sobota, 15 lipca 2017

Rozdział IX cz.3

Wyruszyli dokładnie tak, jak zarządziła kapitan. Pogoda im sprzyjała , bo dla odmiany słońce zagościło na niebie, rozlewając ciepłe promienie. Doprawdy towarzyszył temu chłód i pierwsze przymrozki, ale chyba wszystko było lepsze od tego nieustającego deszczu.
Milan na poważniejsze wyprawy wyruszał, zanim jeszcze zakończył szkolenie. Nie należały one do szczególnie niebezpiecznych, ale z pewnością nie miały zbyt wiele wspólnego z pilnowaniem lasu – zadaniem, które otrzymywało większość początkujących. Po wielu latach spędzonych w zamku przekonał się o wadze urodzenia rycerza, które rzekomo nie powinno mieć znaczenia w szeregach Gwardii Królewskiej. Wcześniejsze ukończenie nauk umożliwiano jedynie osobom posiadających odpowiednie koneksje, czasami wyjątki robiono dla szczególnie uzdolnionych. Należał do nich Aaron, który mimo niejasnego pochodzenia brał udział w wyjazdach przeznaczonych dla w pełni wyszkolonych. Z Milanem poznali się podczas obrony zamku południowego, nękanego przez barbarzyńców. 
Mimo bogatego jak na szesnastolatka doświadczenia, Milan po raz pierwszy miał zawitać w stolicy. Dzieciństwo spędził na południowym zachodzie, gdzie jego rodzina posiadała ziemie. Później zamieszkał w Lagarze, a wszelkie wyprawy bardziej oddalały go od centrum niż odwrotnie.
Dlatego, kiedy w polu ich widzenia pojawiły się grube mury zamku władcy, nie powstrzymał głośnego westchnienia. Czekała ich jeszcze minimalnie godzina drogi, ale budowla wznosiła się ponad las, zapierając dech w piersiach. Milan jeszcze nigdy nie widział tak ogromnej konstrukcji, a przecież zamek rycerzy gwardii wcale nie należał do małych.
– Pierwsza obrona stolicy – wyjaśniła mu Mildred. – Nazywają go Gigantem, chociaż najwyższy to on na pewno nie jest, mury za to ma grube. Nie wiem, czy cokolwiek przebije to cholerstwo. Wróg zyskałby szanse tylko przez dywersję, najlepiej znalezienie jakiegoś tajnego przejścia, żeby rozwalić wszystko od środka. Jednak to i tak nie pozwoli mu zdobyć zamku królewskiego, którego strzeże jeszcze jeden mur, nazywany Fantazją.
– Dlaczego Fantazja? – zapytał, nie mogąc oderwać wzroku od budowli.
– A kij ich wie – parsknęła. – Mur otacza fosa i cała masa innych „udogodnień” , a to przeklęte wzgórze sprawia, że mur nie jest prosty tylko leci falą. Budowniczy szukali odpowiedniego podłoża i im wyszło takie szlaczki.
W końcu dotarli do bramy, która miała wpuścić ich do miasta. Mildred wyprzedziła pozostałych, żeby skontaktować się ze strażą królewską, a Derwan czekał tuż za nimi, wyraźnie znudzony.
– Mówiłeś, że odwiedzałeś tamtą jaskinię jako dziecko – zagadał Milan mężczyznę, który pomimo wspólnej, dwudniowej podróży wciąż pozostał dla niego tak samo obcy. Praktycznie nic nie mówił, a na pytania odpowiadał lakonicznie. Jeśli już podejmował inicjatywę, to tylko przy pokonywaniu przeszkód na drodze.
Jak mógł się spodziewać, Derwan milczał… jednak obrócił głowę w jego stronę, czekając na rozwinięcie tej myśli.
– Jak ona wtedy wyglądała? – kontynuował rycerz, niezrażony brakiem zadowalającej reakcji. Nie wyrażał tym ciekawości dziecka, pytanie miało konkretny cel. Prawdopodobnie  nowy kompan to wyczuł, bo powiedział:
– Pomieszczenie było zawalone, ale kamień miał bardzo jasny odcień. Widzieliśmy jedną połamaną pryczę.
– A znak? Ten na ścianie…
– Nie kojarzę żadnego – rzucił sucho, tak że Milan nie potrafił ocenić, czy skłamał.
– Rozmawialiście z opiekunami o tej kryjówce?
– Na początku nie. Później jeden z nas nie mógł się wydostać, więc szukaliśmy pomocy u starszych…
„Jak każdy dzieciak” pomyślał Milan, przypominając sobie sytuację z własnego dzieciństwa.
Chociaż on by do jaskini nie wlazł. Do tej pory czuł się wyjątkowo niekomfortowo przy braku światła. Niektórzy to uznawali za traumę po tym, jak wpadł do studni, ale jego nie atakował strach. Jedynie niepokój, bo ciemność zawsze przynosiła coś złego, mniej lub bardziej.
Miał dużo szczęścia, bo przyszedł na świat jako pierworodny syn. Nawet jeśli posiadał starszych braci, to jemu przypadał majątek i szacunek, to on miał reprezentować rodzinę i decydować o jej losie. Nawet po przyjściu na świat młodszego rodzeństwa, traktowano go jak małego księcia. Za tym wszystkim szedł cały szereg oczekiwań czy obowiązków, ale Milan nie narzekał. Lepiej żyć tak, niż walczyć z losem bękarta albo następnego w kolejce do spadku.
Spośród przyrodnich braci tylko jednego pamiętał. Nie z imienia, ale twarz, włosy, postura… to wszystko utkwiło w jego umyśle.
Miał jasną czuprynę z rudym odcieniem, a także tęczówki w identycznym kolorze jak Milan. Był od niego wyższy, ale chudy jak patyk. Milan zawsze żył w przeświadczeniu, że pozostali w rodzinie go nie znosili. Nawet jeśli mrugali do niego przyjaźnie, to najchętniej utopiliby go w kałuży. Ten należał do zupełnie innej kategorii, bo darzył go otwartą niechęcią. Kiedy pewnego dnia jako chłopiec krzyknął „daj mi to!”, w odpowiedzi usłyszał jedynie „Wyjazd stąd, bachorze”. Milan wtedy nie ruszył z miejsca, więc brat chwycił go za przedramię i siłą wypchnął z pomieszczenia przy akompaniamencie „Powiem ojcu!”. Oczywiście ojciec o niczym się nie dowiedział.
Łaził za nim jak mały kundel, aż w końcu przez to wszystko wpadł do studni. Rozbił głowę, cudem uniknął kalectwa. Brata więcej nie zobaczył. Przynajmniej nie pamiętał, by go jeszcze spotkał.
Od tamtej pory ostrożnie podchodził do spacerów w okolicy, choćby znanej. Wyleczył strach związany z ciemnością, ale dyskomfort pozostał. Chociaż nie potrafił powiedzieć, z czego ten stan wynikał, bo na dnie studni leżał nieprzytomny. Nie licząc kilku połowicznych powrotów świadomości, przebudził się dopiero w ciepłym łożu własnego domu. Pierwszym, co zobaczył, była głowa matki oparta na pierzynie.
Brakowało mu domu. Jako rycerz nie będzie mógł tam wrócić na stałe, ale… zawsze mógł prowadzić życie jak ojciec – z wyłączeniem płodzenia dzieciaków w każdej napotkanej gospodzie.
Nabrał głośno powietrza, powracając do chłodnej rzeczywistości. Mildred właśnie zakończyła rozmowę ze strażnikiem i przywołała go ręką.
Kiedy przekroczyli progi stolicy, pierwszym, co rzuciło się w oczy młodemu rycerzowi, był tłok. Masa ludzi łaziła, krzyczała, coś ciągnęła, kogoś tłukła. Ludzi chodziło tak dużo, że z trudem prowadził konia. Mimo to dostrzegł niemal od razu, że sprawiali oni wrażenie o wiele bogatszych niż w pozostałych częściach kraju. Większość nosiła trzewiki, niektórzy prezentowali nawet pozłacane ozdoby, w szczególności bransolety. Nawet stroje, chociaż równie skromne jak w innych miastach, sprawiały wrażenie jakby nowszych, czystszych.
 – Oddaj japka, ty stara jędzo! – Mężczyzna w podeszłym wieku wymachiwał pięścią w kierunku kobiety, która chowała za plecami worek, najpewniej wypełniony owocami.
– Talizman zdrowia za trzy miedziaki! – wołał chłopak w podobnym wieku co Milan. – Tylko trzy miedziaki, ręka od trądu nie odpadnie, gdy moc amuletu tobą zawład… – przerwał, napotykając spojrzenie Mildred. Rycerz nie powiedziała jednak nic, bo chłopak zaraz zniknął.
Przeciskanie przez taki tłum nie należało do najłatwiejszych, im wyżej zmierzali, tym więcej wysiłku kosztowała ich jazda na koniu. Dodatkowe utrudnienie stanowiły wąskie uliczki, gdzie jeśli akurat nie przebywała zgraja pospólstwa, to co chwilę z rogu wyskakiwał nieostrożnie jakiś mieszkaniec, omal nie powodując zderzenia z koniem.  Ponad to niemal każda napotykana osoba wbijała w nich swoje ciekawskie spojrzenia, jakby przyprowadzono im egzotyczne zwierzę.
– A oto Fantazja – wysapała Mildred, kiedy dotarli do kolejnego muru, tym razem nieco niższego. Tak jak wspominała, wyróżniała go nierówna konstrukcja i fosa, która jednak sama w sobie nie robiła wielkiego wrażenia. Dla Milana była płytka i niewielka, przez co jej wartość obronną oceniał marnie. Z drugiej strony jeśli przeciwnika nie zatrzyma Gigant, wątpił, by zrobiło to cokolwiek innego.
Okrążyli mur, żeby dostać się do mostu zwodzonego, pilnowanego przez siedmiu strażników. Każdy z nich nosił wypolerowaną zbroję, która na polu walki nie wytrzymałaby nawet porządnego kopnięcia.
Niedługo potem wkroczyli na teren dworu królewskiego, w towarzystwie nadwornego rycerza, który wskazał im drogę wprost do tutejszego dozorcy.
Milan nie miał czasy podziwiać przepięknych terenów pałaców ani ogrodu, chociaż ten robił wrażenie z daleka. Nie tylko bujnością zagranicznej roślinności, ale i przepięknymi dekoracjami: ścieżkami, rzeźbami czy ławeczkami.
– Nie wiem, czy król zechce was przyjąć – burknął do Mildred dozorca, patrząc gdzieś obok jej ramienia.
– O tym zadecyduje sam król – warknęła kapitan. – Tak samo jak o tym, cóż uczynić z człowiekiem, który nie przekazał mu pilnej wiadomości.
– Zdobędę stosowne informacje i wam je przekażę, rycerzu – rzucił z pogardą i zniknął za drzwiami, pozostawiając ich na zewnątrz.
– Przydaj się na coś, Derwan i zaprowadź konie do stajni – rozkazała do obcego, rzucając w niego lejcami. Milan pewnie by wyśmiał takie zachowania, a starszy mężczyzna po prostu zignorował… ale Mildred zionęła taką furią, że nikt nie śmiał polemizować.
Nie miała mimo to okazji prezentować złości, bo na drodze stanęła im grupa pięknie ubranych kobiet, kroczących w towarzystwie strażników. Na ich czele szła dama o tak silnej urodzie, że chociaż pozostałe były od niej stanowczo młodsze, to w jej towarzystwie blakły, niczym źdźbło trawy obok zakwitniętego rododendronu.
Milan nie musiał się długo zastanawiać. O urodzie królowej Aurory śpiewano pieśni nawet na jego rodzinnych ziemiach, a wysoko uniesiona głowa i złoty diadem nie pozostawiały miejsca na wątpliwości.
Sądził, że grupa ich wyminie, najprawdopodobniej ignorując, ewentualnie dając znak „dostrzeżenia”. Byli przecież tylko rycerzami. Ukłonił się sztywno, czekając, aż ciemnowłosa piękność zniknie mu z oczu, ale ta nagle zatrzymała się i spojrzała wprost na niego.
– Czy to nie rycerze Gwardii Królewskiej? – zapytała jednego ze strażników towarzysząca królowej dama dworu, ale czy i co jej odpowiedział Milan już nie słyszał… bo królowa Aurora do nich podeszła, sunąc po podłożu jak nimfa.
– Wasza wysokość – powiedziała Mildred z takim szacunkiem, że jej głos brzmiał wręcz nienaturalnie. Zniknęła złość i frustracja, pozostało tylko rycerskie wychowanie.
– Niesamowite, czy to nie słynna gwardzistka, Mildred córka Magnusa z Kowalów? – przemówiła melodyjnie królowa. Nie czekała jednak na potwierdzenie. – Pierwsza kobieta rycerz, pogromca tych zamorskich szaleńców, to niesamowite móc cię zobaczyć na własne oczy – mówiła o niej bardziej jak o zjawisku niż człowieku, ale i tak trudno uwierzyć, że tak wiele o niej wiedziała.
– Pani, to zwycięstwo było wynikiem pracy wielu ludzi, również tych, którzy polegli. Ja jedynie dołożyłam swoją…
– Całkiem widowiskowo – wtrąciła. – Nic dziwnego, że Kasandra właśnie ciebie wybrała do gwardii… oczywiście odkąd mogły w niej walczyć kobiety. Któż ci towarzyszy, Mildred?
– To jest Milan, wasza wysokość, niedawno ukończył szkolenie w Lagarze – wyjaśniła kobieta, a on pomyślał, że chyba nie mogła go gorzej przedstawić przed królową. Zacisnął zęby.
– Możesz powstać, Milanie – rzekła królowa, a on nie wahał się wykonać polecenia, choćby po to, żeby zaznaczyć swoją posturę.
Czuł spojrzenie każdej damy dworu, jak go mierzą od stóp do głów i utrzymanie neutralnego wyrazu twarzy po prostu mu nie wyszło. Sama Aurora uniosła brwi, ale po chwili na jej twarzy pojawił się przepiękny uśmiech, który momentalnie skradł jego serce.
– Jak mniemam, sprowadzają was do stolicy pilne sprawy, nie chciałabym spowalniać misji, którą was obarczono.
– Pani, na razie czekamy na spotkanie z królem…
– To pewnie jeszcze długo przyjdzie wam czekać, gdyż mój małżonek nie wstał dzisiaj w wyśmienitym humorze – westchnęła teatralnie. – Ale być może jestem w stanie coś z tym zrobić.
Po tych słowach ruszyła dalej, pozostawiając rycerzy z ich własnymi myślami.
Milan nie miał wątpliwości, że osoba taka jak królowa Aurora mogłaby ściągnąć dla siebie kawałek nieba samą urodą. Nawet jeśli była w wieku jego babki. Natomiast nie sądził, żeby chciała skorzystać z wpływów dla pospolitych przejezdnych gwardzistów.
Niedługi czas później już wiedział, że się mylił.
Stali cały czas w tym samym miejscu, kiedy podszedł do nich dozorca… ten sam wstrętny, typ, który okazał im lekceważenie. 
– Król przyjmie was wieczorem. Czekajcie przy drzwiach do sali tronowej – przekazał im, rezygnując ze złośliwości. Jednak zanim odszedł, rzekł bezpośrednio do Milana. – Królowa na ciebie oczekuje w ogrodzie, rycerzu.
Tym krótkim zdaniem całkowicie zbił go z tropu, ale Mildred nie sprawiała wrażenia zaskoczonej. Wręcz przeciwnie. Wyglądała, jakby właśnie takiej informacji oczekiwała.
Milan nie mógł sobie wyobrazić, żeby królowa czegokolwiek do niego chciała. Nie miał zaniżonego poczucia własnej wartości, ale nawet się porządnie nie przedstawił.
– Zawitałeś kiedyś na dworze, Milanie? – zapytała go Mildred, kiedy dozorca zniknął im z oczu.
Młody rycerz pokręcił głową, próbując ukryć przestrach na myśl spędzenia tyle czasu w towarzystwie żony władcy.
– W takim razie miej się na baczności – przemówiła ostro. – Zarówno król, jak i jego wybranka prezentują klasyczne podejście do formacji rycerskich. Nie daj się zwieść grzecznościami, nie bez powodu naszą audiencję wyznaczono na wieczór. Możesz sądzić, że takie spotkanie nic nie zmieni w twoim życiu, ale… tradycyjnie młodych rycerzy traktowano ja maskotki. Królowa zabawi się twoim kosztem i odejdzie, ale jeśli pozwolisz sobą sterować, plamę na reputacji nie zmażesz żadnym czynem. Z drugiej strony musisz spełnić jej oczekiwania, zuchwalstwo pozbawi cię statusu rycerza w gwardii… w najlepszym wypadku.
– Rozumiem – wycedził przez zaciśnięte zęby, bo chociaż powinien okazać wdzięczność za tę radę, tak naprawdę poczuł frustrację.
– To dobrze – odparła, unosząc brwi. – Bo będziesz jednym z ładniejszych bawidamków, więc i propozycji może być więcej. Nie dotykaj żadnej damy dworu, bo stracę do ciebie szacunek.
Chciał jej na to odpowiedzieć, ale wtedy wrócił  Derwan, więc zacisnął szczęki. Chociaż komentarz aż cisnął mu się na usta… bo Mildred narzekała na klasyczne podejście do rycerzy, a sama potraktowała go jak laleczkę do zabawy.
Mildred musiał nazywać swoim kapitanem, ale poza tym widział ją jako głupią babę, która burzyła racjonalny porządek świata.
– Przygotuj się, Derwan, bo król nie przepada za niechlujstwem – rzekła do mężczyzny.
– Wzrok jego wysokości będzie z pewnością skupiony na tobie, rycerzu – odparł, mierząc ją wzrokiem.
Nie skłamał. Mildred na pewno nie wpasowała się w gust Sambora, bo ani nie wyglądała ani jak mężczyzna ani piękna kobieta, której można wybaczyć omyłki.
– Milan został zaproszony na spotkanie z królową – rzekła, ignorując tę złośliwą uwagę. – Chcesz dołączyć?
– Oczywiście nie chcę. Moje kondolencje, Milanie – zakpił, a to była chyba ich najdłuższa do tej pory rozmowa i pierwszy raz, kiedy zwrócił się do kogoś po imieniu.
– Pamiętaj, żeby przed wieczerzą czekać pod salą audiencji – przypomniała Mildred. ­– Derwan, my idziemy pomówić ze strażą.
Milan długo stał w miejscu, patrząc, jak dwójka nielubianych przez niego ludzi znika w bocznym wejściu do zamku. Nie mógł dłużej czekać, więc ruszył w stronę parku, gdzie miał znaleźć królową i towarzyszące jej damy dworu. Przybrał neutralny wyraz twarzy, wyprostował maksymalnie plecy, przeczesał brązowe włosy. W jego stronach noszono je krótko przycięte, więc nie musiał walczyć z nieładem. Niewielki ruch dłonią absolutnie wystarczył, żeby sprawić nienaganne wrażenie. Przynajmniej on tak twierdził.
Ciekawskie spojrzenia grupy kobiet zwróciły uwagę młodego rycerza, jeszcze zanim zdążył podejść. Królowa doprawdy rozmawiała z jednym ze służących, ale jej towarzyszki szeptały między sobą, omal nie wskazując na niego palcem. Wszystkie były śliczne, ładnie ubrane i wesołe. Milan pomyślał, że to obrazek iście dworski, kiedy królowa odwróciła się w jego stronę. Wtedy w umyśle rycerza wyblakły wszelkie rozważania.
– Wasza wysokość – powiedział, kiedy już dotarł dostatecznie blisko, by nie musieć podnosić głosu.
– Dobrze, że do nas zawitałeś, Milanie – rzekła melodyjnym głosem, a na jej twarzy zagościł uśmiech. – To jeden z rycerzy Gwardii Królewskiej, który gości w stolicy – wyjaśniła towarzyszkom, zaspokajając ich ciekawość. Milan nie do końca je widział, bo obraz zlał mu się w wielką plamę, na której stała królowa Aurora.
Zarówno w domu w Zalesiu jak i w Lagarze niewiele mówiono o kobietach, które nie odgrywały znaczącej roli w polityce czy bitwach. Jednak żona wielkiego Sambora zawsze budziła zainteresowanie. Ponieważ przyszła na świat jako córka podległego władcy księcia, początkowo nie widziano jej na szczycie władzy. Jednak w pewnym momencie śluby z zagranicznymi rodami zaczęły budzić niechęć, więc młodemu królowi nakazano znaleźć wybrankę wśród rodzimych możnych. Nikt nie miał wątpliwości, że Aurora to idealna kandydatka. Piękna jak bogini, a przy tym wszystkim pogodna i dobrze urodzona zrobiła wrażenie na wszystkich. Jej uśmiech poprawiał nastrój każdemu żołdakowi. Już od dnia ślubu obraz Aurory zaczęto przywoływać jako ideał żony, wybranki serca. Nawet po wielu latach, kiedy królowa doczekała wnuków, wciąż budziła zachwyt każdego, kto ją ujrzał.
­– Usiądź – wskazała Milanowi miejsca na drugim kocu. Bez wahania wykonał polecenie, utrzymując odpowiednią postawę.
– To niesamowite – wyraziła zachwyt jasnowłosa dziewczyna, niewiele starsza od niego, która siedziała obok… Gai?
Przez długą chwilę wpatrywał się w marchewkowy warkocz, nie słysząc ani słowa z pytań innych dam dworu.
Dopiero kiedy przemówiła do niego królowa, otrząsnął się z szoku. Wtedy dotarło do niego, że chociaż dziewczyna była niezwykle podobna, nie mogła być tą rudą złośnicą. Jej długie włosy spleciono w ozdobny warkocz, na głowę włożono skromny diadem, a bordową suknię udekorowano złotymi haftami. Gaja na głowie miała tylko swoją czuprynę, której nie potrafiła ulizać, cóż dopiero pleść, a ponad wszystko zawsze chodziła w spodniach. To zasadnicza różnica, chociaż rysy twarzy, budowę ciała miały tak siostrzaną, że przy pierwszym wrażeniu łatwo je pomylić. Chociaż butny wyraz twarzy tej dziewczyny skrywał się za zasłoną królewskich pozorów.
– Czyżbyś zobaczył marę, rycerzu? – zapytała uroczo i wtedy czar prysł… bo jej głos brzmiał tak inaczej, że Milan przysiągłby, że pochodził z innej krainy.
– Nie – odpowiedział i ponownie skupił spojrzenie na królowej.
– Twoja uroda, Marianno, zawsze zwraca uwagę, ale nie porównuj się do leśnych demonów – powiedziała karcąco Aurora.
„Więc to ona” pomyślał, chociaż powinien wpaść na to wcześniej.
– Jest gwardzistą, takim jak Gaja? – zapytała królowej dziewczyna, nagle całkowicie ignorując Milana, jakby wspominała nieobecnego.
– Zupełnie innym – burknął, kryjąc niezadowolenie. Marianna nie zareagowała, wciąż czekała na odpowiedź babki.
– Zachowujesz się niestosownie – powiedziała królowa, przywołując rudowłosą do porządku.
– Wybacz, rycerzu. – Zatrzepotała sztucznie rzęsami, a Milan wyczuł w tym bardziej pogardę niż żal. ­– Nie chciałam cię obrazić, zrównując z kobietą.
– Poznałem twą siostrę, wasza wysokość i wiem, że chęć obrażenia kogokolwiek nawet nie przeszła by ci przez myśl – rzucił, hamując wszelkie niepotrzebne reakcje. – Jesteście bardzo podobne.
Marianna otworzyła usta, żeby to skomentować, ale wtedy obydwoje usłyszeli wesoły śmiech Aurory. Dziewczyna pochyliła głowę i zacisnęła dłonie na sukni.
– Bardzo cenię rycerzy gwardii właśnie za to – rzekła królowa, poprawiając białą rękawiczkę. – Chociaż prawdopodobnie to ja mam szczęście trafiać na takie okazy.
– To pewnie przez te przygody, pani – zachichotała jedna z dwórek. Miała czarne włosy, piękne, pełne usta, z pewnością przeganiała urodą księżniczkę. Jednak sposób wypowiedzi z jakiegoś powodu raził Milana, jakby miał do czynienia z kimś niewybaczalnie głupim. Powinien tego nie okazywać, ale nie powstrzymał uniesienia brwi.
– Słyszałam, ze rycerze gwardii nie posiadają żon, czy to prawda? – zapytała kolejna, z wyglądu przypominająca poprzednią, z tym że jej twarz zdobiły ostrzejsze rysy.
– Nieprawda – odpowiedział krótko.
Mimo to mało która chciała poślubić gwardzistę, ale tego postanowił nie dodawać. Od razu przed oczyma zobaczył twarz sfrustrowanej matki, która musiała wszystko poświęcić, a w zamian otrzymała samotność przez praktycznie cały rok. Ojciec odwiedzał dom na kilka dni, najczęściej porą wczesnojesienną, kiedy należało dopilnować zbiorów. Nigdy z żoną nie wszczynali awantur, nie mieli na to czasu. Przy nim zawsze udawała zadowoloną, a on zachowywał się tak, jakby wcale nie czekało na nich kolejne rozstanie.
Tylko jeden raz usłyszał ich kłótnie, która dotyczyła bezpośrednio Milana. Dokładnie pamiętał wypowiedziane wtedy słowa...
„Nie zabierzesz mi syna. Nie jego!” mówiła podniesionym głosem. Co odpowiedział ojciec, nie dosłyszał.
– Tak?! To zabierz jednego z tych twoich bękartów! – krzyknęła, tym razem tak głośno, że przechodząca obok sypialni gosposia podskoczyła i przyspieszyła kroku. Milan ukrył się w ciemniejszym kącie, by za chwilę podejść do drzwi oraz przystawić ucho do dziurki od klucza.
– Nic o nim nie wiesz – dorzuciła matka, a kilkuletni Milan przełknął ślinę. – Nie widziałeś, jak dorasta…
– Widzę, jak zamieniasz go w kalekę – przerwał ojciec. Nie mówił głośno, ale z daleka można było zrozumieć każdą sylabę. – A on jest moim synem, wyrośnie na mężczyznę, którego sobie życzę.
– Nie rozumiesz…
– To ty nic nie rozumiesz – ponownie nie pozwolił jej dokończyć. – Dlaczego naszym pozostałym dzieciom nie poświęcasz tyle uwagi?
– Milan jest najstarszy.
– Dlatego zawsze najbardziej będzie skupiał na sobie uwagę. Musi zostać dobrze wychowany.
– On jest dobrze wychowany! – wrzasnęła, a Milan odskoczył od drzwi, przewracając przez przypadek miotłę opartą o ścianę. Hałas nie był wcale znaczący, ale i tak czmychnął do kuchni.
Po latach nie żałował, że zamieszkał w Lagarze. Jednak dla siedmiolatka opuszczenie rodzinnego domu kojarzyło się jedynie z drogą do piekła.
Ojca kojarzył niezbyt dobrze. Wiedział, że to ktoś ważny któremu musi pozostać posłuszny, ale poza tym nie rozumiał zbyt wiele. Podczas podróży do zamku gwardii uwierzył, że może między nimi powstanie więź. Wtedy wszyscy będą go poważać, bo tylko on zamieszkał z ojcem i tylko on z nim rozmawiał sam na sam.
Później przekonał się, że w trakcie szkolenia Ruben nie tylko nie miał czasu dla syna, ale i sam Milan nie nadążał nawet z porządnym snem. Często chorował, więc jak akurat nie trenował, to leżał w izolatce.
Mimo to każdy kolejny dzień w gwardii wzmacniał u niego szacunek do ojca, który życie poświęcił dla królestwa.
Spojrzał na zaskoczoną odpowiedzią dziewczynę i westchnął głośno. 
– Czyli planujesz założyć rodzinę? – dopytała blondynka, szturchając koleżankę.
– Nie planuję… – rzucił, skrywając irytację.
– Dlaczego? – Twarz dziewczyny posmutniała, zupełnie jakby miała zostać jego wybranką.
– Rycerze spędzają w domach nie więcej niż miesiąc w roku, Amando – wtrąciła królowa, a w jej głosie zabrzmiało zmęczenie. – W takiej sytuacji trudno utrzymać rodzinę.
– Ja bym dała radę – burknęła, po czym nagle rozpromieniła się i mrugnęła zalotnie do Milana. Najwidoczniej nie zdawała sobie sprawy, że on wciąż był za młody, żeby myśleć o poważnych zobowiązaniach uczuciowych.
– Doprawdy? – prychnęła Marianna. – Ile poznałeś żonatych gwardzistów, rycerzu?
– Dwóch – wycedził przez zaciśnięte zęby. Z trudem skrywał zdenerwowanie, powoli docierała do niego sensowność rad Mildred.
– Aż dwóch? – Aurora uniosła brwi.
– Tak, czwartego dowódcę i kapitana drużyny na mojej poprzedniej wyprawie… – zamilkł na chwilę, rozważając następne słowa. Zdecydował zaryzykować – Kasjana.
Jak przewidywał, twarz królowej pociemniała, a w błękitnych oczach zajaśniał dziwny blask, którego nie potrafił sklasyfikować. Przez długą chwilę milczała, jakby walcząc z samą sobą, aż w końcu przemówiła.

– Muszą mieć cierpliwe żony. Chociaż nie bardziej niż te w stolicy. – Posłała kobietom znaczący uśmiech, by zaraz potem zatopić się w rozmowie o trudach,  które znosiła płeć piękna. Milan słuchał, nie prezentując własnej opinii, w końcu i tak zdradził nazbyt wiele. Nie były to informacje szczególnej wagi, bo Kasjan jakkolwiek o małżeństwie nie rozpowiadał w gospodach, to wcale nie próbował tego ukryć. Mimo to w normalnych okolicznościach Milan nie widział potrzeby wypowiadania imienia innego rycerza, co uznawał za przykład plotkarstwa. Tym razem uznał, że reakcja królowej odpowie mu na co najmniej kilka pytań… i miał rację. Szkoda tylko, że w  tym wszystkim nie dostrzegł, że oczy Marianny śledzą każdy jego ruch. 


***

Zapomniałam dodać kilu słów od siebie, co przecież jest bardzo ważne haha (wiem, że nie, ale zawsze jakoś kończę, to nie będę wprowadzać tutaj chaosu). 

Tak czy inaczej ta część, jak w zasadzie ogólnie ten rozdział, zawiera w sobie mniej akcji, jest bardziej takim wstępem do dalszych wydarzeń. Mamy nową postać Derwana, poznajemy Mariannę wraz z rodziną królewską, pojawi się też nowe zadanie i nowe problemy. Mogę też dodać, że kolejny rozdział z kolei doda swoją cegiełkę do zagadki związanej z przełamanym mieczem, który tak poturbował Aarona. Nie mogę się doczekać! 

Ciekawi mnie, co myślicie o nowych bohaterach, dworze królewskim i zachowaniu Milana :D 

Pozdrawiam cieplutko! 

czwartek, 15 czerwca 2017

Rozdział IX cz.2

Słoneczne Doliny pozornie wcale nie różniły się od pozostałych części królestwa, Człowiek, który wjechał na te ziemie, nie odczuwał zmiany klimatu ani krajobrazu. Mimo to wszyscy miejscowi głośno twierdzili, że zboże tutaj rośnie lepiej, a promienie słoneczne grzeją znacznie częściej… ale czy miało to potwierdzenie w praktyce?
Milan z wrażenia nie padł. W jego rodzinnych stronach podobało mu się o wiele bardziej. Nie rosło tam ani nie wybudowano niż cieszącego oko, ale dom to zawsze dom. Od kiedy odwiedzał go rzadziej niż raz w roku, cenił jego piękno o wiele bardziej.
Słoneczne Doliny posiadały jedną, wyjątkowo denerwującą wadę, która młodemu rycerzowi szczególnie doskwierała. Praktycznie w całości pozbawiono je lasów na rzecz rozległych pól. Metoda spalania ziemi przestawała odgrywać pierwsze skrzypce przy uprawie, ale jeszcze pięć lat temu stanowiła podstawę gospodarki. Tutaj zaprzestano jej stosowania po tym, jak uprzedni magnat postanowił wykorzystać ją do całego podległego mu terenu. Na całe szczęście pożar zdołano opanować zanim ten zniszczył sąsiednie lasy.
Od tamtej pory te tereny nazywano właśnie Słoneczne Doliny, jako że nie rosło tu ani jedno drzewo chroniące przed promieniami. Negatywny wydźwięk tej nazwy próbowano zastąpić tym o przyjemnej pogodzie, ale Milan wiedział swoje.
Nie spędził dlatego zbyt wiele czasu na powietrzu. Jedynie obszedł dookoła wieś, a zaraz potem wrócił do gospody, gdzie wraz ze starszym rycerzem, Mildred, spędził ostatnie kilka tygodni.
Do tej pory czuł swego rodzaju onieśmielenie i irytację, bo nigdy nie spał w jednym pomieszczeniu z kobietą… w każdym razie nie w takich okolicznościach i nie sam na sam. Jego kapitan nie należała do okazów szczególnie kobiecych, ale miała talię… a mężczyźni nie posiadają takich kształtów.
Chociaż, jakby nie patrzeć, Milan od początku tej wyprawy błądził w krainie nieustającego zdziwienia. Sam fakt, że dowodzić w tej niewielkiej grupie miała osoba płci żeńskiej już należał do niecodziennych. Słyszał o Mildred, która jako pierwsza kobieta w gwardii otrzymała pozycję kapitana. Milan z zasady nie miał zaufania do nikogo, komu rosły piersi, ale nie mógł tego okazywać. Na jego nieszczęście po raz kolejny został przydzielony do składu z kimś, kto za krzywe spojrzenie uderza w nos. Z tym, że Mildred swoją pięścią naprawdę mogła go sto razy połamać.
Była wysoka i muskularna, więc nawet jeśli twarz miała ładną, to obraz tworzyła niesympatyczny. Włosy ścięła do brody, ale te kolorem przypominały jej bladą buzię, przez co wyglądała, jakby nie miała ich wcale. Jedynie migdałowe oczy z niebieskimi tęczówkami zdradzały, że tam gdzieś tam pod zbroją tliła się iskierka delikatności.
– Siadaj – powiedziała mu, kiedy wkroczył do jadalni, w której przebywali tylko Mildred, gospodarz oraz tajemniczy osobnik w brunatnym płaszczu. Milan widział go po raz pierwszy, więc nie ukrywał zainteresowania. – To jest Derwan syn Awrama, przynajmniej tak twierdzi – wyjaśniła mu, kiedy spojrzenie chłopaka zatrzymało się na obcym.
Ten nie raczył go przywitaniem, wyglądał najwyżej na znudzonego. Milan nie potrafił określić wrażenie, która na nim zrobił. Z jednej strony wyglądem zlewał się z otoczeniem – miał ciemne włosy, ciemne oczy, rysy pospolite, nos średni, wzrostem pewnie przypominał Aarona… chociaż ten ciągnął do góry jak szalony.
– Szanowny pan, chce nam pokazać jakieś znalezisko na tych ziemiach, o których wie, bo jest bratankiem uprzedniego właściciela. Jaskinia, wedle jego słów – mówiąc to Mildred ani na moment nie przeniosła spojrzenia na Milana. Cały czas bacznie obserwowała obcego analizując najdrobniejszy ruch. – Bardzo chętnie zobaczę ją na własne oczy. Ciekawi mnie jednak, cóż rycerz ten chce otrzymać w zamian, bo w dobroć i altruizm nie wierzę.
Mężczyzna nie wykonał żadnego gestu, jego postawa pozostała niewzruszona… jak kamień. Milan pierwszy raz spotkał człowieka, który przez tak długi czas utrzymywał jednakowy wyraz twarzy, Nawet obojętni ludzie pozwalali sobie na nic nie znaczące odruchy. Z jakiegoś powodu na Milana sprowadziło to uczucie niepokoju.
– To jak? – dopytała chłodno, rozkładając się na drewnianej ławce. Ręką objęła oparcie, nogą zarzuciła niedbale na stół.
– Chcę jechać z wami do stolicy – rzucił bezbarwnie, a Milan zmarszczył brwi.
– Zgoda – rzucił krótko Mildred, ignorując zdumienie towarzyszącego jej rycerza. ­– Jutro pokażesz nam te dziwy. – Wstała, odrzucając do tyłu rzadkie, jasne włosy.
Milan w pewien sposób rozumiał jej postepowanie. Przez dłuższy czas przeczesywali okolicę, poszukując śladów, o których mówili mędrcy. Wskazówki były enigmatyczne, niezbyt zrozumiałe, jak cała ta wyprawa. Błądzili jak dzieci, wiedząc, że uzasadnieniem ich wyprawy było odkrycie w górach Mut kamiennej świątyni. Co prawda plotki na ten temat krążyły już od dawna, ale do tej pory nikt nie miał chęci ich zbadać. Tylko przypadek zdecydował o tym, że sprawą zainteresowała się Gwardia Królewska. 
Sytuacja na wschodzie z dnia na dzień wyglądała coraz gorzej. Ataki nie inicjowały już wcale grupy rycerzy, ale pojedynczy wojownicy o nieznanym pochodzeniu. Trudno było w takiej sytuacji oskarżyć władcę tamtych ziem, jeśli agresor nie nosił żadnego herbu przypasowującego go do jakiejkolwiek grupy. Jakim cudem osamotniony mężczyzna dawał radę pokonać kilkunastu uzbrojonych, nie zostawiając żadnych śladów, nikt nie potrafił powiedzieć. Jedyny ocalały powtarzał w kółko o znaku spirali, jednak nie wiązano tego z żadnym krajem, rodem ani nawet zrzeszeniem czy religią. Zapewne ostatecznie zaniechano by poszukiwań, gdyby pewnego dnia jeden z wędrowców nie rozprawiał o „wielkiej plątaninie” wymalowanej w świątyni, którą jako jedyny odwiedził.
Nie zwlekano z wysłaniem grupy zwiadowców, którzy z początku nie mogli wyjść z podziwu nad kamienną konstrukcją wzniesioną w zapomnianych lasach, gdzie niejeden stracił życie podczas wspinaczki po stromym podłożu. Całość okazała się równie piękna co zniszczona, pozostawiając po sobie jedynie zgliszcza. Jednak nie ulegało wątpliwości, na jednym z kamieni wyryto kształt, o którym mówił ocalały.
Wtedy rozpoczęto bardziej szczegółowe poszukiwania, jednak nie odnaleziono nic, poza szczątkowym kawałkiem mapy. Z trudem najlepsi kartografii rozpoznali na niej teren Słonecznej Doliny. Czego rycerze mieliby tam szukać, sami nie wiedzieli. Pytali mieszkańców, przejezdnych o jakieś nietypowe wydarzenia, ale z żadnym skutkiem. Fakt, że we dójkę niewiele mogli osiągnąć. Przeszukiwane tereny obejmowały rozległe pola, których objechanie dookoła zajmowało ponad trzy dni. Sprawdzić należało każdą stodołę, dziuplę czy krzak. Należało to do zajęć wybitnie nużących i Milan miał dość już po poranku… a robili to przez kolejne tygodnie.
Stąd też Derwan spadł im z nieba. Cokolwiek miał do pokazania, był zwiastunem zmian. Jeśli kłamał, czekała na niego kara… taka czy inna. Nawet gdyby przeszukanie doliny nic nie dało, pojmanie oszusta poprawiało ocenę wyprawy. Do tego wszystkiego można dorzucić pytanie, co tak naprawdę chciał osiągnąć obcy. Mildred nie wnikała w jego motywy, ale Milan zadałby więcej pytań… z tym, że nie on tu dowodził, więc zachował to dla siebie.
Kiedy następnego dnia opuścił ciepło gospody, Derwan siedział już na pniu niedaleko stajni. Z tej perspektywy wyglądał jak myśliciel. Nad jego brwią widniała drobna zmarszczka, wzrok skupił na miękkim podłoży przyozdobionym kolorowymi liśćmi. Mroźny wiatr rozwiewał jego ciemne włosy i płaszcz, który delikatnie falował. Mildred jeszcze nie przyszła, więc Milan oparł plecy o ścianę budynku, skrzyżował ręce na piersi i czekał.
Przez ten cały czas żaden z nich nie wypowiedział nawet słowa. Z ich ust nie wypłynęło westchnięcie, jęk, chrząknięcie…nic. Zupełnie jakby zastygli.
Kolejne chwile mijały…
I mijały…
i wciąż…
Milana zaczęły boleć mięśnie, ale nie zmienił pozycji. Dopiero kiedy kapitan dziarsko weszła na podwórze, wyprostował się i kiwnął głową.
– Gotowy? – zapytała go. Nie czekając na potwierdzenie, ruszyła w stronę Derwana, zakładając na silne dłonie czarne rękawice.
Dopiero kiedy przystanęła niecały metr od obcego, ten podniósł głowę. Jedynie nos miał czerwieńszy niż wczoraj, poza tym wyglądał dokładnie tak samo jak podczas rozmowy w gospodzie.
– Daleko ta jaskinia? – zapytała, poprawiając skórzany pas. Okryła się szczelniej ciemnym płaszczem, chowając większą część twarzy pod ciepłym materiałem.
– Godzinę drogi ­– odrzekł, wstając.
– Konno?
– Pieszo. W takie miejsce konia lepiej nie zabierać.
Milan sposępniał. Nie miał ochoty na spacer w taką pogodę. Chociaż podczas jazdy na wierzchowcu chłód uderzał bardziej, to ekscytacja z tym związana przysłaniała niedogodności. Poza tym nie znosił brudu. Miał obsesję na punkcie czystości, zawsze pilnował stanu zbroi i nader często pastował buty.
– Świetnie. Nie traćmy czasu – rzuciła hardo Mildred.
Trafili na najgorszą dla pól porę roku. Co chwilę padał zimny deszcz i nawet  jeśli oszczędził im swego towarzystwa dzisiejszego dnia, to gościł tutaj wcześniej. W praktyce oznaczało to mnóstwo błota, zgnilizny i wody. Poza tym wszystkim pojedyncze, łyse drzewa wyglądały jak pół-martwe, bezbronne przy atakach porannych przymrozków.
Przez całą drogę Derwan nie powiedział ani słowa. Szedł przed nimi, skupiony całkowicie na tym, co prezentowało otoczenie. Mildred co jakiś czas czujnie rozglądała się na boki, komentując pod nosem uroki Słonecznej Doliny. Obcy stanął dopiero przy wejściu do najbliższego lasu, który wielkością pewnie nie zawstydzał najmniejszej wioski. W normalnych okolicznościach Milan nawet by go nie nazwał lasem, bo kilkadziesiąt pni prezentowało mierny obraz na tle wielohektarowych połaci terenów pokrytych dębami, klonami i brzozami. Jednak na Słonecznych Dolinach drzew było tak mało, że nawet ta licha imitacja tworzyła coś wyjątkowego.
Po chwili Derwan ruszył dalej, nie kierując do nich żadnego komunikatu. Droga w lesie prowadziła na dół, musieli uważać na wystające korzenie, żeby nie stracić równowagi. Na takim podłożu wypadek pewnie oznaczałby stoczenie i uderzenie w twardą przeszkodę.
Ich podróż zakończyła się przy jednej z wielu sosen, wyrośniętej na kawałku skały. Jej korzenie pokrywały głaz i znikały w porośniętej mchem ziemi. Milan, ogarnięty niepokojem, zacisnął dłoń na rękojeści miecza, kiedy dostrzegł niewielką szczelinę w podłożu.
– Doliny nie są wygodne dla budowania kryjówek, nawet jeśli większą część zajmuje las – przemówiła poważnie Mildred ­– Dużo łatwiej skrywać tajemnice w górach, chyba że…
– Chyba że to depresja? – zapytał Milan.
– Nie nazwałabym tego depresją, bardziej dziurą – burknęła, odwracając się w stronę Derwana. ­– To tutaj ta jaskinia?
Zamiast odpowiedzieć, wskazał dłonią na szczelinę, która zwróciła uwagę Milana.
– Zarośnięta od dobrych kilku lat – ocenił młody rycerz pochylając się nad nierównością w terenie. Faktycznie, przejście, gdziekolwiek prowadziło, już dawno zablokowała roślinność. gdyby nie czujnoś, pewnie nie zwróciłby na nią uwagi.
– Skąd wiesz w takim razie – rzekła do Derwana – co…
– W młodości trafiliśmy tam z rodzeństwem – przerwał jej oschle, kompletnie nieprzejęty napastliwym tonem Mildred.
– Wtedy nie uznaliście za stosowne powiadomić króla? ­– dociekała, nie ukrywając oskarżycielskiego tonu.
Rycerz w odpowiedzi jedynie rzucił krótkie:
– Nie.
Czy znaczyło to „nie, nie uznaliśmy za stosowne” czy „nie, nie masz racji”, Milan nie wiedział. Mimo to był przekonany, że dalsze pytania na nic się nie zdadzą. Mężczyzna nie wyraził chęci na uchylenie rąbka tajemnicy, a do tej pory rycerze nie zyskali nad nim żadnej formy przewagi.
Milan wyciągnął ukryty za pasem nóż i spróbował rozciąć pędy blokujące dostęp do jaskini. Mimo wysiłku, wciąż czuł, że miał do czynienia z dziuplą. Żeby przejść do środka, musiałby się tam wczołgać, brudząc każdą część ubrania. Nie miał wielkiego wyboru. Mildred był jeszcze większa od niego, a Derwanowi nie ufał na tyle, by puścić go przodem.
Wycharczał coś pod nosem, ściągnął pelerynę, by zaraz dotknąć mokrej ziemi. Nieprzyjemne zimno rozeszło się po ciele chłopaka. Poprawił rękawice i spróbował wcisnąć głowę oraz ramiona w szczelinę.
Poszło o wiele łatwiej niż przypuszczał. Wilgotna ziemia dostosowała się do jego zamiarów, a pędy ulegały sile noża. Tylko żyjące owady nie reagowały tak posłusznie i rozpoczęły swoje paniczne wędrówki po jego ciele.
W końcu udało mu się przeczołgać do miejsca, gdzie mógł kucnąć oraz wyprostować plecy. Było to do połowy zawalone pomieszczenie przypominające wąski korytarz. Wzmocniono go kamiennymi kolumnami… jego stworzenie musiało kosztować niemało wysiłku i majątku. Natomiast samo zniszczenie nie spowodowały siły natury. Milan nie miał wielkiego doświadczenia, ale był pewny, że taki los kryjówce zgotował człowiek. Pytanie tylko kto i w jakim celu.
Tuż za nim do jaskini przecisnęła się Mildred. Usiadła płasko na ziemi, więcej w tej ciemności Milan nie dostrzegł.
– Ale duchota – stwierdziła żywo. Jej głos w tak niestabilnym miejscu drażnił ucho. ­– Aż strach tu coś zapalić. Będziemy musieli użyć prochu Fu.
Zaraz potem na dłoni kobiety zapłonął bladoróżowy ogień, rozświetlając  w niewielkim stopniu przestrzeń wokół. Teraz Milan zobaczył umorusaną twarz kapitana. Po jej policzku chodził żuk, zatrzymując się dopiero na nosie. Mildred zmieniła pozycję, by na czworaka dotrzeć do Milana. Oświetliła ścianę za nim, ale Milan mógł skupić uwagę tylko na odorze zwierzęcych odchodów, które przybyły wraz z kobietą. Przewidywał, że legowisko urządził tu jakiś lis albo szop, ale Mildred najpewniej trafiła wprost do „wychodka”.
Od razu przypomniał sobie słowa Gai.
„Dostaniesz zadanie, którego celu nigdy nie poznasz, a za jego wykonanie nakarmią cię zupą ze szczurów. Nawet twój ojciec żeby dostać pozycję dowódcy musiał dotykać najokropniejszego ścierwa.”
Zabawne. Zupełnie jakby przewidziała mu przyszłość. Powinna zostać wiedźmą, a nie rycerzem.
Oczywiście nigdy nie powie tego głośno. Chyba że akurat zdecydowałby umrzeć w hańbie.
– Niby zwykła ściana, ale nietypowo jasna – rzekła Mildred, zbliżając twarz do krańca jaskini. – Zupełnie jakby wysmarowano ją specyfikiem rozpraszającym.
Miała rację. Kamień, którym umocniono korytarz, miał bladoszarą barwę. Chociaż pokrywało go ciemniejsze plamy, całość sprawiała wrażenie, jakby komuś bardzo zależało na wybieleniu otoczenia… ale ostatecznie zadowolił się efektem połowicznym. Z pewnością prawda była nie zgoła inna niż jego przypuszczenia, ale na ten moment…
– A to co? – Mildred zaczęła ścierać mech tuż przy zawalonej części korytarza. Ściągnęła rękawicę, żeby dodatkowo nie zabrudzić kamienia i zdrapywała brud. Ziemia wbijała jej się pod paznokcie, ale kobieta nie przestała, dopóki nie dotarła do wyrytego w skale znaku.
Czas zostawił na nim swój ślad, ale nie ulegało wątpliwościom, że nie powstał tutaj naturalnie ani przypadkiem. Trudno go do czegokolwiek przyrównać. Ułożenie czarnych linii przypominało żyły przy nadgarstku, z tym że przecinała je czerwona spirala. Całość, pozornie tak prosta, nie mogła zostać z niczym pomylona.
– Widziałem to już kiedyś – mruknął Milan, ale na całe szczęście Mildred tego nie dosłyszała… bo i tak nie miał pojęcia, jak rozwinąć myśl. W tym otoczeniu trudno było się zebrać, ale na pewno tego symbolu nie widział po raz pierwszy.
– Wychodzimy – zarządziła kapitan. ­– Trzeba przekazać to wszystko do stolicy.
– Nie do dowódcy? – zapytał Milan, zanim Mildred zaczęła wciskać głowę w szczelinę.
– To zadanie pochodzi bezpośrednio od króla, więc w przypadku on jest dowódcą, nawet bym rzekła naddowódcą – mówiła, odgarniając ziemię i powoli znikając wraz z różowym płomieniem Fu.
Milan ruszył zaraz za nią i z zadowoleniem stwierdził, że przejście na zewnątrz nie było już tak okropne. Zapewne dlatego, że przywykł do brudu oraz robactwa, co więcej najgorsze przeszkody unicestwił już wcześniej.
Po drugiej stronie czekał na nich Derwan, mrużąc oczy. Nie wyglądał na przejętego stanem ich wyglądu.
– Ten proch – powiedział, kiedy wyprostowali plecy. Wskazał ręką na dłoń Mildred. – To kwiecisty ogień plemienia życia?
– Widzę, dużo podróżujesz, Derwan – odparła, ścierając brud z twarzy, w efekcie rozmazując go jeszcze bardziej. – Jutro wyruszamy do stolicy, bądź gotowy.
– Mogę jechać choćby teraz…

– Bez konia? – zakpiła Mildred. – Niepotrzebne mi tutaj męskie popisy. Czeka nas dwudniowa podróż, więc zaczynamy jutro, nie teraz. – Po tych słowach zaczęła wspinać się w górę, zmierzając w stronę gospody… a Derwan… Derwan się uśmiechnął. Po raz pierwszy. 
***

Czas na kolejną część, a że miałam dobry czas, jeśli chodzi o pisanie, to dodam go nieco wcześniej. Sam rozdział będzie bardzo długi, dlatego podzieliłam go na więcej części, no i ta może wydać się nieco krótsza. Jest też swego rodzaju wstępem do akcji z Milanem, która potem rozdzieli się na dwie drogi... ale nie będę wyprzedzać faktów. 

Może się wydawać, że historia sama w sobie rozwija się powoli, ale chcę z sensem doprowadzić ją do zakończenia, tak żeby wszystko z siebie wynikało. Każdy bohater zasługuje na swoje kilka minut, a jednak mam ich trochę.

Zastanawiam się, co myślicie o Mildred i Derwanie. Mam też nadzieję, że językowo nie wyszło najgorzej, bo zawsze mam problem"żeby zacząć" :D Potem poprawię ; )) Serio poprawię haha 

Tak czy inaczej nawet nie wiecie, jak ogromnie mnie cieszy, gdy ktoś do mnie zagląda i chociaż wiem, że tekstu jest dużo i większość po drodze się wykruszyła, to nie jestem nowa w Internetach i wcale mnie to nie zraża. Na pewno dokończą moją historię choćby dla jednej osoby, która zechce ją przeczytać. 

Koniec bełkotania. Ściskam! 

sobota, 20 maja 2017

Rozdział IX cz. 1

Za murami fantazji 


Zimne krople uderzały w podłoże z taką siłą, że nawet pokryte liśćmi drzewa nie chroniły przed deszczem. Nadar czuł, jak jego ubranie moknie, a zimno przenika przez klatkę piersiową i wlewa strumieniami do spodni. Przeklinał głośno, złorzeczył, ale nic nie mógł zrobić… bo Kasjan postanowił stać na skale i wpatrywać się w horyzont. Nie to, że cokolwiek zobaczył. Mgła rozścieliła swoją iście artystyczna pierzynę, otulając świat… a zresztą kogo to obchodzi?
Podróżowali razem przez wiele lat, więc mieli okazję poznać każdą, najmniejszą część swojej osobowości. Dlatego wiedział, że jego towarzysz, jak coś postanowił, to nawet zamieszki nie dawały rady go powstrzymać. Gdyby to ktoś inny zmusił go do postoju w taką ulewę, pewnie by wybił mu zęby… ale Kasjan to Kasjan, a Nadar go lubił.
… a warto dodać, że Nadar niewiele osób lubił.
Pamiętał dzień, w którym go poznał. Słyszał o nim, czasami mijał na dziedzińcu, ale nigdy nie zwracał uwagi. Dopiero kiedy przeniesiono tego dzieciaka pod komendę Zosimy, musiał skupić na nim uwagę. Nie okazał się może takim gówniarzem, jak w wyobrażeniach Nadara, dzieliły ich zaledwie dwa lata, ale Kasjan wciąż miał mniej niż dwadzieścia pięć lat, a on więcej. Teraz byli prawie o dekadę starsi… prawie… no prawie.
Wtedy wcale nie zachwycała go myśl, że miał walczyć u boku człowieka o głowę od niego wyższego, z wielkimi łapami i mieczem cięższym od większości kobiet, które… odwiedzał. Nie ze względu na jakieś poczucie niższości, po prostu życie mu pokazało, że wielką broń nosiły bezmózgi, a pokaźna postura nadrabiała za zdolności walki. Kasjan doprawdy nie należał do wielkoludów, daleko mu do niedźwiedzia, tylko – kto do cholery nosi taki miecz?
– Mam nadzieję, że jesteś lepszym rycerzem niż wyglądasz – burknął na przywitanie. – Zazwyczaj nie wątpię w decyzje dowódców, do oddziałów niezależnych nie przyjmują debili z przerośniętym ego… ale jak na ciebie patrzę, to ryj masz iście szlachecki.
– Tak straszcie cię interesuje moja pozycja społeczna? – zapytał kompletnie niezrażony, co nieco zbiło Nadara z tropu.
– W zasadzie, to mam ją w dupie. Ciekawi mnie tylko, jak walczysz – odparł szczerze, drapiąc poparzoną skórę za uchem. Czasami okropnie go swędziała.
– Ale lubisz sobie pogadać?
– No lubię – zarechotał, wyciągając do niego rękę. Sam nie rozumiał, dlaczego to zrobił. Z jakiegoś powodu wiedział, że coś ich łączyło, chociaż widzieli się po raz pierwszy. Kasjan chyba poczuł to samo, bo jego uścisk był silny, ale pozbawiony tej chorej rywalizacji, która cechowała większość rycerzy.
– Możesz mówić co chcesz i ile chcesz, bo ja rzadko słucham.
Nie skłamał. Naprawdę, Kasjan pozostawał głuchy na wszystko, co akurat mu nie pasowało. Zupełnie jakby trochę żył tutaj, a trochę w jakiejś odrębnej rzeczywistości, gdzie sam sobie dowodził, rządził, a w sumie to siedział na tronie z koroną na głowie.
 W trakcie wyprawy przed pierwszą konfrontacją z południowymi zamęciarzami, Nadar wciągnął go w drugą rozmowę. Miało to miejsce dziesięć dni po ich pierwszym spotkaniu. Do tamtej pory nieustannie coś komentował, ale nie wchodził w dłuższe dyskusje. Dlatego też właśnie ta wieczorna utkwiła mu w głowie.
– Nigdy wcześniej nie pracowałeś jako rycerz niezależny, co? – zapytał w większej mierze retorycznie, bo doskonale znał odpowiedź.
– Niezależność mam w naturze – odparł Kasjan, grzebiąc kijem w ognisku, które rozpalili kilka godzin wcześniej. Powoli dogasało, ale mężczyźni nie znaleźli więcej suchego drewna. Nadar praktycznie nie widział twarzy swojego kompana, zaledwie ciemne oczy odbijały liche światło ogniska.
Musiał przyznać, że Kasjan z gęby pasował do tej sekcji rycerzy. Chociaż samo słowo „niezależność” nijak przystawało do rzeczywistości. Wszyscy podlegali odpowiedniemu dowódcy, Racławowi oraz obecnemu następcy tronu. Ich polecenia nie podlegały dyskusji. Tak samo ciężył na nich obowiązek szacunku wobec starszych rangą i służbą. Różnice polegały na tym, że oni wyruszali bez kapitana, zdani na siebie jak również osoby im towarzyszące. Zaufanie miało kluczowe znaczenie, chociaż trudno określić jego zakres. Rycerze wymyślili własny sposób, ale ten nie zawsze zdawał egzamin.
– Nie musisz wiele o sobie gadać, tutaj każdy ma tajemnice – rzucił Nadar, siadając na kupie piachu, która tworzyła niewielkie wzniesienie. – Mamy taką zasadę, ze partner wie o tobie dwie rzeczy. Jedną, jako odpowiedź na pytanie i drugą, którą sam chcesz mu zdradzić. Ani mniej ani więcej. Minimum zaufania, zabezpieczenia, więcej nie chce mi się słuchać. Możesz oczywiście odmówić, ale wtedy nasz związek nie ma przyszłości – skończył wysokim, kobiecym głosem, parodiując jedną ze swoich kochanek.
– Wbrew temu, co sądzisz – rzekł po chwil namysłu Kasjan, nie odrywając wzroku od dogorywającego ognia. – Nie mam nic do ukrycia.
– Taa, jasne – prychnął. Jednak nie chciał wnikać, bo nie tak widział swoją rolę. Nie posiadali zresztą tyle czasu. – Jesteś młodszy, to przysługuje ci wątpliwy zaszczyt pierwszeństwa.
Kasjan długi czas nic nie mówił, stąd też Nadar sadził, że obmyśla coś iście diabelskiego, co miałoby zbić go z pantałyku. Szybko skorygował takie myślenie, bo mężczyzna zadał pytanie najbardziej banalne z możliwych.
– Skąd masz tę bliznę? ­– Wskazał na ślad po oparzeniu na głowie Nadara, który nie powtrzymał rechotu. W końcu ciekawość partnera przypominała tę typowego gówniarza. Każdy, kto walczył, nosił na ciele mnóstwo śladów. Chłopców kopiących na polu ziemniaki to interesowało, ale nie rycerzy. Ci zwracali uwagę na inne sprawy, a jeśli w ogóle napominali o ranach, to w ramach ogólnego narzekania, ewentualnie dla zabicia czasu.
– Ojciec przywalił mi w łeb pogrzebaczem. Tak się ostało. – odpowiedział, wzdychając głośno. Na całe szczęście, jakkolwiek pytanie nie należało do zmyślnych, reakcja na odpowiedź nie należała do szczeniackich. Kasjan jedynie kiwnął głową, powstrzymując komentarz.
– Teraz twoja kolej – rzucił tylko, odgarniając ciemne kosmyki z twarzy.
Nadar znał już swoje pytanie. Wymyślił je, jeszcze zanim przydzielono ich do jednej grupy.
– Jesteś bękartem króla? – rzucił jakby od niechcenia, chociaż nie mógł zaprzeczyć, że nie był całkiem obojętny. Nie zżerało go od środa jak niektórych, ale i tak rzucił ukradkowe spojrzenie na towarzysza. Ten  zmarszczył brwi, ale nie wyglądał na przejętego. Najpewniej pytano go o to nie raz. Plotkarstwo należało do standardowych rozrywek w Lagarze, o wiele gorszych niż bójki.
– Nie – odrzekł w końcu… a Nadarowi to wystarczyło.
– Ja mam jednego – zmienił temat. – Chwała, bo nie wie, że to ja zbałamuciłem jego matkę. Oby tak pozostało.
Tym razem wyraz twarzy Kasjana uległ zmianie. Mężczyzna wbił spojrzenie w Nadara, ale co dokładnie miało to oznaczać, diabeł wiedział. 
– Oby tak pozostało? – zapytał cicho. – Obleciał cię strach?
– A gdzie tam! Bachor żeby miał przerażać – prychnął Nadar. – Ale co mu po takim zjebanym ojcu? Lepiej niech siedzi tam, gdzie teraz siedzi. A to małżeństwo… pierwsza klasa – zarechotał głośno. – Zresztą, kto się na to decyduje? Śluby są dla samobójców.
– Ja mam żonę – rzekł twardo Kasjan, jakby właśnie toczył wojnę na słowa.
– Jakaś miejska dziewka? – zapytał niezrażony. Fakt, że jego partner zupełnie inaczej patrzył na świat, wcale mu nie przeszkadzał. – Chociaż… nie wyglądasz na takiego. Pewnie wziąłeś odpicowaną szlachciankę.
– Nie. – Położył się na plecach, patrząc na jaśniejące na niebie gwiazdy. – Moja żona jest jedną z Czystych…

Po tylu latach Nadar wciąż nie wiedział, w jaki sposób Kasjan przygruchał sobie plemienną kobietę. Do niedawna nie miał do czynienia z krewnymi Idy, ale sam kontakt z ludźmi o pradawnych korzeniach nie pozostawiał złudzeń. Oni strzegli własnej krwi o wiele bardziej niż ziemi, którą przecież traktowali jak świętość. Nie pozwalali na żadne związki mieszane.
Pewnie gdyby go zapytał, to by się dowiedział. Jednak tak naprawdę, wisiało mu to.

– Skończyłeś już? – zapytał, plując wodą, kiedy Kasjan zeskoczył ze skały i podszedł do Krodo. Koń prychnął wściekle, prezentując cierpliwość i uległość rozszalałego dzika, ale pozwolił rycerzowi poprawić siodło.
– Najlepiej, jakbyśmy zdążyli przed zmrokiem – rzucił tylko.
– Jesteś tego pewien? – wycedził po raz setny, zrzucając przemokniętą pelerynę, która na tym etapie jedynie mu ciążyła.
– Nie mam zamiaru roztrząsać tego po raz kolejny.
– Zrobisz, jak uważasz – zawołał, zarzucając materiał na szyję klaczy, która mu towarzyszyła w podróży. – Po prostu twoje zainteresowanie tym chłopakiem mnie ciekawi. Nigdy nie przejawiałeś przywiązania wobec kogokolwiek z Lagary.
Kasjan nie uznał za istotne, żeby odpowiedzieć, ale Nadar wiedział swoje. Nawet jeśli młodszy rycerz przedstawił zestaw logicznych argumentów na takie a nie inne zachowanie, to on wyczuł w nim dziwne, niewytłumaczalne emocje. Dotyczyło to tak samo Idy, pomysłodawczyni tego planu, tylko że ona zawsze myślała pokrętnie.
– Pantofel – burknął, ale tak jak oczekiwał, Kasjan nie zareagował.
Dla Nadara również cała ta akcja była podejrzana. W przeciwieństwie do innych, wierzył w przypadki. Tylko że wysłanie do lasu Czystych akurat tego dzieciaka, który tak silnie reaguje na właściwości tego plemienia, nie mieściło się w jego definicji tego pojęcia. Dodatkowo Ida stwierdziła coś, czego Nadar nie rozumiał, ale ona uznała to za bardzo ważne. Ględziła o plemiennych pierdołach, Kasjan słuchał tego jak wyroczni, a on mógł co najwyżej prychać… bo ona zażyczyła sobie Aarona i nikt nie miał mocy wybić jej tego z głowy.
Szkoda tylko, że przy okazji będą musieli działać poza rozkazami dowódcy.
Dalszej rozmowy nie prowadzili. Ochotę, o ile taka w ogóle istniała, odebrał im zryw porywistego wiatru. Wskoczyli więc na konie i pognali przed siebie, słysząc jedynie uderzenie kopy o błotniste podłoże.
Nadar głupi nie był. Wiedział, że ten dzieciak, Aaron, miał twarz podobną do Idy. Jeśli ktoś kiedyś spotkał plemię Czystych, to pewnie dostrzegł i to. Może wysłanie do „swoich” miało go jakoś sprawdzić. Czy ten egzamin zdał? Na to pytanie próbował odpowiedzieć Kasjan, ukrywając jednocześnie tajemnicze ostrze i planując przekręt.
Otrzymali typowe zadanie do wykonania, więc młodszy mężczyzna zrzucił je na Nadara, sam poleciał kombinować. Musiał w końcu zdobyć informacje gdzie przebywał Aaron, jak go stamtąd wyciągnąć. Oczywiście tak, żeby nikt się nie kapnął, bo dowódcy o zgodę nie pytał. Mógł zadbać o list od następcy tronu, ale po co? Przecież tuptanie po granicy robiło większe wrażenie.
Nieładnie w obecnych okolicznościach tak mówić, ale mieli ogromne szczęście, że padła twierdza w Deszczowych Wzgórzach… i że dzieciak to przeżył. Skończył z kilkoma ranami, ale dwa tygodnie w lecznicy to więcej niż dość. Kasjan go znalazł, zanim ten został zbadany… cholera wie, jakim cudem. Wcale nie tak łatwo wypatrzeć konkretną twarz wśród setek rannych… a on tam poszedł i odszukał, co chciał. Teraz mieli jedynie tam wrócić po poskładanego do kupy szczeniaka.
Nie rozmawiali w czasie podróży. Fakt, że z rzadka to robili. Nie tylko ze względu na milczącą osobowość Kasjana, czy utrudniony kontakt w trakcie jazdy. Pogoda zaczęła siać taki zamęt, że obydwoje mieli dość wyprawy, siebie i życia.
Kiedy dotarli do zastępczego obozowiska, woda ściekała z nich jak ze szmaty wyciągniętej z jeziora. Przypominali bardziej kupę prania niż ludzi, ale Kasjan i tak dziarsko wkroczył do zamkniętego terenu. Przywitał go strażnik… a zrobił to, jakby spotkał pana świata.
– Wasza rycerskość! – zawołał sześćdziesięcioletni mężczyzna w za dużej zbroi. Gdyby ocenić jego postać względem Nadara, okazałby się niskim, drobnym człowiekiem, o ciemnych włosach i lichym wąsie. Gdyby ocenić go względem Kasjana, to okazałby się kurduplem, o włosach brązowych i, ojej, wąs, jaki śmieszny.
– Wasza rycerskość? – powtórzył bezgłośnie Nadar, na tyle zaskoczony, że nawet nie wiedział, jak zakpić.
– Witaj, Fryderyku – Kasjan bynajmniej nie podzielał zdumienia jego partnera. Wyciągnął dwukrotnie większą dłoń do prawie dwukrotnie starszego strażnika, a ten, zamiast ją uścisnąć, padł na kolana.
– Niesamowite – skomentował Nadar, kiedy na twarzy wciąż młodszego rycerza zakwitło zakłopotanie.
– Wstań, cóż ty wyprawiasz – mówił szybko, kiedy Fryderyk zalał się łzami i omal nie przywalił głową o podłoże w tym swoim uniżeniu. Wtedy Nadar nie wytrzymał i parsknął.
– Witam i ciebie, szanowny rycerzu – tym razem Fryderyk przemówił do Nadara, a ten mógł odpowiedzieć jedynie grymasem.
– Gdzie on jest? – zapytał Kasjan, kiedy strażnik w końcu wstał i spojrzał gdzieś w okolice jego nosa, by zaraz pochylić głowę.
– Zaraz po niego poślę, wasza rycerskość – zawołał i podreptał do najbliższego namiotu, a Nadar wybuchnął śmiechem.
– Coś cię trapi? – rzucił Kasjan z irytacją, kiedy Nadar nie przestawał rechotać pod nosem. Na dźwięk głosu rycerza chrząknął głośno i odkasłał trzy razy.
– Nic, wasza rycerskość – odparł, szczerząc złośliwie zęby.
Czekali jedynie chwilę, ale i tak okropnie zmarzli. Wiatr był zimny i przeszywający, nawet drewniane konstrukcje obozowiska przed nim nie chroniły.
Co jakiś czas mijali ich rycerze spod chorągwi Zagrzyckich, zerkając z ciekawością. Zaraz potem doczekali powrotu Fryderyka w towarzystwie wyższego do siebie młodzieńca o czarnych jak smoła włosach i wciąż świeżym rozcięciem na bladym policzku. Nie nosił stroju gwardzisty, przez co prezentował się wręcz egzotycznie.
– Podczas walki na polach wybuchł pożar – odpowiedział na nieme pytanie Nadara Aaron, poprawiając płaszcz, który sprezentował mu Fryderyk.
– Zaraz przyprowadzę dodatkowego konia, panie – obiecał strażnik, a Kasjan obdarzył go łaskawym spojrzeniem.
„Co tu się, kurwa, dzieje?” pomyślał Nadar i stwierdził, że tym razem zapyta. Oleje zmowę milczenia o przeszłości, inaczej jego żołądek nie wytrzyma.
Los chciał, że nie zdążył zadać pytania, bo giermek zaraz wrócił z niby białym, ale pożółkłym ogierem. Był okropnie brzydki, miał krzywe nozdrza, niesymetryczny zad i przykrótki ogon.
Nadar od razu go polubił.
Kasjan nie zwrócił na niego uwagi. Wzrok utkwił w Aaronie, który z każdym postawionym krokiem maskował wyraz dyskomfortu.
– Dasz radę prowadzić konia? – zapytał go bezbarwnie, bo ukrywanie emocjo zawsze szło mu dobrze.
– Tak – odrzekł zawzięcie chłopak, zaciskając zęby.
– Masz szczeniaku pecha do tych podróży co? – parsknął Nadar, dosiadając własnej klaczy. – Druga sprawa, a ty znowu ledwo łazisz.
Aaron zmierzył go spojrzeniem od stóp do głów, ale nic nie odpowiedział. Sam wskoczył na podarowanego konia i całą uwagę skupił na przestrzeni przed nim.
– Zdobyłeś tę przepustkę? – Kasjan zwrócił się do Nadara.
– No.
Nie oczekiwał rozbudowanej odpowiedzi, więc pożegnał Fryderyka i przywołał do siebie Krodo. Strażnik, który w dawnych latach uczył go pierwszych podrygów z mieczem, odskoczył do tyłu i wtedy demoniczne zwierzę przeszło obok niego, by agresywnie przetrzeć kopytami ziemię.
Fryderyk nie pamiętał Krodo, chociaż koń przybył na ich ziemie, jeszcze zanim mianowano go na strażnika. Zresztą, jako źrebak posiadał paskudny charakter, ale trudno nazwać go groźnym. Od początku szkolono go tak, żeby akceptował jednego jeźdźca  i chociaż przekroczyło to granice zdrowego rozsądku, to Kasjanowi pozostawał posłuszny bez względu na okoliczności.
Wyruszyli bez ociągania i niemal przez całą podróż deszcz padał im na głowy. Dopiero kiedy stanęli na rozdrożu, niebo pojaśniało i zamiast ciężkich kropel w powietrzy frunęła zimna mżawka.
– To jest ten moment, w którym możesz się jeszcze wycofać – rzucił do Nadara Kasjan, odgarniając mokre włosy z twarzy.
– Nie – odpowiedział mu rycerz. – Jadę dalej na wschód, ty korzystaj z zabawy ze swoją kobietą. – Nie mógł powstrzymać złośliwości. Parsknął, wyobrażając sobie ten obrazek. – Ale kiedy wrócę, chcę wiedzieć, co to był za teatr, wasza rycerskość.
Kącik ust Kasjana zadrżał, ale mężczyzna powstrzymał śmiech… albo przejaw irytacji.
– Dalej na wchód jest granica – wtrącił Aaron, marszczą ciemne brwi. Pod względem strojenia min wyjątkowo pasował do Kasjana.
– Dzięki, gówniarzu za tę informację, na pewno mi się nie przyda – zakpił rycerz, ale Aaron albo tego nie dosłyszał albo miał znajomą Nadarowi skłonność błyskawicznego wywiewu z głowy informacji. Było to na tyle upierdliwe, że komunikat nawet nie trafiał do części mózgu odpowiadającej za rozumienie.
– Nie musisz się tym martwić – powiedział do Aarona Kasjan, a ta informacja najwyraźniej została zakodowana, bo chłopak kiwnął głową. Starszy rycerz zaraz potem powiedział bezpośrednio do Nadara. – Liczę na ciebie. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, za jakiś czas obraz nabierze kształtów…
– Ale wciąż będzie brakować mu kolorów – skończył Nadar. – Powodzenia, wasza rycerskość, a ty szczeniaku pilnuj siedziska, żebym następnym razem zobaczył cię w całości.
Aaron nie nosił żadnych widocznych uszkodzeń, ale sam fakt, że krzywił twarz przy każdym gwałtownym ruchu, wystarczył. Nie ulegało wątpliwości, że chłopak wciąż cierpiał przez rany z poprzedniej wyprawy. Samo zdarzenie z mieczem budziło niepokój, ale przecież przed tym wszystkim Czyści mocno go poturbowali. Ida z trudem poskładała kości. Byle jaki rycerz na jego miejscu pewnie by nie opuścił łóżka przez kilka miesięcy. Gwardziści rzadko sobie na to pozwalali.
Nadar też nie miał chęci się nad sobą rozczulać. Ściągną koniu wodze i pognał w tylko sobie znanym kierunku
.

Czas zająć się tym, co miało być zrobione… 

***

Standardowo raz w miesiącu wstawiam rozdział i teraz też macie kilka stron o Nadarze, Kasjanie i Aaronie. Nie będę ukrywać, że lubię pisać o tej trójce. W następnej części będzie nieco więcej o Milanie, pojawi się też ważna, nowa postać. 

Napiszcie mi, co myślicie teraz albo kiedyś. 

Ściskam wszystkich! ; ))
© Halucynowaa | WS | X X X