sobota, 18 marca 2017

Rozdział 8 cz.1

BĘKART

Nauka wszystkich komnat i łączących ich korytarzy zajęła Lilianie trzy dni. Niejednokrotnie błądziła, ale za każdym razem z opresji ratował ją Sebastian. Zupełnie jakby swoje życie ograniczał do śledzenia poczynań dziewczyny.
Sama praca w archiwum koszmarnie nudziła. Polegała jedynie na przerzucaniu zwojów z jednego do drugiego miejsca na półce, czasami ich ponownego pieczętowania. Zarówno ojciec Horacy jak i jego młody pomocnik sprawiali wrażenie zafascynowanych każdym kawałkiem papieru. Liliana czuła jedynie irytację, bo nie mogła przeczytać, co na tych kawałkach napisano.
Wiedziała, że to zadanie nie będzie wielokrotnie powtarzaną „podróżą pełną przygód”. Mimo to chciała więcej. Jakby tego było mało, w ciasnych pomieszczeniach archiwalnych odczuwała niepokój. Nigdy nie przepadała za zamkniętą przestrzenią, a w bibliotece dodatkowo brakowało okien i powietrza. Wiecznie uśmiechnięty Sebastian nie pasował do smętnego krajobrazu, ale z czasem nawet i on zblakł, skupiony na sortowaniu zwojów.
– Jak tutaj trafiłeś? – zapytała szóstego dnia, czując potrzebę kontaktu z drugim człowiekiem. Jedli wtedy zupę w kuchni, która smakowała lepiej niż jakakolwiek w jej życiu. Kucharka, gotowała wspaniale, ale była niemiła i zapatrzona w siebie.
– A ty? – mruknął z uśmiechem, wpychając do ust kolejną łyżkę gorącego wywaru.
– To nie mów – warknęła i skupiła spojrzenie na misce.
Później układali na półkach księgi, w pokoju gdzie światło dawała tylko jedna, niezbyt wielka świeca. Na całe szczęście przywykła już do ciemności. Zazwyczaj w pracy towarzyszył im ojciec Horacy albo jego wysłannicy, jednak tym razem w pomieszczeniu przebywali całkiem sami.
– Zaspokoję twoją ciekawość – wypalił w pewnym momencie Sebastian, a Liliana upuściła na ziemię wszystko, co trzymała w rękach. Od uderzenia uniosły się tumany kurzu, ale zanim zdążyła cokolwiek z tym zrobić, chłopak już był przy niej. – Uważaj! To są bezcenne eksponaty! – Pozbierał pośpiesznie rzeczy z podłogi, po czym odłożył je na dębowy stolik. – Kto by pomyślał, że z rycerzy takie fajtłapy – dodał obrażony, przytulając księgi do piersi.
– Uważaj, bo wytrę tobą podłogę – warknęła. 
– Jak zrobisz to tak, jak pracujesz z dokumentami, to po wszystkim wciąż będzie brudna.
Nie miała ochoty uczestniczyć w tych dziecinnych sprzeczkach, więc powróciła do nużącej próby porządkowania papierów.
– Wychowano mnie w klasztorze ojca Horacego – powiedział spokojnie, nie przerywając pracy. Tym razem dźwięk jego głosu jej nie zaskoczył. – Uwielbiałem lekcje czytania i pisania, dlatego skierowano mnie na kaligrafię. Pół życia spędziłem z księgami, świetnie sobie radziłam, więc po aferze z magnatem poproszono mnie o pomoc w bibliotece.
– Aferze z magnatem? – powtórzyła, starając się brzmieć naturalnie, chociaż od środka zżerała ją ciekawość. Znała jedynie ogólne informacje na temat konfliktu.
– Niewiele wam mówią, co? – Nie odpowiedziała, ale on najwyraźniej uznał to za zgodę. – Widziałem, jak cię to poruszyło, wtedy pod drzwiami. Tutaj wszyscy o tym wiedzą, nawet ja, chociaż rzadko opuszczałem klasztor. – Zrobił pauzę, oczekując od dziewczyny reakcji. Nie doczekał żadnej, więc kontynuował. – Każdy władający ziemią ma obowiązki wobec władcy i ten tutaj dbał właśnie między innymi o królewskie dokumenty. Król musiał mu ufać, skoro powierzył osobie spoza stolicy takie zadanie. Potem, nagle przybył następca tronu i oskarżył magnata Hermickiego o zdradę! Ten przysięgał niewinność, ale na nic się to zdało. Został stracony, a to miejsce poszło pod władanie doradcy. Wiesz, każdy zdrajca zawsze przysięga niewinność. Tylko że jeśli chodzi akurat o tego, to nie wiem do końca, po co miałby to robić. Posiadał wszystko, czego dusza zapragnie: pozycję, majątek, rodzinę. Po co miałby tak ryzykować?
– Żeby mieć lepszą pozycję, majątek, a może i rodzinę – powiedziała Liliana, powtarzając kiedyś zasłyszane słowa.
– Ja go poznałem, w końcu to brat ojca Horacego… – zamilkł na chwilę, zerkając kątem oka na dziewczynę. – Nie sprawiał wrażenia cwanego, bardziej zakochanego w swoim życiu. W okolicy nikt za nim nie przepadał, nie dbał o miejscowych, za bardzo pochłaniał go zachwyt nad samym sobą. Ojciec Horacy też nie darzył go szacunkiem, niejednokrotnie popadali w konflikt. Ale zdrada?
– Nie tobie to oceniać – rzuciła, a w jej głosie zabrzmiał karcący ton. – Nie rozumiesz wielkiej polityki, tak samo jak ja i wielu naszych kompanów. Słyszałam o dorosłych mężczyznach, którzy przez wiele lat udawali dziecko, nikt nie spodziewa się zdrady, dopóki jej nie wykryje.
– Możesz mieć rację – Sebastian pokiwał głową z uznaniem, kompletnie nieprzejęty wzburzeniem dziewczyny. – Ale teraz twoja kolej. Zapytałaś mnie, jak tutaj trafiłem… a ty?
– Dostałam zadanie od dowódcy – odrzekła, siadając okrakiem na niskim taborecie. Sebastian zmierzył ją spojrzeniem, oceniając niezbyt damskie zachowanie.
– Nie o to mi chodzi – rzucił, rezygnując z kąśliwej uwagi. – Interesuje mnie, jak zostałaś rycerzem.
Zareagowała wymuszonym śmiechem, na który on nie dał się nabrać. Zmarszczył czoło, czekając cierpliwie na odpowiedź.
– Nie wiesz, jak można zostać członkiem Gwardii Królewskiej?
– A kto to wie? – parsknął Sebastian, wycierając kciukiem długi nos. ­– Przecież nie na co dzień można spotkać jednego z was. Poza tym, nie pytałem o historię jakiegoś tam człowieka, tylko twoją.
Nie odpowiedziała od razu. Najpierw bezmyślnie rozkładała zwoje, zbierając myśli. Nie tylko nie potrafiła przywołać w pamięci wszystkie wspomnienia z tamtego okresu. Przede wszystkim nie wiedziała, ile powinna mówić, żeby nie wpędzić siebie i Aarona w kłopoty.
– Kiedy odwiedzałam wioski razem z bratem… – zaczęła powoli.
– Masz rodzeństwo?
– Tak – rzekła już bardziej pewnie. – Podobnie jak ja należy do rycerzy Lagary, ale wysłali go na wschód. Broni twierdzy na Deszczowych Wzgórzach, ale dawniej zawsze byliśmy razem. Pewnego dnia zobaczyliśmy właśnie takiego gwardzistę, robił wrażenie. Potem podsłuchaliśmy, jak ludzie mówili, że takiemu to nic nie brakuje, więc… namówiliśmy naszego opiekuna, żeby nas zapisał. Potem przeszliśmy przez testy wstępne i tyle.
To nie była do końca prawda, ale nie chciała wnikać w szczegóły. Kiedy zobaczyli po raz pierwszy rycerza króla, czuli jedynie strach. Wysoki człowiek, na silnym koniu, w pełnym, czarnym uzbrojeniu nie wzbudzał ich zaufania. Nie interesowała go para dzieciaków ukrytych za drzewem, tylko to ich uratowało.
Dopiero później usłyszeli, że ludzie w ciemnym, pięknych strojach to gwardia. Już od dłuższego czasu błądził w ich głowach pomysł, żeby zostać rycerzem. Mogliby wtedy lepiej walczyć, więcej jeść i po prostu przeżyć. Tylko że otrzymanie miejsca w orszakach wymagało słusznego pochodzenia, a oni nawet nie znali swoich imion. W końcu dotarła do nich informacje, że od szkolących się w Lagarze nie wymagano niczego ponad oddania ich przez opiekuna.
Problem polegał na tym, że oni nie mieli żadnego.  
Czasu było niewiele, więc poświęcili jedynie kilka dni na zdobywanie informacji. Praktycznie nie spali, nie jedli, cudem uniknęli choroby. W końcu dali radę odnaleźć żebraka, który był do tego stopnia zdegenerowany, że nie zdołał nawet pisnąć, kiedy Aaron uderzył go w szczękę, pozbawiając przytomności. Zaciągnęli go do lasu, daleko od zaludnionych terenów podmiejskich. Dopiero tam oblali kubłem zimnej wody, co skończyło się atakiem kaszlu, prychaniem i złorzeczeniem.
– Gówniarze! – wrzasnął, machając dziko rękoma. ­– Jakim prawem, wy… – zamilkł, kiedy w końcu zamazany obraz przed jego oczami nabrał ostrości. Co dokładnie w nich zobaczył, Liliana nie wiedziała.
– Będziesz naszym opiekunem – powiedziała pogodnie dziewczyna. Zmrużyła oczu, uśmiechając się i uniosła ramiona, przytykając palce do drobnej buzi.
– Szaleńcy… – wycharczał, wytrzeszczając oczy.
– Dostaniesz pieniądze. – Wyciągnęła w jego kierunku worek wypełniony srebrnymi monetami. – Musisz tylko z nami pójść i zapisać nas do Gwardii Królewskiej.
– Żarty jakieś… – burknął. Splunął na ziemię, zaraz potem głośno beknął, najwyraźniej uspokojony ich pokojowym zachowaniem. – Wasz ojciec nie może was tam wysłać? Co to w ogóle za gwardia?
W odpowiedzi Aaron rzucił w jego stronę kawałkiem papieru, na którym napisano ogłoszenie prosto z Lagary.
– Nie umiem czytać – mruknął mężczyzna, jakby to zachowanie obraziło go bardziej niż cios w głowę i oblanie lodowatą wodą. – Widzę pieczęć królewską, to coś oficjalnego?
Oni też nie potrafili, ponad to nie mieli pojęcia, co to znaczy „oficjalne” ani czym była królewska pieczęć. Wiedzieli, że chcieli dołączyć do gwardii... i w sumie tyle.
– Nasz opiekun nie chce nas tam zabrać – kłamała, zerkając na Aarona.
– Nie chce was też nakarmić – wymamlał, bekając przy okazji. – Nie będę się w to mieszał, poszukajcie kogoś innego.
– To za co będziesz pił? – zapytała zdawkowo. – Nie masz pieniędzy, kraść też nie umiesz. Nie umiesz nic, nie robisz nic. Możesz nas tam zaprowadzić, inaczej nie zdążymy na zgłoszenia.
– A co mnie to obchodzi? – rzucił niezbyt pewnie, kiedy Aaron zaczął od niechcenia obracać w rękach stary nóż.
Nie wiedząc, co mogłaby jeszcze powiedzieć, wyciągnęła ponownie przed jego nos worek.
Zgodził się. Nie pamiętała jak i co go w końcu przekonało. Jednak zabrał dwójkę dzieciaków aż do zamku, gdzie czekało na nich nowe życie.
To była historia, którą znali tylko oni. Od momentu kiedy przenieśli ich do Lagary, nigdy już nie spotkali mężczyzny, który za worek monet otworzył im bramę do lepszej przyszłości. Najprawdopodobniej już nie żył, bo jak inaczej mógł skończyć żebrak, wydający ostatnie grosze na alkohol...?
– Pochłonięta przez wspomnienia? – wyrwał ją z zamyślenia Sebastian. – Kogo tam widziałaś? Księcia na białym koniu?
– Księcia na koniu? – powtórzyła, marszcząc brwi, wciąż nieobecna myślami.
– Kiedy dziewczyna marzy o swoim idealnym mężu, to ponoć zawsze jest właśnie książę na białym koniu.
– Dlatego, że jest bogaty? – zapytała zaciekawiona, przypominając sobie pierwszego dowódcę. Zdecydowanie mogła nazwać go człowiekiem, którego skrycie pragnie wiele kobiet. Nie ze względu na urodę, o tym Liliana zresztą nie miała pojęcia. Chodziło bardziej o sposób poruszania czy mówienia, typowy królewski blask, który go otaczał. Mimo to uważała, że kobiety wybierają mężów na podstawie jego stanu majątkowego. Ślub miał na celu przekazanie dziewczyny do domu mężczyzny, a każda chciała mieć jak najwygodniejsze życie.
– Nie o to mi chodziło, ale niech ci będzie – zaśmiał się.

Z czasem przywykła do towarzystwa Sebastiana, który w szarości wykonywanej pracy tryskał energią. Ich konwersacje nie należały do szczególnie długich, a w obecności ojca Horacego nie pozwalali sobie nawet na krótką wymianę zdań. Pomimo tego, nawet kiedy na twarzy chłopaka nie gościł uśmiech, w oczach błyszczała łobuzerska iskra. Pod wieloma względami przypominał Fomę, z tym że rycerz posiadał o wiele więcej ogłady i chociaż lubił dyskutować, to nigdy nie zadręczał tym innych.
Nie potrafiła rozgryźć ojca Horacego i to nie dawało jej spokoju. Mężczyzna zawsze przemawiał do niej z szacunkiem, niejednokrotnie pytał o samopoczucie. Zawsze działał spokojnie, nie wykonywał niepotrzebnych ruchów. Doskonale wiedział, gdzie schowano dane księgi, jak je układać, gdzie przenosić. Mimo to nie nawiązywał z nikim bliskich relacji. Nawet Sebastian, który mówił o nim niemalże jak o istocie boskiej, nie zajmował jego czasu. Dlatego, kiedy pewnego dnia ojciec Horacy zadał jej pytanie, nie mogła wyjść ze stanu zdumienia.
– Wiesz, czym jest zdrada, Liliano?
Na początku nie wiedziała, czy te słowa w ogóle skierowano do niej. Obróciła się dookoła, ale nikt poza nimi nie przebywał w pomieszczeniu.
– Ja… – zaczęła. – Mówił pan coś?
– Pytałem, czy wiesz, czym jest zdrada – powtórzył ojciec Horacy, mierząc ją czujnym spojrzeniem.
– Jak każdy. To wspieranie wrogów króla.
Mężczyzna posłał jej protekcjonalny uśmiech. Definicja, której nauczali w Lagarze, nie należała do długich ani skomplikowanych. Nikt też szczególnie jej nie rozpisywał, bo nikt nie miał wątpliwości, że z siłami przeciwnymi władcy nie wolno rozmawiać, najlepiej w ogóle się doń nie zbliżać.
Najwyraźniej to ojcu Horacemu nie wystarczało.
– Pan uważa inaczej? – zapytała bardziej z uprzejmości niż ciekawości.
– Uważam, że to określenie stworzone specjalnie na potrzeby szeregowego rycerza. W praktyce nic nie wyjaśnia, ale w razie czego obejmuje z góry wiele przypadków, więc zawsze można je zastosować.
– To jakie będzie poprawne? Które nie pozostawi pola na wątpliwości?
– A jak ty uważasz? – Tym pytaniem ją zaskoczył. Rycerzy nikt nie pytał o zdanie, a już zwłaszcza w kwestiach ideologicznych. Wojownicy nie zajmowali umysłów filozoficznymi kwestiami, skupiając całą uwagę na walce. Ponad to uznawano, że kwestionowanie praw tego świata to sprzeniewierzanie się królowi, który ustalił porządek. Dlatego Liliana milczała, ale w gruncie rzeczy i tak nie wiedziała, co innego zrobić. Mimo to ojciec Horacy cierpliwie czekał na jej odpowiedź, przez co otaczająca ich cisza tylko potęgowała nerwową atmosferę.
– Nie wiem – rzuciła w końcu, zmęczona oczekiwaniem. – Nigdy o tym nie myślałam. Mojego brata interesują takie rzeczy, mnie nie. Wiem tylko, że zdrada to ból dla obu stron.
– Ból? – dociekał ojciec, zachęcając ją do kontynowania. Tylko że ona była już zmęczona rozmową. Wolała dokuczanie Sebastiana.
– Wszyscy wtedy cierpią. Król, który został zdradzony, bo ktoś go oszukał. A ten drugi też, bo spotyka go za to kara.
– A co jeśli kara go nie spotka?
– Wtedy to nie jest zdrada.
Od tamtej pory ojciec Horacy zadawał coraz więcej pytań, powodując u niej uczucie rozdrażnienia. Odnosiła wrażenie, że chciał ją zdemaskować. Czasami wystarczyła mu wymijająca odpowiedź, ale w większości przypadków zmuszał Lilianę do kombinowania. Nawet gdy zastanawiała się przez pół dnia, nigdy nie wydukała więcej niż dwa zdania. W pewnym momencie naprawdę miała tego dość. W jej głowie szalały usłyszane słowa, refleksje, żądania. „Co oznacza wierność?”. Miłość, rozsądek, prawda, moralność, mądrość, siła, bohaterstwo i wiele innych. „Jeśli masz wiele do zyskania, ale możesz tyle samo stracić, podejmujesz ryzyko?”.
To ostatnie szczególnie zapadło jej w pamięć. Liliana na ogół ostrożnie stawiała kroki. Nie wynikało to z usposobienia dziewczyny, ale doświadczenia nabytego w trakcie krótkiego życia. Jeśli pozwalała sobie na nieuwagę, zawsze wpadała w kłopoty. Na niektóre z nich mogła spojrzeć z nostalgią, ale większość powodowało uczucie wstydu. Zwłaszcza że ryzykowała życiem bliskich osób.
Horacy nie szczędził jej pytań, w odróżnieniu od grupy Chabra. Rycerzy nie widywała praktycznie wcale, co również wypełniało dziewczynę frustracją. W końcu należała do członków gwardii tak samo jak oni, a traktowali ją jak towar gorszej kategorii. Dotyczyło to oczywiście wszystkich kobiet, a Lilianę spokojnie można było nazwać okazem dziewczęcości. W przeciwieństwie do Gai, którą nietypowa uroda klasyfikowała gdzieś pomiędzy niewyrośniętym chłopcem a dziwadłem, ona nosiła znamiona większości typowych, kobiecych cech. Włosy miała długie i kręcone, oczy otoczone długimi rzęsami, usta drobne i różowe. Jej budowa również nie pozostawiała wątpliwości. Piersi być może nie skupiały spojrzenia, ale wąska talia, szerokie biodra i zgrabne nogi już tak. Medyk powiedział kiedyś, że miała idealną miednicę do rodzenia dzieci. Z tym, że rycerze oczywiście nie mogli ich mieć.
W Lagarze nauczyli dziewczynę nosić się jak mężczyzna. Zakładała podobne ubrania, związywała włosy. Idąc, mocno stawiała kroki, stała sztywno, chciała zajmować więcej miejsca niż naturalnie. Marszczyła brwi, pluła na ziemię… czasami. Mimo to w grupie Chabra była jedynie głupią dziewuchą.
Tylko raz pozwoliła sobie na bunt… i potem mocno, naprawdę mocno tego żałowała.
Wiedziała, że kolejna próba rozmowy z Chabrem nie będzie miała żadnego sensu. Kilka razy usiłowała zwrócić jego uwagę, ale z żadnym skutkiem. Kristof jakkolwiek nie wydawał się paskudny, chociaż nie udawał, że jej nie widzi. Tak założyła, kiedy zapukała do drzwi pokoju mężczyzny, który jako jedyny, poza Chabrem, nie musiał z nikim dzielić sypialni.
Od razu odskoczyła od progu, żeby w razie czego uciec. Nie miała pojęcia, w jaki sposób rycerz korzystał z samotności. W większej grupie najczęściej reagował agresywnie, podkreślając swoją dominację. W mniejszej więcej milczał. To również była jej obserwacja, ale też nie mogła wyciągnąć jednoznacznych wniosków.
Nie czekała długo. Głośne kroki wraz z wiązanką przekleństw zapowiedziały mężczyznę, który otworzył drzwi z taką siłą, że niemalże wyrwał je z zawiasów.
– A ty tu czego? – warknął na przywitanie.
Nie była w stanie wydusić z siebie ani słowa. Drżały jej kolana, zaschło w gardle, a żołądek miała tak ściśnięty, że prawie zwymiotowała.
Kristof nie wyglądał na choćby minimalnie spokojniejszego niż zazwyczaj, wręcz przeciwnie. Kiedy podniósł rękę, była pewna, że ją uderzy. Jednak ona spoczęła jedynie na framudze drzwi.
– Właź – powiedział głośno, wpuszczając ją do środka. Nie zabrzmiało to jednak jak zaproszenie, lecz polecenie. Wykonała je posłusznie, wycierając dłonie o spodnie.
Komnata Kristofa wyglądała dokładnie tak, jak mogła przewidzieć. Niewielkie pomieszczenie wypełniała masa gratów, których rycerz nie miał chęci uporządkować. Na stole leżały nie tylko ubrania, ale również resztki jedzenia, nóż, pusta sakiewka, rozsypana ziemia oraz mapa. W tym małym śmietniku spokojnie podróżował pająk… przynajmniej dopóki Kristof nie zmiażdżył go pięścią.
– No? – sprowadził ją na ziemię ostry jak brzytwa głos.
– Nie chcę pracować nad archiwami – wybąkała, pochylając głowę. Nie sprecyzowała, że chodziło jej głównie o ojca Horacego. – Od tego jest skryba… to znaczy, tak mi się wydaje, ale nie rycerz! Tylko im przeszkadzam.
– Przyszłaś tu popłakać? – zakpił, wycierając rękawem nos. – Myślisz, że to mnie, kurwa, wzrusza?
– Nieprawda – jęknęła, chociaż wiedziała, że to Kristofa i tak nie przekona. – Po prostu nie rozumiem, dlaczego nie mogę zrobić czegoś pożytecznego. Do czego mnie szkolono. Ja… - nie potrafiła wyrazić, jak bardzo zależało jej na uznaniu. Gdziekolwiek się nie udała, cokolwiek nie zrobiła, zawsze wychodziła na najsłabszą. Jeśli dziewczyny za to nie znieważano, to traktowano jak pokrakę, której nieustannie trzeba pomagać. Zasługiwała na to, prawda. Tylko nie mogła dokonać żadnych zmian, jeśli nikt nie chciał  jej szkolić. – Chcę się do czegoś przydać! – wydusiła w końcu, a chociaż jej głos nie zadrżał ze strachu, to zaraz po zamknięciu ust zacisnęła zęby.
– Chcesz się na coś przydać? – powtórzył Kristof zimno, a potem zarechotał. W jego śmiechu wyczuła coś zwierzęcego, co wcale nie było jej obce, ale nigdy nie musiała walczyć z tym sama. Nie zdążyła zareagować, kiedy mężczyzna powiedział – Świetnie. Rozbieraj się.

Wytrzeszczyła oczy, czując, jak coś gorącego wypełnia jej ciało. Organizm naturalnie zmusił ją do przyjęcia pozycji obronnej, ale poza tym nie wiedziała nawet w jaki sposób miałaby ominąć Kristofa.
–  Na dalej. Chyba chciałaś się do czegoś przydać. Masz teraz okazję – wycedził mężczyzna, wbijając w nią dzikie spojrzenie.

Nie ruszyła z miejsca. Nie kiwnęła nawet palcem.

Podszedł do niej i popchnął na łóżko za plecami. Uderzyła głową o framugę. Ostry ból wypełnił czaszkę, a potem świat zaczął wirować, chociaż nie wiedziała, czy to siła ciosu, czy strachu. Leżała nieruchomo jak szmaciana lalka, ale kiedy poczuła rękę Kristofa na kolanie, wszystko w ciągu sekundy nabrało ostrości. Jakby ktoś umieścił w jej umyśle alarm, który zaczął piszczeć, przysłaniając rzeczywistość. Liczyło się tylko, żeby uciec.

Ale żeby uciec, trzeba walczyć.

Spróbowała przewrócić się na brzuch, ale mężczyzna przytrzymał ją w miejscu. Chciała wywinąć nadgarstki, przełożyć nogi, wbić łokieć… cokolwiek, ale nic nie przyniosło skutku. Nic, bo nie miała na to szansy. Kristof znał techniki Lagary. Z każdą chwilą, jej ruchy stawały się coraz bardziej agresywne, desperackie, rozpaczliwe. Biła, kopała, gryzła, ale rycerz najwyraźniej czerpał z tego przyjemność. Kiedy w końcu puścił jej ramiona, zdołała zmienić pozycję, ale wtedy złapał dziewczynę za włosy i uderzył jej czołem o ścianę. Zaczęła kaszleć głośno, krztusząc się śliną, a to był pierwszy dźwięk, który wydała od początku tej niemej walki.
Mogła krzyczeć. Tylko nikt by jej nie uratował. Bo nikogo nie obchodziło życie jakiejś tam dziewczyny, w dodatku na łasce rycerza gwardii wyższego stopniem.
Zaczęło brakować jej sił. Ruchy traciły na szybkości, podczas gdy Kristof najwyraźniej zyskiwał na mocy. Wykręcił rękę dziewczyny do tego stopnia, że niemalże ją połamał. Zobaczyła na poduszce ślady własnej krwi, kiedy rycerz wbił kolano w jej plecy.
Wtedy znieruchomiała.
Nie miała szans. Był od niej silniejszy i mógł z nią zrobić co chciał.
Przyłożyła policzek do poduszki, zamykając oczy. Jej umysł wypełniał tylko ból, skupiła na nim całą uwagę, żeby nie móc już czuć kolejnego. Wtedy do jej uszu dotarło gorąco oddechu Kristofa, z zaraz potem jego szorstki głos.
– Widzisz, kurewko. Nie potrafisz walczyć, pieprzyć się też nie. Żaden z ciebie facet, żadna z ciebie baba. Jesteś kompletnie bezużyteczna.
Wstał, zostawiając ją nieruchomą na łóżku. Nie widziała co robi, słyszała tylko jego ciężkie kroki w pomieszczeniu, dźwięk ostrza chowanego do pochwy i skrzypienie drzwi, kiedy stanął w progu.

– Posprzątaj po sobie – warknął. Nie dodał nic więcej. Po prostu wyszedł. 

***

Wrzucam kolejny rozdział, bo to zawsze mnie trochę popędza w pisaniu ; ) 

Nie chcę się za bardzo rozpisywać, bo nie ma co przedłużać. Jak zwykle, odpowiadam na wszystkie pozostawione komentarze w przyszłości bliskiej i odległej. Na niewidzialne komentarze nie odpowiadam, ale i tak pozdrawiam wszystkich, którzy się tu pojawiają. A ostatnio doznałam szoku, bo okazało się, że takie osoby istnieją. Wiecie - że tak mnie odwiedzają z ukrycia. Niesamowite :D 

Dużo miłości <3 

EDIT. JESZCZE COŚ! (miało być krótko, ale nie będzie) 

Wprowadziłam małe zmiany na podstronach, które w sumie nic nie zmieniają, ale wiecie - wejście w życiu po ogłoszeniu i w ogóle haha. Tak na serio, kiedyś miałam ambitny plan dawać rozdział raz na 2 tygodnie, ale raz w miesiącu to chyba i tak często. No i trochę zweryfikowałam siebie co do czytania innych blogów, ale to też nic takiego. I dałam maila. Piszcie, co chcecie :D 

No a jak ktoś chciałby, żebym go informowała o nowym rozdziale, to mogę. Tak sobie pomyślałam nagle po roku ;p