrączki nie miało z nią nic wspólnego.
Sara była inna. Ambicje młodej kobiety sięgały dalej niż do łoża byle jakiego mężczyzny. Przyszła na świat w małej wsi jako córka biednego gospodarza. Kogo mogli zaproponować jej rodzice? Przecież nie księcia z bajki.
Przybyła do zamku na zaproszenie księżnej Kasandry, która poznała ją przejeżdżając przez jej rodzinne ziemie. Tereny, które zresztą nie należały do rodziny Sary. Ojciec, a po jego śmierci ojczym, dzierżawił pola od bogatszego pana.
W stolicy Sara wyładniała. Kasztanowe włosy nabrały blasku, blada twarz delikatności, a w szarych oczach zabłysnęła nadzieja. W krótkim czasie zdobyła zaufanie Kasandry. Była oddana, miała dobre serce, ale przy tym wszystkim nie dawała sobą manipulować. Tylko odzywki stosowała często wiejskie, ale to Kasandra potrafiła wybaczyć. Zwłaszcza, że z biegiem lat takie zwroty stosowała coraz rzadziej.
Dlatego nie chciała Sary nikomu oddawać, a już zwłaszcza komuś tak podejrzanemu jak Derwan.
Cóż… Flora i jej bękart będą musieli poczekać.
– Widziałaś go już? – zapytała.
Kostylia, dostrzegając napiętą atmosferę, pozbierała rzeczy i pobiegła do wyjścia, ale Marianna ją zatrzymała.
– Nie, pani – rzekła Sara.
– Zostań – Kasandra zwróciła się bezpośrednio do Kostylii. – Taka nauka życia dobrze na ciebie wpłynie.
Młoda służąca nie należała do szczególnie obytych, ale cechowała ją zdolność szybkiego przyswajania informacji. Nie miała niepokojących skłonności do plotkarstwa, więc Kasandra postanowiła powoli ją wprowadzać.
Marianna podprowadziła dziewczynę bliżej kobiet, kiedy księżna usiadła w fotelu.
– Pewnie go nie poznasz aż do jutrzejszej ceremonii – rzuciła do Sary, która nie dała po sobie poznać rozczarowania. – Ale Kostylia ponoć go mijała, czy nie tak?
– Ja… – Służąca zadrżała, zszokowana uwagą Kasandry. – Tak, to prawda – zdecydowała w końcu powiedzieć, kiedy jej twarz pokrył rumieniec.
– Opowiedz coś o nim – rozkazała Kasandra i chociaż jej głos nie brzmiał napastliwie, to Kostylia poczuła się jak na egzaminie.
– To mężczyzna przed trzydziestym rokiem życia, nie wyróżnia go uroda, chociaż wydaje się taki… – nie potrafiła dokończyć. Gdyby użyła słowa „tajemniczy”, wyszłaby na nierozgarniętą dziewuchę. Nazwanie go pociągającym wywołałoby negatywne wrażenie, skoro już wkrótce miał należeć do Sary. Z tym że określenie go przystojnym mijałoby się w prawdą.
– Nie można mu ufać – wtrąciła Marianna. – To krewny wygnańca ze Słonecznej Doliny, coś ukrywa, prawie zawsze milczy, a mieszka na dnie kraju.
Sara skrzywiła się nieznacznie, trzymając w uścisku zasłonę, przy której stała.
– Wiesz, że możesz odmówić, Saro – powiedziała jej Kasandra.
– Wtedy popadnę w niełaskę króla – odparła kobieta. – Ale jeśli zechcesz, żebym tak uczyniła, pani, nie będę się wahać.
– Bynajmniej. Gdybym to ja tkwiła teraz na twoim miejscu, z pewnością powiedziałabym „tak”. – Zrobiła pauzę, ale ciszy nie przerwała ani Sara ani Marianna. – Przybył tutaj tylko po to, żeby spełnić obietnicę? Nigdy w to nie uwierzę! – prychnęła. – Ze wszystkich kobiet w tym państwie, zażyczył sobie akurat ciebie, Saro. Nie wiem, dlaczego, ale nie uzyskam tej wiedzy, jeśli on nie zabierze tego, po co tu przyjechał.
– Chcesz, żebym odkryła jego zamiary, pani? – zapytała Sara, spoglądając na Kostylię, która próbowała zlać się ze ścianą.
– Jako żona, będziesz musiała pozostać wierna mężowi.
– Doskonale to rozumiem – powiedziała zgodnie z prawdą. W końcu lata w towarzystwie Kasandry musiały ją czegoś nauczyć. W tym wypadku Sara wiedziała, że wierność można rozumieć na wiele sposobów. Księżna przecież nigdy nie zadziałałaby na szkodę następcy tronu… ale potrafiła zagrać mu na nosie. Dla jego dobra.
Nie musiała nic więcej mówić. Księżna kiwnęła krótko głową, nie spuszczając wzroku z kobiety, która towarzyszyła jej od wielu lat. Już wkrótce miała ją stracić, najpewniej na zawsze. 
– Kostylio. – Kasandra przemówiła bezpośrednio do młodej służki.  Dopilnuj, żeby ta kompania, która ma odebrać Derwana za dwa dni, została odpowiednio przywitana.
Jeśli przekazane jej informacje nie mijały się z prawdą, tajemniczy mężczyzna powróci na ziemie wraz z żoną i kilkoma południowcami. Należało zrobić pierwszy krok, żeby dotrzeć do prawdy... a jeśli nawet Derwan potrafił trzymać język za zębami, to w jego kompanii z pewnością odnajdą jakiegoś durnia. 
– Ja? – wyjąkała Kostylia. – Co miałabym robić jako służąca? 
– Chodź ze mną – Sara chwyciła dziewczynę za ramię i pociągnęła do wyjścia, kłaniając się po drodze księżnej i Mariannie.

Kasandra odprowadziła ją spojrzeniem, chociaż kasztanowy odcień włosów Sary stał się dla niej nagle jakby bardziej wyrazisty.

***


Milan chciał opuścić zamek jak najszybciej, to jedyne, co wiedział. Myśli o konieczności błądziły po jego głowie i nie chciały odpuścić. Nawet kiedy uczestniczył w królewskiej biesiadzie, co jeszcze kilka dni temu naładowałoby go ekscytacją. Teraz czuł jedynie zniecierpliwienie.
Król Sambor postanowił wykorzystać okazję i ze ślubu Derwana uczynić huczne przyjęcie, mimo że sama ceremonia wyglądała nader skromnie. Milan nie wierzył w czyste intencje poznanego rzekomego bohatera, ale i te od czasu tajemniczego snu nieszczególnie go interesowały. Nawet jeśli powinny, bo król zobowiązał dwójkę gwardzistów do uczestnictwa w weselu, to Milan myślami już spacerował po Zalesiu. Wybranka Derwana nie przyciągnęła jego uwagi. Nie była ani brzydka ani ładna… po prostu żadna. Czy mężowi się spodobała trudno określić, bo wyraz twarzy mężczyzny pozostał nieodgadniony.
Dopiero następnego dnia pozwolił sobie na zadanie spędzającego mu sen z powiek pytania swojemu kapitanowi. Chociaż odpowiedź przewidział już wcześniej.
– Nie ma mowy – odparła na propozycję wyjazdu w rodzinne strony. – Co ty sobie w ogóle wyobrażasz? Nie i koniec tematu.
Nie czuł ani grama zaskoczenia, bo niby dlaczego miałaby mu pozwolić na rozdzielenie z drużyną, skoro wciąż wykonywali razem zadanie.
Rozważał dezercję, chociaż doskonale wiedział, że nigdy się na to nie odważy. Być może Mildred by zrozumiała wagę tego, co chciał zrobić, gdyby zechciał wyjaśnić. Milan postanowił uniknąć ryzyka, więc ograniczył tłumaczenie do kilku ogólników. Kapitan nie była głupia, nie uwierzyła mu.
– Jutro wracamy do Lagary. Zdobyte informacje przekażemy dowódcy razem ze słowami króla. Prywatę pozostaw do czasu, aż dostaniesz przepustkę na wyjazd rodzinny.
–  Obawiam się, że będziecie musieli zmienić plany, szanowni rycerze – przemówił do nich królewski doradca, który najwyraźniej przeniknął do nich przez ścianę. Mężczyzna wyglądał jak mag, co wywołało u Milana niechęć. Na kciuku nosił pierścień podkreślający status, poza tym wyglądał jak czarnoksiężnik z bajek dla dzieci.
Nie wiedział, co go bardziej wytrąciło z równowagi. Fakt że ten człowiek podsłuchiwał ich rozmowę czy może to, że w nią bezceremonialnie wtargnął. Chociaż gdyby poważnie to przemyślał, najbardziej zirytował go on sam, bo nie dostrzegł obecności intruza. 
– Wielki Hentel – powitała go Mildred, a Milan nie mógł wyjść z podziwu dla jej znajomości ludzi na dworze. W zamku przebywała nie częściej niż inni gwardziści, mimo to wiedzę miała o wiele obszerniejszą.
– Jego wysokość Sambor Pierwszy życzy sobie, aby Milan syn Rubena z Zalesia towarzyszył Derwanowi synowi Awrama z Południowego Szlaku w jego podróży do rodzinnych terenów wraz z wybranką Sarą oraz jego kompanią, która przybyła dzisiejszego ranka – przemówił na jednym wydechu i wcale nie wyglądał na zdyszanego. – Następnie ma powrócić do stolicy z wybranym rycerzem Gwardii Królewskiej, który do niego dołączy w czasie drogi powrotnej, podczas gdy ty, szanowny rycerzu Mildred, przekażesz wieści od króla bezpośrednio drugiemu dowódcy, a następnie wraz z wyznaczoną przez niego grupą dołączysz do przeszukania na Słonecznej Dolinie.
Po tych słowach zapadła cisza. Zarówno Milan jak i Mildred stali zszokowani, bo takiego scenariusza nie mogli przewidzieć.
– Tutaj mam żelazny list dla Milana syna Rubena. – Doradca wręczył mu brązową kopertę z królewską pieczęcią, a on nie potrafił wydobyć z siebie głosu.
– Czy nie rozsądniej zawrócić Milana do Lagary, gdzie drugi dowódca wyznaczy orszak dla Derwana? – wtrąciła chłodno Mildred.
– Taka wola króla. – Doradca westchnął teatralnie. – Szanowny Derwan wyrusza przed południem, masz więc czas Milanie synie Rubena przygotować się do kilkunastodniowej podróży,
– Kilkanaście dni? – prychnęła Mildred. – Akurat! Z panną będą się wlec przez co najmniej miesiąc.
Doradca posłał jej fałszywy uśmiech, ale nie skomentował tej uwagi.
– Ty, szanowna Mildred, powinnaś wyruszyć natychmiast.
– Tak też uczynię – powiedziała wystarczająco głośno, żeby doradca zrobił krok w tył. – Możesz już odejść. Chyba że masz dla nas kolejne informacje. Nie chcemy tracić twego cennego czasu, wielki Hentelu.
Mężczyzna skinął im głową, po czym oddalił się równie bezszelestnie, jak przybył. Dopiero kiedy całkowicie zniknął im z oczu, Mildred zaklęła głośno. Nie tłumaczyła, jak miała w zwyczaju. Nie musiała. Milan wiedział, w jakim bałaganie teraz utonęli.
To żadna nowość, że zmieniono im plany. Tylko że rozdzielaniem składu zajmował się dowódca, a nie król. Ten nawet nie do końca rozumiał ideę formacji gwardii. Sambor był wielkim wojownikiem, ale sprawy Lagary powierzył synowi. Dzisiejszy rozkaz mógł należeć do kaprysów, ale równie dobrze pasował do wielkiej szansy… albo przepaści.
Z tym, że cokolwiek o tym myśleli, to straciło znaczenie, zanim je zyskało. Decyzja została podjęta, a oni nie mieli prawa sprzeciwu.
Milan był już spakowany i gotowy do drogi, ale musiał skompletować dodatkowe wyposażenie w razie dłuższej podróży. Nie miał pojęcia, jak daleko mieszkał Derwan ani którą trasę wybiorą. Właściwie nie wiedział też nic o towarzyszach tego człowieka, którzy z pewnością będą mieli znaczący wpływ na jakość wyprawy. Dobrze zorganizowana grupa zapewniała szybkie poruszanie, właśnie do takiego stylu przywykł Milan w gwardii. Leniwa zgraja przeciągała wszystko nawet kilkakrotnie.
Jednak nie perspektywa wyjazdu z obcymi tak go denerwowała. Przede wszystkim, nawet po przeczytaniu listu, nie wiedział, w jakim celu miał wyruszyć. Nie sądził, żeby przydał się komukolwiek jako wsparcie, a do przekazania wiadomości wystarczał posłaniec.
Zapewne cel zadania pozna później…

… albo wcale.


***


Z grupą Derwana spotkał się dokładnie przed południem, z miną wyrażającą czyste niezadowolenie.
Nie lubił Mildred, jak większości zarozumiałych, agresywnych kobiet, ale ona należała do gwardii. Jej towarzystwo dawało mu poczucie bezpieczeństwa, panującego porządku. Teraz miał spędzić wiele tygodni z człowiekiem, którego ledwo poznał i któremu nie ufał.
Kompania Derwana składała się z ośmiu mężczyzn równie bezbarwnych jak on sam. Wszyscy mieli ciemne włosy, nijakie rysy twarzy i przeciętną budowę. Kiedy powitali Milana, nie odróżniał nawet ich barwy głosu. Dlatego mimo wysiłku nie potrafił ich zapamiętać, dla niego byli po prostu druhami Derwana i nic ponad to.
Jeśli coś w ogóle zwróciło jego uwagę, to fakt że żaden z mężczyzn w stosunku do przywódcy nie trzymał się etykiety. Klepali Derwana po plecach, żartowali z niego, gratulowali, a on nie odwzajemnił ich braterskich gestów. Czekał. Tuż za nim stała jego nowa małżonka, ubrana w gustowny strój podróżny.
Milan musiałby skłamać, gdyby chciał stwierdzić, że w ogóle nie interesowała go Sara. Nie jako kobieta, ale bardziej element niepasujący do obrazka.
I wzajemnie.
Sara dostrzegła Milana już na ślubie, bo rycerze gwardii budzili zainteresowanie wszystkich na dworze. Znajdowała się wtedy w stanie otępienia, więc szybko o nim zapomniała. Dzisiaj zobaczyła go ponownie i zmarszczyła brwi.
– Pojedziesz z Edmundem – powiedział do niej Derwan. – Ma podwójne siodło.
Sara odwróciła się w stronę łysego mężczyzny o nieco głupkowatym uśmiechu i sposępniała jeszcze bardziej.
– Księżna Kasandra obiecała przyprowadzić powóz – wyrzuciła niepewnie, patrząc, jak jej mąż mocuje wszystkie drobiazgi przy koniu.
– Pojadą w nim twoje rzeczy, laluniu – rzucił brunet, starszy od niej zapewne o ponad trzydzieści lat.
To ją zmroziło. Otworzyła szeroko oczy, nie wiedząc, jak powinna się bronić. 
– To niegodne tak mówić do mężatki – wtrącił Milan, a w jego głosie zabrzmiała złość.
– To chyba nie twoja żona, eeeee, rycerzyku.
– Licz się ze słowami, Zerand – powiedział Derwan, a jego kompan zaczął otwierać i zamykać usta jak ryba wyciągnięta z wody.
– Właśnie, starcze – dodał kolejny mężczyzna. ­– Ta kobieta jest żoną Derwana, a chłopak to rycerz z samej Gwardii Królewskiej. Jak nie okażesz im należytego szacunku, zabiję cię.
Zerand wzruszył ramionami z obojętnością i wskoczył na konia, a zaraz za nim uczynili tak pozostali. Tylko Sara stała, zaciskając zęby i ignorując Edmunda, który podał jej rękę.
– Nie pojadę z obcym chłopem – powiedziała w końcu, a jej głos drżał… ze strachu czy złości, sama nie wiedziała.
– Nazwała cię chłopem! – zaśmiał się któryś z mężczyzn, a ona przygryzła policzki.
Edmund rzucił pytające spojrzenie Derwanowi, który patrzył na Sarą jak na nieszczególnie ciekawe zjawisko.
– Dlaczego nie mogę jechać z tobą? – zapytała niemal płaczliwym głosem.
– Nie mam podwójnego siodła – rzucił, jakby mówili o oczywistości.
– Weźmiesz mnie ze sobą albo zostaję tutaj – dodała drżącym głosem, ale na jej buzi widoczny był upór.
Wszyscy ją obserwowali, jakby oczekiwali, że zmięknie i odpuści. Kasandra kazała pod żadnym pozorem nie ulegać. „Jeśli nie zaznaczyć własnej pozycji na początku, później wykorzystają to przeciw tobie” rzekła na dzień przed zaślubinami. Mimo to Sara nie była jak księżna, miała o wiele słabszą osobowość. Zapewne przystałaby na podróż z Edmundem. Na szczęście, kiedy już chciała wycofać wypowiedziane słowa, Derwan podprowadził do niej konia. Chwycił kobietę za przedramię i bezceremonialnie wciągnął na swojego wierzchowca. Mógłby wyrwać jej rękę, jednak ona praktycznie sama wspięła się na zwierzę, zajmując miejsce za plecami męża. 
Ostatni raz w podobnej pozycji przebywała jako mała dziewczynka, kiedy ojciec zakupił do gospodarstwa konia.
– Szybko znudzisz się taką jazdą – powiedział Derwan, a ona w duchu przyznała mu rację.
Objęła go w pasie, opierając głowę na ramieniu. Nie mogła powstrzymać uśmiechu. W końcu przez moment zobaczyła w jego oczach irytację… to dobry początek.
W końcu jak na razie nie mieli żadnego.
Nawet na ślubie nie wyglądał na szczególnie nią zainteresowanego. Więcej uwagi poświęcali jej obcy mężczyźni. Poza złożeniem przysięgi nie powiedział w towarzystwie Sary praktycznie nic, przez większość czasu rozmawiał z królem bądź ludźmi na dworze. W trakcie nocy poślubnej nakazał im spać, a uczynił to głosem bezkompromisowym. Nawet jeśli powinna polemizować, to nie znalazła odwagi. Poza tym zmogło ja zmęczenie, szczególnie kiedy pierwszy raz w życiu leżała w tak wygodnym łożu. Nie wspominając o tym, że z każdym kolejnym rokiem współżycie z mężczyzną coraz bardziej ją przerażało.
Rankiem zmartwienie nękało Sarę nieco bardziej. Ukryła je jednak w sobie i czekała.
Również teraz… chociaż aktualnie w głowie kobiety błądziła tylko jedna myśl.
Derwan miał rację.
Sara odczuła dyskomfort w momencie, w którym ruszyli, ale nie dała tego po sobie poznać. Dopiero po godzinie podróży zaczęła się wiercić i stękać.
– Kiedy postój? – zapytała, jak tylko zwolnił w trakcie jazdy przez las.
– Pół dnia drogi stąd jest gospoda – powiedział Milan.
– A po co tam stawać? – jęknął jeden z jeźdźców. – Bez niepotrzebnych przerw za osiem dni wrócimy do domu.
– Chcesz wieźć kobietę jak rycerza, Derwan? – dodał zirytowany gwardzista. Chociaż w całej drużynie z pewnością był najmłodszy, to rodzaj noszonej zbroi dodawał mu lat. – Po drodze opadnie z sił zachoruje i nie tylko zostaniemy zmuszeni do postoju, ale spędzimy tak z tydzień.
– Możemy zrobić przerwę teraz? – zapytała zbyt cicho, żeby ją dosłyszeli, więc powtórzyła.
W odpowiedzi usłyszała rechot. Nawet Milan, który dwukrotnie stanął w jej obronie, nie powstrzymał uśmiechu.
Sądziła, że Derwan każde jej usiąść w wygodniejszym siodle, zmusi do przyznania błędu. Jednak on milczał, jakby tę kwestię zamknął dawno temu.
Ruszyli dalej i to była najgorsza podróż w życiu Sary. Ból mięśni niemal ją wykończył, a do tego dochodził chłód, głód i dyskomfort. Krótkie postoje w gospodach spędzała sama, co wcale jej nie odpowiadało. Do tej pory dzieliła sypialnię z kilkoma osobami, a pustka zwiastowała kłopoty. Dlatego nawet w czystej pościeli i mimo potwornego zmęczenia, nie znalazła mocy, by zasnąć. Dopiero kiedy Derwan wchodził do pomieszczenia, uspokajała nerwy i wędrowała do krainy snów. Jednak on nie zawsze się pojawiał, czasami zostawiał ją samą na całą noc. Następnego dnia karciła samą siebie za to, że dobre samopoczucie uzależniła od obcego człowieka, który nie okazywał jej ni cienia sympatii.
… a potem karciła siebie i za tę myśl. W końcu Derwan wziął z nią ślub i cokolwiek teraz myślała, należała do niego.
Nawet jeśli w gruncie rzeczy on wcale jej nie chciał.
Bała się. Strach nie dotyczył nowego męża, ale samej sytuacji. Nie wiedziała, gdzie zmierzała, co na nią czekało w nowym miejscu. Miała za sobą zbyt wiele wiosen, żeby ktoś tak po prostu chciał ją za żonę. Za tym wszystkim stała tajemnica, którą odkryć chciała księżna Kasandra. Dlatego Sara zdusiła negatywne uczucia i cierpliwie znosiła trudny podróży.
Pod koniec trzeciego tygodnia siedziała przy palenisku, ubrana w ostatnią w miarę czystą suknię i włosami zaplatanymi na czubku głowy. Praktycznie wszystkie jej rzeczy zostały w  powozie, jedynie kilka ubrań zapakowano w bagaż przymocowany do wierzchowca. Nie tylko nie posiadała większości ubrań, ale i wszelkich rzeczy zapewniających minimum rozrywki. Dlatego oglądała zniszczone przez chłód dłonie, które i tak po wielu latach pracy na gospodarstwie nie wyglądały najlepiej.
– Nie jesteś głodna, pani? – zapytał jej Milan, który był dla niej chłopcem wyciągniętym z ryciny rycerza gwardii. Zawsze sztywny, kulturalny, pewny siebie i pozycji, którą zajmował.
– Mów mi Sara – przypomniała mu po raz piąty, bo już kilkakrotnie prosiła o zwracanie się do niej po imieniu. Była od niego starsza prawie o dekadę, ale nie lubiła formalizmu. Chociaż teraz nie należała do służby królewskiej. Awansowała na niewolnicę mężczyzny z południa.
Kiedy przyjrzała się Milanowi, widziała w nim osobę dobrze urodzoną, odpowiednio wychowaną, zgodnie z panującymi standardami. Na próżno szukała w nim czegokolwiek poza schematem. Chociaż najczęściej wyglądał, jakby bił się z myślami, nie mogła wejść do jego głowy.
Musiała przyznać, że wyglądał na chłopca, za którym już niedługo będą wzdychać wszystkie napotkane panny. Jako szesnastoletni młodzieniec miał ładne rysy twarzy, ciekawą barwę oczu – oliwkową zieleń, z ciemniejszymi, intensywnymi obwódkami. Z daleka wyglądały naturalnie, codziennie, ale z bliska odnalazła w nich coś szczególnego. Ponad to posiadał odpowiednią budowę i sztywny, rycerski program zachowania. Sara spędziła dość czasu na dworze, żeby wiedzieć, co interesowało kobiety. Chociaż sama nigdy nie wykazywała zauroczenia wobec jakiegokolwiek mężczyzny.
– Nie wypada tak mówić do mężatki – rzekł drętwo Milan, zajmując miejsce przy palenisku i tym samym sprowadzając Sarę na ziemię. Zachował odpowiedni dystans, ale i tak poczuła wdzięczność za jego towarzystwo.
– Jak długo będziesz z nami podróżował? – zapytała.
– Zapewne aż do południowej granicy. Król nakazał mi pozostać tyle, ile zażyczy sobie tego Derwan – wyjaśnił krótko.  
Co takiego Derwan powiedział wielkiemu Samoborowi, że ten ofiarował mu takie łaski? Na to pytanie próbowali odpowiedzieć zarówno Milan jak i Sara, ale jeśli dla niej twarz młodego rycerza pozostawała nieodgadniona, to które określenie zastosować do tego wciąż obcego człowieka?
– Jak to jest być rycerzem z Lagary? – kontynuowała, żeby odgonić nieprzyjemne myśli.
Milan rzucił jej przenikliwe spojrzenie, ale milczał.
– Pewnie często słyszysz takie coś, he? Ale to ciekawe, nic nie zrobisz – mówiła, masując dłonie, które powoli odzyskiwały naturalny kolor. – Szkoda, że nie urodziłam się dziesięć lat później, być może też zostałabym rycerzem jak Mildred córka Magnusa z Kowalów.
Nie pozbawił jej złudzeń tylko z uprzejmości. Sara sama zarechotała, bo przecież znała prawdę. W Lagarze podziały społecznie teoretycznie nie miały znaczenia. W praktyce przyjmowano tam naprawdę wyjątkowe jednostki, chyba że ktoś miał odpowiednie znajomości. Przykładem był chociażby Milan, który otrzymał zbroję gwardii ze względu na ojca. Wątpił, by ktoś się nim zainteresował bez odpowiednich korzeni.
– Księżniczka Marianna wspominała, że poznałeś jej starszą siostrę – dodała, a nad prawą brwią Milana pojawiła się zmarszczka. – Po twojej minie wnioskuję, że zdążyła zajść ci za skórę. Księżniczka Gaja ma charakterek. – Nie powstrzymała niezbyt eleganckiego rechotu, ale rycerzowi najwyraźniej to nie przeszkadzało. – Ona ma dobre serce, tylko nie potrafi tego pokazać.
– Wiem – przerwał jej rozdrażniony. – Wiem – powtórzył już ciszej, pogrążony we własnych myślach.
Więcej już nie powiedziała, nie chcę odstraszyć go gadulstwem. Jakkolwiek był w jej oczach chłopcem, jego obecność przypominała Sarze dom.
Miejsca, do którego nie mogła wrócić. Z trudem powstrzymała łzy, które napłynęły do jej oczu.
Tydzień później katorga wydawała się wreszcie zakończyć. Jak zapytała Derwana, kiedy wyruszają w dalszą podroż, mężczyzna odpowiedział jej, że praktycznie dotarli na miejsce, a kolejną trasę pokona w powozie.
Niemal go ucałowała z radości, jednak jego apatyczna twarz w porę ją powstrzymała.
– Musimy czekać na delegację – dodał ciemnowłosy mężczyzna, z tego co pamiętała, Zygfryd.
– Mój wuj chce przekazać ci wiadomość dla króla – zwrócił się do Milana Derwan. – Dlatego musisz poczekać dwa dni, potem możesz wracać.
– Zrozumiałem – wycedził, nie wiedząc, czy zachowanie względem niego go złościło czy nużyło.
– Nasze tereny graniczą z Zalesiem – dodał sucho, a Milan spojrzał na niego zaskoczony. – Zerand wskaże ci najkrótszą drogę. – Dostrzegając pytające spojrzenie chłopaka, dodał – Ponoć „musisz jechać do domu”, czy nie tak?


Po tych słowach zostawił ich samych, a Sara pierwszy raz zobaczyła Milana całkowicie zbitego z tropu. 

***

Jak obiecałam, tak zrobiłam - nowa część rycerzyków :D Rozdział sam w sobie nie jest tak długi jak IX i jego druga część będzie krótsza niż ta... ale będzie w niej akcja huhuhu. Może nie "te pościgi, te wybuchy", ale no... akcja to akcja haha 

Napiszcie, co myślicie. Co was zaciekawiło, co niespecjalnie :D Jak wam się nowożeńcy podobają? Tyle miłości :D Kasandrze się nie podobają, to na pewno haha.
No i pokazałam Milana z innej perspektywy. Zupełnie inaczej go widziała Liliana, zupełnie inaczej Gaja, on sam siebie inaczej widzi, a teraz doszło do tego spojrzenie Sary. Co je łączy? 

No i Derwan doskonale wie, że Milan chce jechać do domu. Czyta w myślach? 
Jak coś, to do Zalesia zawitamy w rozdziale XII. Tutaj zostaniemy z Sarą i Derwanem, a w jedenastce pokażę, co u Aarona. 

Jak znajdziecie chwilę, podzielcie się swymi myślami. Niech moc będzie z wami! 





czwartek, 14 września 2017

Ogłoszenia z innej parafii

Hej tam!

Wiem, że mało osób to przeczyta, ale chciałam wszem i wobec się pochwalić, że zajęłam I miejsce w konkursie na blogu o przedwojennych piosenkach :D O dokładnie w tym ->




Jakby ktoś w chwili słabości chciałby przeczytać moją pracę, to zapraszam tutaj. Historia ma jedynie 5 stron, więc nie jest to poważny wysiłek czytelniczy... chyba.

Czuję się zobowiązana również podziękować za możliwość wzięcia udziału, świetną organizację i kupę poświęconego czasu.

W weekend chciałabym dodać nowy rozdział na blogu, bo już czas. Nie mogę się doczekać :D Wreszcie mi się wątki zaczynają schodzić, chociaż będzie praktycznie całość o nowych bohaterach. No ale też ważnych :D

Swoją drogą ktoś mi ostatnio polecił, żeby założyć sobie stronę o blogu na jakimś portalu społecznościowym. Mam sporo wątpliwości, bo nie mam żadnego doświadczenia, no i nie wiem, czy to jest potrzebne na takim kameralnym blogu jak mój ;p 

Planuję też trochę przebudować to, co mam tutaj, może dodać jakąś podstronę, na pewno uporządkować istniejące. Można więc do mnie pisać, co nie pasuje, co by pasowało itd.

A jak nikt nie ma nic do napisania, to i tak ślę dobrą energię i kilka promieni słońca ; ))

Trzymajcie się ciepło w tę podejrzaną pogodę!


czwartek, 10 sierpnia 2017

Rozdział 9 cz.4


Mildred polerowała miecz, kiedy Milan dotarł do sali wejściowej. Ich spojrzenia się spotkały, ale żadne nic nie powiedziało. W tej chwili kapitan sprawiała wrażenie wyjątkowo spiętej, wiec młodszy rycerz nie chciał wchodzić jej w drogę. Derwan również milczał, uwagę skupił na kroczącym w ich kierunku mężczyźnie.
– Jego wysokość przyjmie was w sali obrad – powiedział przybysz w ozdobnej szacie. Kiwnął im głową z uznaniem, przymykając oczy.
Mildred zmarszczyła brwi niezadowolona, po czym ruszyła za królewskim doradcą.
Mijali kolejne korytarze, gdzie jeden wcale nie różnił się od drugiego. Kamienne ściany, niewielkie okna, ozdobne kandelabry w bardziej wystawnych miejscach… Co jakiś czas przechodzili obok portretów członków rodziny królewskiej. Praktycznie wszyscy mieli włosy w kolorze czarnym i równie ciemne oczy.
Dotarli do pozłacanych drzwi, gdzie doradca zostawił ich na chwilę, najpewniej zapowiadając przed królem. Milan przeczesał nerwowo włosy. 
Nie czekali jednak długo. Po chwili usłyszeli ciężkie kroki, a z pomieszczenia wychylił głowę strażnik.
– Jego wysokość was oczekuje – powiedział oficjalnie, chociaż jego pozycja wyglądała niezbyt poważnie. 
Nie zwlekając, weszli do dużego pomieszczenia, będącego miniaturką sali tronowej. Na samym środku ustawiono tron wraz z wygodnym fotelem po prawicy. Prostopadle, przy ścianach znajdowały się dębowe ławy, przy których siedzieli mistrzowie pióra. Doradcy zajmowali miejsca przy okrągłym stole, który pasował tam jak pięść do nosa. Sam król kroczył w te i z powrotem po krwistoczerwonym dywanie.
Był to mężczyzna prawie sześćdziesięcioletni, wskazywały na to siwe pasma w kruczoczarnych włosach. Oprócz tego trudno dostrzec w nim starość. Poza imponującym wzrostem miał szerokie, bardzo silne ramiona i pokaźne, zmęczone walką dłonie. Chociaż z rysów twarzy przypominał księcia Dymitra, to jego postawa, ruchy, wyraz twarzy znacząco ich różniły. Następca tronu kroki stawiał ostrożnie, z rozwagą, dokładnie planując następne posunięcie. Przy tym wszystkim pozostawał oschły, jakby wycofany, chociaż skupiający na sobie uwagę. Sambor z pewnością należał do osób energicznych, pewnych siebie, kierującym swym postępowaniem na podstawie intuicji. Odwracał się  rozmachem. Stąpając, uderzał butami o podłoże z taką siłą, że echo wypełniało całą salę.
– Wasza wysokość – przemówiła Mildred, składając rycerski ukłon. Milan podążył jej śladem, kiedy król skupił na nich ogniste spojrzenie.
– To rycerze z Gwardii Królewskiej, panie – wyjaśnił doradca, a król wywrócił oczami.
– Przestać traktować mnie jak zniedołężniałego starucha – warknął, a jego tubalny głos rozniósł się po pomieszczeniu. – Zapowiadałeś ich przed chwilą, głupcze.
Milan usłyszał za plecami rechot któregoś ze strażników, ale nie zmienił pozycji.
– Wstańcie, nie ma potrzeby tyle gapić się na moje buty, nic nie odróżnia ich od waszych.
– Ależ panie – wtrącił jeden z mężczyzn przy okrągłym stole. – Toć to najlepszejsza skóra, obuwie wykonał sam…
– Wyglądam, jakby mnie to obchodziło? – nie pozwolił mu dokończyć. – Zamilcz.
– Przywieźliśmy list od drugiego dowódcy, wasza wysokość – rzekła spokojnie Mildred, podczas gdy król zmierzył ją wzrokiem od stóp do głów i zamlaskał z niezadowoleniem.
– Od Dymitra?
– Ależ książę Dymitr jest pierwszym dowódcą, wasza królewska mość – powiedział doradca po prawicy. – Pozycję drugiego dowódcy zajmuje niezmiennie Racław syn Witolda ze Skierniewic.
– Trzeba było tak od razu! – huknął, podchodząc do rycerzy. – Jak cię zwą, chłopcze? – skierował pytanie do Milana, a on poczuł się jak wrzucony ponownie do studni.
– Milan syn Rubena z Zalesia – odrzekł szybko, zanim zdążył wpaść na coś głupiego. Miał nadzieję, że zdenerwowanie nie było widoczne w jego zielonych oczach.
– Syn Rubena? Cóż za niespodzianka! – Sambor zaśmiał się głośno i przez ułamek sekundy wyglądał jak dobrotliwy starzec. – Poznałem twego ojca. To rycerz wart szacunku! Pokaż mi ten list.
Mildred przekazała kopertę Milanowi, który oddał go bezpośrednio w ręce króla. Ten jedynie zerknął na wiadomość, ale komunikat z pewnością nie należał do wesołych. Sambor nachmurzył się, podniósł rękę i wycedził:
– Wynocha.
Nie podniósł nawet głosu, a wszyscy i tak zaczęli pospiesznie zbierać pergaminy i mapy. Milan już miał ruszyć do wyjścia, kiedy Mildred zatrzymała go w miejscu. Mijali ich kolejni mężczyźni, aż w pomieszczeniu pozostali jedynie oni, władca, jego prawa ręka i kilku strażników.
– A ten? – Król wskazał na Derwana, który tradycyjnie przybrał kamienny wyraz twarzy.
– Wasza wysokość – powiedziała Mildred możliwie najniższym głosem. – Znaleźliśmy na Słonecznych Dolinach jaskinię, być może pochodzi ona sprzed wielkiego pożaru. Najlepiej wysłać tam dodatkową drużynę, żeby zbadała teren.
– A na jakiej podstawie tak uważasz? – zadał pytanie doradca, a w jego głosie Milan dosłyszał lekceważący ton.
– Znaleźliśmy ją w miejscu wskazanym na mapie, to nie może być przypadek. Poza tym widnieje tam znak, którego rozszyfrowanie…
– Czy ja mówię niewyraźnie? – przerwał jej Sambor. – Dlaczego nikt nigdy nie odpowiada na moje pytania? – mówił groźnie, chociaż nie sprawiał wrażenie zdenerwowanego. – Kim jest ten tutaj?
– Derwan syn Awrama z Południowego Szlaku – wyjawił mężczyzna i chociaż Milanowi to nic nie powiedziało, to król nagle się ożywił.
– Więc to ty! – zawołał niemal oskarżycielsko. Jednak, ku zdziwieniu wszystkich, podszedł do niego i uściskał jak brata, omijając zszokowanych rycerzy. Sam Derwan nie zmienił wyrazu twarzy, który nie przedstawiał niczego. – Długo kazałeś na siebie czekać!
– Nie wiedziałem, że mnie oczekiwano, wasza wysokość – rzekł bezbarwnie, kiedy już władca go puścił i zaczął obchodzić dookoła.
– Wieść o twoich czynach dotarła aż tutaj, Derwanie synu Awrama z Południowego Szlaku – zawołał Sambor. – Całe szczęście przyprowadziła cię tutaj moja gwardia… która nawet nie była świadoma, komu towarzyszy.
– Wręcz przeciwnie – wtrąciła Mildred, ale nie kontynuowała, dopóki król nie rozkazał jej gestem tego uczynić. – Słyszałam o jego działaniach, jedynie nie miała pewności, iż to właśnie on. Założyłam, że tożsamość zostanie potwierdzona w zamku.
Milan próbował udawać, że rozumie, o czym mówili obecni. Jednak ich wymiana zdań była dla niego całkowicie niezrozumiała. Przynajmniej dopóki Derwan nie wyciągnął zza pazuchy pierścienia z zielonym oczkiem oraz falistym wzorem. Młody rycerz rozpoznał te zdobienia. Zmarszczył brwi, nie ukrywając już ciekawości i rozdrażnienia.
Jakiś czas temu południowy teren „Lasy Ciszy” został podbity przez królestwo. Ówczesny władca musiał przekazać pierścień następcy i na tym historia ta winna się skończyć. Jednakże ziemie zostały zaatakowane przez kuzynów czy dalszych krewnych. Pewnie Lasy Ciszy przeszłyby na jeszcze inną osobę, ale wtedy przed atakami obroniła ich drużyna nieznanego pochodzenia. Zamiast przejąć bezbronny teren, zwrócili go Samborowi i zaprzysięgli mu wierność. Nikt nie wiedział, w jaki sposób tak niewielka grupa potrafiła utrzymać niespokojne, graniczne tereny. Niektórzy mówili o cudach, boskich dokonaniach.
Teraz się okazywało, że te boskie dokonania przypisano Derwanowi.
Dla Milana, obraz tego człowieka nie pasował do zasłyszanych plotek. Obcy nie tyko nie wyglądał na szlachetnego rycerza… on nie wyglądał tak naprawdę na żadnego rycerza. Chociaż nosił przy sobie broń, jeszcze ani razu jej nie wyciągnął.
– Całe szczęście, to królestwo posiada jeszcze takich mężów – pochwalił Sambor, klepiąc Derwana po plecach, przez co mężczyzna mimowolnie przeskoczył do przodu. – Jestem twym dłużnikiem. Proś, o co chcesz!
Nawet doradca wyglądał na zszokowanego. Król nie miał prawa rzucać słów na wiatr. Kiedy mówił, że odda wnuczkę w ręce południowego księcia, to tak też musiał uczynić. Gdyby zaprzeczał własnym słowom, wyszedłby na niegodnego zawierania paktów. Dlatego kiedy rzucił „proś, o co chcesz”, to obcy miał szansę życzyć sobie wszystkiego, czego dusza zapragnie. Zbyt wielka to łaska dla kogoś, kto po prostu strzeże częściej atakowanego terytorium.
– Nie przybyłem do stolicy, aby zawracać wasze wysokości głowę moimi błahymi problemami – zaczął Derwan, rzucając Milanowi i Mildred krótkie spojrzenie. – Zależy mi tylko na jednym.
– Nie krępuj się.
Milan wolałby, żeby obcy milczał…tak byłoby dla nich wszystkich lepiej. Jednak gdyby jemu król pozwolił na zażądanie czegokolwiek, z pewnością pomyślałby o czymś drogim, ambitnym i trudnym do zrealizowania.
Jednak Derwan nie urodził się Milanem, więc powiedział:
– Przyjechałem do zamku po żonę…
Być może te słowa nie powinny zrobić na nikim wrażenie…
…ale zrobiły.
Wszyscy wbili spojrzenia w obcego, który stał niewzruszony, skupiony na celu. Nawet król Sambor zmrużył oczy, chociaż jeszcze chwilę wcześniej trysnął energią.
Nastała cisza, które nie przerwały nawet nerwowe przytupywanie głównego doradcy.
– Kogo chcesz poślubić? – zapytał poważnie król, jakby oczekując najgorszego. Nie był zaniepokojony, najwyżej przygotowany na rozczarowanie.
– Nosi imię Sara, jest służką księżnej Kasandry.
Jeśli wcześniej ich stan można było nazwać zdziwieniem, to Milan nie miał słów, by określić szok, który zawitał na twarzach obecnych.
Każdy zakładał, że mężczyzna poprosi o damę dworu, przy odpowiednim tupecie nawet o księżniczkę. Nikt nie wpadłby na o, co zaprezentował im Derwan.
– Prosisz mnie o rękę służącej? – nie ukrywał zdumienia Sambor. – Dlaczego?
– Ponieważ wasza wysokość mi na to pozwolił. Nie muszę wobec tego kierować się konwenansami. Zależy mi właśnie na niej.
– To jakaś twoja krewna, panie? – dociekał doradca.
– Nie.
– Twoje motywy nie są dla nas jasne – skwitował, nadmuchując policzki.
„Ten mi nowość” pomyślał Milan. Co kierowało tym człowiekiem, pewnie sam diabeł nie wiedział.
– Mój ojciec obiecał jej opiekunowi, że tak postąpię – wyjaśnił Derwan, jakby to miało załatwić sprawę. Dla Milana nie załatwiło… ale król nie urodził się Milanem, dlatego powiedział:
– Więc to sprawa honoru?
Mężczyzna przytaknął krótko, a król chrząknął głośno i wyprostował plecy.
– Nie pozostaje mi nic innego, jak spełnić twe żądanie. Jednak pod jednym warunkiem…
Zrobił pauzę, żeby poskładać myśli. Nie trwało to wcale długo, nie pozostawił ich w oczekiwaniu więcej jak minutę.
– Poślubisz ją na dworze, tutaj, za trzy dni.
„Po co?” pomyślał Milan, ale już stracił nadzieję, że zrozumie postępowanie mężczyzn.
– Będę zaszczycony – odpowiedział Derwan, kłaniając się, chociaż jego emocje pozostały nieodgadnione.
– I słusznie! – zagrzmiał Sambor. – Teraz czas na tych świrów ze wschodu. Co tam znaleźliście, Milanie?

***

Ten dzień naprawdę go wykończył. Wciąż bolała go głowa od nadmiaru emocji związanych ze spotkaniem rodziny królewskiej, ale przecież wciąż miał jeszcze jedną misję do spełnienia.
Wybrał najlepszą z możliwych pór dnia… dość późno, żeby po korytarzach nie błądzili mieszkańcy zamku ale wystarczająco wcześnie, żeby nie zastać księżniczki w koszuli nocnej.
Spojrzał na zapieczętowany w żółtej, nieco nazbyt dużej kopercie list, który dała mu Gaja.
Nic nie obiecywał… ale musiał spróbować, w końcu był rycerzem gwardii. Chyba potrafił dotrzeć do królewny, prawda?
Zgodnie ze wskazówkami, powinien wybrać boczne wejście dla służby. W ten sposób uniknie spotkania z czujnymi strażnikami i wmiesza się w tłum.
Tak też zrobił. Nie trafił na większe przeszkody, co wcale go nie cieszyło… bo szło mu za łatwo. Nie miał pewności, czy wybrał odpowiedni kierunek, ale mijał wszystkie znaki, o których powiedziała mu… kim ona właściwie dla niego była?
Wskoczył po schodach na drugie piętro, przemknął przez kolejny korytarz. Obok niego przeszły dwie pokojowe, ale żadna nie zatrzymała rycerza. Dopiero gry dotarł na wschodnią wieżę, w polu widzenia dostrzegł straż nocną. Próbował ich ominąć, ale przez to trafił na kolejną parę. Musiał odwrócić ich uwagę, ale nie miał też zbyt wiele czasu. Zacisnął żeby.
Gdyby wybrał noc, ukryłby się w ciemności. Jednak wtedy każdy postawiony krok nastałaby na niego kłopoty.
– Szukasz czegoś, rycerzu gwardii? – usłyszał za plecami słodki głos.
Nie odwrócił się od razu. Wtedy przyznałby, że został przyłapany na gorącym uczynku. Odczekał kilka chwil, a na jego szyi pojawiła się gęsia skórka, kiedy delikatna dłoń dotknęła ramienia.
Wtedy zdecydował stanąć twarzą w twarz z damą dworu królowej Aurory o długich, jasnych włosach i malinowych ustach. Nie była od niego wiele starsza, najwyżej dwa lata.
– A może powinnam zapytać, czego konkretnie szukasz? – dodała, przesuwając dłoń wzdłuż jego ręki. – Przygody? – Zatrzepotała rzęsami, by posłać mu uroczy uśmiech, a on nie był głupi… doskonale znał ten cykl gestów.
Przełknął ślinę, bo jeśli chodzi o flirty, to nigdy nie przodował.
– Jesteś strasznie spięty – stwierdziła, chwytając dłoń chłopaka, by spleść ich palce.
– Jesteś strasznie bezpośrednia – powiedział niezbyt sympatycznie, marszcząc brwi. Twarz dziewczyny oblał rumieniec, zaraz potem odskoczyła jak oparzona.
– Razi cię to? – zapytała wciąż słodko, ale w jej głosie zabrzmiało drżenie niepokoju.
Chciał powiedzieć „ani trochę”. W romansach nie nabył doświadczenia, ale to nie oznaczało, że wyobraźnia nie działała, jak należało. Myślami wypłynął już hen daleko i wcale nie przeszkadzało mu urzeczywistnienie tych fantazji.
Nie zdążył nic powiedzieć, bo na korytarzu, tuż przed jego oczami pojawił się cel tej nocnej podróży.
– Nie masz chęci? – powtórzyła nie dość cicho blondynka, a on zastygł.
– Po twarzy wnioskuję, że nawet jeśli ową chęć posiadał, to już ją stracił – powiedziała chłodno Marianna, posyłając im karcące spojrzenie. Dama dworu dopiero wtedy zdała sobie sprawę z towarzystwa i zamarła. – Z kolei ty, Zena, masz chęci aż za wiele. Spróbuj je zaspokoić sama, w swojej sypialni, bo moje chęci na oglądanie romansów są zerowe.
– Ja… – zaczęła blondynka, ale po chwili zrezygnowała. Posłała Milanowi ostatni uśmiech i uciekła, chichocząc pod nosem.
Zostali na korytarzu sami, nie licząc dwóch strażników, którzy rzucali im ukradkowe spojrzenia.
– Tego mogłam oczekiwać po przejezdnym rycerzu – powiedziała z wyrzutem Marinna. – Można myśleć, że waszym głównym zajęciem jest wchodzenie w bliższe relacje z każdą napotkaną panną.
Nie mógł powstrzymać parsknięcia. Ona go… karciła. Ta najwyżej trzynastoletnia dziewczyna go karciła i to całkiem poważnie.
– Takie to zabawne? – Uniosła brwi, marszcząc blade, pokryte piegami czoło.
– Bynajmniej. Po prostu spieszysz się z tymi ocenami, wasza wysokość – odparł wesoło, przeczesując brązowe włosy. ­– Przyczyną mojej podróży po zamku byłaś właśnie ty, księżniczko Marianno.
– Ja? – Nagle w jej niebieskich oczach pojawiła się nieufność. Mógł sprostować te myśli, ale postanowił do razu przejść do rzeczy.
– Jest coś, co wręczyła mi twa siostra… – zaczął, ale Marianna nie pozwoliła mu skończyć. Wskazała mu drogę naprzód, po czym sama poszła w tym kierunku. Powstrzymał wahanie i ruszył jej śladem, śledzony spojrzeniem strażników. Żaden z nich nie śmiał go zatrzymać w towarzystwie córki następcy tronu.
Miał nadzieję, że dziewczyna zaprowadzi go do prywatnego gabinetu, a nie do lochów… chociaż jedna i druga myśl nie należała do najmądrzejszych. Księżniczki nie miały komnat przeznaczonych na audiencje, a za samo chodzenie po zamku nie groziło mu pojmanie.
Cokolwiek sobie wyobrażał, nie miało to znaczenia. Marianna zaprosiła go do ciasnej komórki na półpiętrze ukrytych schodów wieży.
– Nie sądzę, żeby wiadomość od Gai była ważniejsza niż to, o co ja chcę ciebie zapytać, rycerzu – syknęła niemal złowieszczo, kiedy zamknęła drzwi i obydwoje pogrążyli się w ciemności.
– Słucham – wyjąkał, z trudem panując nad barwą głosu. Jeśli ktoś go przyłapie w schowku z królewną, z pewnością zostanie powieszony...
– Jak bliski jest ci ten cały Derwan syn Awrama? – zaczęła napastliwie.
– Dokładnie tak bliski, jak ktoś, kogo znasz od tygodnia.
– To wspaniale. – Wyobraził sobie, jak wywraca oczami. Tak bardzo by to przypominało Gaję. Niemalże ją widział w tej komórce, z roziskrzonymi oczami i rękami zaciśniętymi w pięści. – Powiedz mi, co o nim wiesz, a ja przyjmę ten list.
– Przysługa za przysługę? – parsknął z irytacją. – Tylko że samo odebranie wiadomości to nie coś, co nazwałbym łaskawością z twojej strony, księżniczko. Oczekiwałem prędzej wdzięczności, bo dla tego listu niemało ryzykowałem.
– To jest rzecz między tobą a nią, Gaja spłaci ten dług. Ja za informację mogę ci obiecać bezpieczny powrót tam, skąd przyszedłeś. Rachunki zostaną wyrównane, skoro o Derwanie pewnie i tak nie wiesz wiele.
Nie potrafił jej odmówić, chociaż jakaś część niego bardzo chciała… nie wiedział, która, ale i tak. Marianna działała mu na nerwy niemal tak samo jak jej siostra. Była przesadnie pewna siebie, złośliwa i zarozumiała.
– Powiem ci, księżniczko, co chcesz, jeśli ty wyjawisz mi to, co tobą kieruje – postanowił zawalczyć o informacje, tych zawsze lepiej mieć więcej niż mniej.
– Ten człowiek poprosił o służkę mojej matki, która nigdy nie widziała go na oczy. Dbamy o kobiety wokół nas, to takie niecodzienne?
– Skoro tak o nią dbacie, to czy nie powinnyście wyrazić jakaś formę... radości? Znalazła szanowanego męża wyższego stanu – syknął, a Marianna nabrała głośno powietrza, lecz nic nie powiedziała. Stała naburmuszona, najpewniej marszcząc nos i krzyżując ręce na piersiach. To musiał być zabawny widok.
– My, kobiety, kierujemy się czymś innym przy wyborze mężczyzny. Ty tego nie zrozumiesz, rycerzu, ale akurat do tego zdążyłam przywyknąć.
– Tak, ciekawe czym…  – zaczął, ale nagle usłyszał głośne kroki na schodach. Marianna przycisnęła go do ściany, kładąc dłoń na ustach. Nie musiała tego robić, ale widać wolała uniknąć ryzyka.
Stali tak jak zmrożeni, dopóki odgłos na wieży nie ucichł. Kiedy ponownie otoczyła ich cisza, nieco się rozluźnili, ale i tak tkwili w niezmienionej pozycji.
– Zabawne prawda? – szepnęła, wciąż stojąc o wiele za blisko. – Rozmawiamy o interesach, a wyglądamy pewnie jak para zakochanych na schadzce.
Przyznałby jej rację, gdyby nie miała tylko trzynastu lat. W świetle prawa nie mogła jeszcze wyjść za mąż, a cóż dopiero szukać romansów. Nawet jeśli zachowywała się jak starsza siostra, to od Gai była młodsza o cały rok. Nie mógł nawet o niej myśleć w sposób, o którym mówiła.
– Tylko brakuje, żebyś mi podarował bezwartościowy talizman, który bym nosiła do czasu, aż mój mąż w końcu by go zerwał w napadzie złości. – Zabrała rękę z twarzy rycerza i westchnęła. – Żebyś mi przysięgał wieczną miłość i żebym cię potem więcej nie zobaczyła.
Milan przymknął oczy, przytłoczony barwą jej głosu. Niechciane myśli błądziły w jego umyśle, nie potrafił ich uporządkować.
Co właściwie wiedział o Derwanie? Na pewno nic szczególnego, poza nietypową osobowością. Nie rozumiał, co nim kierowało w sali obrad. Mężczyzna nie uznał za stosowne wyjawienie Milanowi i Mildred swych tajemnic… i pewnie słusznie. Jeśli coś ukrywał przed królem, to na powiernika nie mógł wybrać rycerz gwardii.
Milan nie uznawał go zresztą za kompana. Dlatego powiedział Mariannie, co wiedział, byleby tylko ominąć jej gierki, których nie powinna znać, bo była jeszcze dzieckiem.

***

Po wszystkim udał się do komnaty, którą miał zajmować wraz ze strażnikami. Otrzymał czystą, wykrochmaloną pościel, dozorczyni życzyła mu dobrej nocy, a on przez długi czas nie mógł zasnąć. Wciąż tkwił we wrażeniu, że o czymś zapomniał. Chociaż znalazł Mariannę, oddał list, wykonał polecenia Mildred…
Zacisnął zęby i przewrócił się na drugi bok. Coś go uwierało w nodze… zapewne pozostałość po ranie z lasu Czystych. Wciąż mu dokuczała.
Położył się ponownie ma plecach, ale w takiej pozycji nie miał szansy odpocząć.
Wstał i założył skórzane buty, jednak poszło mu nadzwyczajnie wolno, jakby powietrze nagle zgęstniało i utrudniło mu ruchy.
Pewnie zmęczenie…
Wyszedł na podwórze, szukając wzrokiem czegokolwiek, co zwróciłoby jego uwagę. Jak na złość na zewnątrz panowała grobowa cisza. Postanowił zajrzeć na tyły, gdzie teoretycznie nie powinien wchodzić, ale tak naprawdę robił to, odkąd pamiętał, bez zastanowienia.
Zobaczył brata, ze szmatą w ręce, szorującego brunatnego konia ich ojca. Spocone włosy zakrywały czoło, rękawy koszuli podwinął aż po łokcie.
– Co tu robisz? – warknął do niego, kiedy Milan podszedł na tyle blisko, że młodzieniec mógł wyczuć jego obecność. ­– Śmigaj do domu.
Chciał coś odpowiedzieć… ale nie potrafił wydusić głosu.
Dlaczego mu rozkazywał? W porównaniu do Milana, wyglądał jak chuchro.
Podszedł do niego ostrożnie, z pewnym ociąganiem, a brat wymamrotał pod nosem „jak zwykle plącze się pod nogami”.
Pomyślał wtedy, ze coś jest nie tak, ale nie potrafił wskazać, co. Koń wyglądał normalnie, on też.
– Gdzie jedziesz? ­– zapytał z chłopięcym zainteresowaniem.
– Na rynek – odpowiedział mu. – Ale to po południu i nie na tym koniu.
– Mogę jechać z tobą?
– Przecież wiesz, że nie.
– Ale ja chcę! – zawołało dziecko obok Milana. Pięcioletni chłopiec o krótko przystrzyżonych brązowych włosach i ciekawskimi, zielonymi oczami.
– Właśnie dlatego zostaniesz tutaj, brzydalu! – odepchnął chłopca z wyjątkową jak na takiego chudzielca siłą. Dziecko upadło na ziemię, a z oczu zaczęły wypływać łzy. Takie, które wcale nie dotyczyły bólu fizycznego.
Milan stał jak głupi, przybierając rolę świadka swoich wspomnień. Jego policzki były mokre od słonych kropel, chociaż wcale nie płakał… naprawdę, nie robił tego odkąd skończył osiem lat albo nawet i wcześniej.
– No już nie becz, głuptasie – powiedział do niego brat, już o wiele łagodniej. – Możesz popilnować konia, jeśli chcesz już zrobić coś pożytecznego. Dla odmiany.
Spojrzał w błyszczące ślepia stworzenia, które nerwowo przecierało kopytami podłoże.
– Chyba chce mu się pić – powiedziała jego młodsza, pięcioletnia wersja, podsuwając wiadro bliżej zwierzęcia.
Milan doskonale wiedział, co zaraz będzie miało miejsce. Chociaż na jawie nie potrafił przywołać większości obrazów, we śnie wszystko wydawało się oczywiste.
Sam nie wiedział, czy nawiedziło go przerażenie czy zażenowanie związane z własną głupotą. Chciał zatrzymać dzieciaka, który wkładał wiadro do prawie pustej studni. Tylko że nogi wrosły w ziemię, nie mógł zrobić ani kroku.
Ziemia pod stopami lekko drżała, kiedy jego ciało powoli znikało w błocie, które bulgotało tuż pod nim… a może nad nim.
Stracił rozeznanie, gdzie powinien teraz być. Frunął w chłodnej przestrzeni i jednocześnie leżał w kałuży, która zatopiła jego uszy.
– W tej ciemności wyglądamy jak para zakochanych – usłyszał znajomy głos.
Rudowłosa dziewczyna uklęknęła tuż przy ramieniu Milana, a jej rude kosmyki łaskotały jego policzki. W tej pozycji mógł zobaczyć jej długa, bladą szyję i cienki rzemyk, na którym nosiła kamienny talizman.
– Może nimi jesteśmy – powiedział, patrząc na jasność ponad głową. Usłyszał śmiech jedynej towarzyszki, który w tym otoczeniu brzmiał zupełnie inaczej, niż pamiętał.
– Z kim rozmawiasz?
– Boli mnie głowa – chciał dodać, ale woda wlała mu się do gardła i uniemożliwiła mówienie.
Wyciągnęła do niego rękę, którą chwycił, żeby wydostać się z tego miejsca.
Niewiele widział. Oślepiła go jasność, którą przebijał tylko uścisk silnej, męskiej dłoni.
Ktoś go niósł.
Nie wiedział kto, gdzie i dlaczego.
Krew kapała z jego czoła… na trawę, potem na suchą ziemię, aż w końcu na klepisko.
Mężczyzna o gęstej, ciemnej brodzie rzucił go na łóżko, zaraz potem przyłożył do głowy mokrą szmatę.
Powoli odpływał do innej krainy, o wiele przyjemniejszej  radośniejszej niż ta tutaj.
Tylko że on chciał zostać.
„Błagam, Milan, nie umieraj. Zrobię wszystko, co chcesz, tylko nie umieraj”.
Obcy pochylił się nad nim, a drewniany talizman zawieszony na sznurku uderzył w nos Milana.
Nie widział wyraźnie, ale z jakiegoś powodu czuł, że powinien go obejrzeć z bliska.
Wyciągnął dłoń, dotknął ciepłego policzka wysypanego licznymi piegami.
– Nie chcę cię oglądać, martwego tym bardziej, knurze – powiedziała z typowym dla siebie wyrazem twarzy, kiedy sama nie wiedziała, czy chce się uśmiechnąć czy kogoś uderzyć.
Położył rękę na jej nadgarstku, by przysunąć ją do siebie i przyjrzeć naszyjnikowi, który nosiła, a który nie należał do niej.
Oparła dłonie na jego klatce piersiowej… i zbliżyła do niego jeszcze bardziej.
Tylko że kiedy przymknął powieki, już był całkiem sam, w twardym łóżku w komnacie, którą dzielił ze strażnikami.  
Przebudzenie było gwałtowne… zbyt gwałtowne. Nie mógł zapanować nad dyszeniem, nawet kiedy podszedł do niego jeden z mężczyzn.
– Co ci jest, duchoty masz?
Serce Milana waliło z taką siłą, jakby całą noc biegał… a przecież spał, a i sen nie należał do szczególnie męczących… chyba.
– Taki młodziak? Pewnie rąbał jakąś pannę – usłyszał, ale potem coś przytkało jego uszy i wymamrotał:

– Muszę wracać do domu. 

***

Napisałam ten rozdział już jakiś czas temu i teraz jak go czytałam, to pomyślałam "Kurde, Milan, ale ty jesteś miękki" :D 

Ten rozdział, bardzo długi zresztą, musiał się pojawić, żeby w miarę lekko rozwinąć pewne wątki. Cała historia na razie jeszcze się rozrasta, ale już za kilka rozdziałów powinnam zbierać wszystko do kupy. W następnym pojawi się Sara, przez co wyjdzie też sporo informacji o Derwanie, Milan wyruszy w podróż, a zaraz potem rozpiszę się o Aaronie, którego związek z mieczem to niejako punkt wyjściowy całego opowiadania. 

Możecie mi napisać, jakie wrażenie zrobił na was Sambor... i Marianna. Milan odebrał ją jako nazbyt dojrzałą jak na swój wiek, jak wy sądzicie? 

Jeśli rozdział wydał się nazbyt chaotyczny, niezrozumiały albo coś wam nie pasowało - piszcie! Zamierzam go poprawić, ale na razie nie umiem ocenić, co jest nie tak.

Niech moc będzie z wami!