piątek, 24 listopada 2017

Rozdział 11 cz.1

Moje imię to...

Dom, w którym przebywał, zmienił się nie do poznania. Jego ściany pokrywały pajęczyny zakrzepniętej krwi, niemal każdy krok wywoływał skrzypienie drewnianej podłogi. Drzwi oraz okna uderzały o framugę w rytm złowieszczej muzyki.
Dzisiejsza wyprawa w ten „inny” świat wyglądała dokładnie tak samo jak poprzednim razem. Jedyna zmiana dotyczyła niego samego. Potrafił skupić uwagę na otoczeniu zamiast własnym strachu i obserwować.
Był sam. Wszyscy obecni do tej pory w pomieszczeniu roztopili się jak woskowe lampy. Ich pozostałości kleiły stół i krzesła.
Ręka przyrosła mu do szczątków miecza, którego nie potrafił puścić. Rękojeść oplotła palce niczym bluszcz, zmuszając do używania broni, którą uznawał za przeklętą.
Zrobił krok. Deska pękła pod jego ciężarem, a on został wciągnięty w podziemny świat, gdzie spomiędzy korzeni wystawały  gnijące ciała – ludzkie przemieszane ze zwierzęcymi. Próbował się przebić, drapiąc rękami ziemię, tworząc dziury, szczeliny. Skoro mógł dostrzec wszystko to, co obumierało w cuchnącym piachu, to z pewności miał szansę uciec na powierzchnię. Jednak żeby to zrobić, musiał chwytać rozpadające się nadgarstki, powykręcane ramiona, zdarte kopyta. Tłumaczył sobie, że trupy nie czują. Jednak gdy dotykał ich srebrną rękojeścią, wzdrygały się i uciekały wgłęb mokrej ziemi. Przede wszystkim nie skupiał uwagi na ich twarzach. Wtedy zobaczyłby ich łudzące podobieństwo do osób, które znał… a przecież musiał odnaleźć potwora.
Jeden z martwych zaczął obejmować go w pasie, wtulając głowę w jego szyję. Starszy mężczyzna, z kilkoma siwymi włosami i długimi palcami – tyle był w stanie zobaczyć.
Zamarł.
Nie czuł na skórze oddechu, ciało było porażająco zimne, wilgotne. Nie próbował się uwolnić, zamiast tego obserwował, bo on… musiał gdzieś tu być.
Stłumił strach, który pojawiał się wraz z myślą o spotkaniu. Powtarzał w myślach usłyszane wcześniej słowa.
„Tutaj jesteś bezpieczny”
„Tutaj jesteś bezpieczny”
„Tutaj jesteś bezpieczny”
… i tak w kółko.
W końcu otaczająca go masa zaczęła topnieć, niczym śnieg po spotkaniu ze słońcem.
Pływał w jeziorze wraz ze wszystkimi martwymi ciałami i dopiero wtedy zabrakło mu powietrza.
Próbował dotrzeć na powierzchnię, ale umarli zaczęli chwytać go za kończyny i ciągnąć w dół.
Zaatakował uszkodzonym mieczem i przekonał się, jak strasznie był ostry. Przez przeszkody przechodził jak przez masło. Dzięki niemu już wkrótce przedostał się do źródła tlenu.
Nie zobaczył nad wodą drzew ani nieba. Zamiast tego otaczały go gęste, czerwone opary. Poszukał wzrokiem brzegu i jak na zawołanie nieopodal wyrosła niewielka wysepka.
Brakowało mu sił, żeby płynąć, ale niepokój podprowadził go do brzegu. Odepchnął od siebie kawałki kończyn, które wypływały tylko po to, żeby przeobrazić się w parę i tworzyć szkarłatną mgłę.
On sam czuł, jak jego ciało nie wytrzymuje gorąca, a przecież nie tak miał zginąć.
Na czworaka dał radę dotrzeć na suche podłoże. Kłęby pary zdążyły dotrzeć do chmur, które przygotowywały chłodny deszcz. Nie oderwał nawet kolan od gruntu, kiedy ciężkie krople krwi zaczęły spadać na jego głowę oraz otoczenie, przykrywając wszystko wokół.
Oparł się na udach i rozejrzał, a chociaż miał świadomość obecności obcej istoty, nie potrafił jej zlokalizować. Poczuł świszczący oddech przy uchu.
Nic nie zdążył zrobić.
Potwór przebił jego klatkę piersiową na wylot.
Ostatnim, co zobaczył, była wielka szpona znienawidzonej istoty.

***

Wymiotował przez cały dzień. Zwrócił wszystko, co zjadł dzisiaj, wczoraj i trzy lata temu. Cały czas płukał głowę w lodowatej głowie, a potem drżał z zimna. Co chwilę sprawdzał, czy jego serce wciąż bije, czy nie wyrwano go z piersi. Ida podrzucała mu napary z ziół, ale nie miał ani chęci ani siły ich przełknąć.
– Jesteś pewna, że to dobra droga? – zapytał jej Kasjan, kiedy Aaron wypluł kromkę chleba, którą przeżuwał z dobre piętnaście minut.
– Nie jest dobra, tylko jedyna – powiedziała kobieta. – Musi poznać naturę ducha i rządzące nim prawo, inaczej zostanie pożarty od środka.
Wytarła czoło chłopaka mokrą ścierką. Był to gest, do którego zdążył przywyknąć, chociaż na początku odskakiwał jak oparzony.
– Chcesz odpocząć? – zwróciła się do niego, a on pokręcił głową, bo w łóżku spędził cały dzień.
Od czasu jego przybycia do domu Idy minęły już trzy tygodnie, a Aaron na zmianę spał, walczył i chorował… nieszczególnie to odmienne od życia, które prowadził do tej pory, ale tym razem każdy pojedynek kończył ból, a osłabienie trwało o wiele dłużej.
O tym, że wyląduje w domu Idy, wiedział o wiele wcześniej, już podczas pierwszej wizyty w tym miejscu. Tylko że wtedy nie wyjaśnili mu, dlaczego to wszystko było tak ważne. Po prostu kazali sobie zaufać, a że Aaron nie widział powodu, żeby się sprzeciwiać, to przystał na ich propozycję.
Całość musiała mieć miejsce poza oczami dowódcy, w innym wypadku informacja o przeklętym mieczu rozniosłaby się do niepożądanych osób, które mogły mu zaszkodzić. Odpowiedni zbieg wypadków pozwolił im zrealizować to szybciej niż planowali. Upadek twierdzy na wchodzie, wraz z końcem misji Kasjana i całe zamieszanie związane z wyjaśnianiem źródła ataków – to dało im przynajmniej kilka tygodni na ominięcie rozkazów.
Dlatego jak tylko ponownie się spotkali, ruszyli do Idy, która wiedziała o Czystych więcej niż inni.
Pierwszego dnia pobytu próbowała mu wyjaśnić cel jego przyszłych zmagań, ale te nieszczególnie do niego przemawiały. Zwłaszcza, że tak naprawdę eksperymentowali i nie do końca wiedzieli, do czego ich to zaprowadzi.
– Miecz, na który patrzysz pochodzi z czasów wielkiego cechu, a sądząc po zdobieniach i tym, jaki ma na ciebie wpływ, to pozostałość po legendzie o Królu Życia – mówiła mu, a on słuchał uważnie, chociaż niebyt entuzjastycznie. – Chcesz ją poznać?
Kiwnął głową nieszczególnie podekscytowany, chociaż nie miał zamiaru odmówić. Nie tylko z natury lubił słuchać, ale Idzie nie potrafiłby odmówić niczego. Nawet najnudniejszej opowieści świata.
– Tam, skąd pochodzę, wierzono w istnienie istoty będącej stwórcą wszystkiego, fundamentem przeszłości, teraźniejszości i przyszłości – zaczęła swoim tajemniczym głosem, a on analizował każdy, najmniejszy ruch ust. – Postać bez kształtu, nie do pojęcia nawet przez mędrców. Zgodnie z historią stworzenia świata, to właśnie on zebrał z sobą kilka tysięcy gwiazd, aby z ich najlepszy części zbudować planetę, na której wkrótce powstało życie. Wkrótce okazało się, że opieka nad człowiekiem sprowadza na niego wiele trosk. Oddał więc część mocy swoim dzieciom, które miały wyrażać jego wolę.
– Lata mijały, a Król Życia coraz chętniej dzielił potęgę, narzucając przywileje, ale również obowiązki – opowiadała, przy okazji sprawdzając wszystkie jego rany, by zaraz przetrzeć je cuchnącym płynem, którego zapach kojarzył mu się z Lagarą.
Wtem wyszło na jaw, że kontrolowanie tysięcy istot, które posiadały fragmenty jego zdolności, zaczynają go przerastać. Ci bardziej gnuśni wykorzystywali talent dla zaspokojenia własnej pychy. Powstały klęski, plagi, zdrada, rozpusta. Wściekły Król zebrał nieposłusznych i wygnał ich do Krainy Płaczu, by tam przemienić w skałę. Na obronę tego miejsca wyznaczył najstarszą z córek, Zorzę. Była to istota o ludzkiej urodzie, kwintesencja kobiecości. Miała włosy w kolorze kory dębu, plecione wiatrem, a oczy niczym dwa bursztyny otoczone wachlarzem długich rzęs. Jej skóra błyszczała w słońcu, a ciało przypominało dorodny owoc, który kusi, budzi pożądanie.
– Opowieści o Zorzy powstało co najmniej kilkanaście – dodała już bardziej rzeczowo – ale tylko jeden z przekazów stanowi źródło informacji o ostrzu, które widzisz przed sobą. Jeśli pójdziemy jego tropem…
Zorza, jak większość kobiet w legendach, oddała serce mężczyźnie. Kowalowi, który zawitał na jej terenach w poszukiwaniu dobrego surowca. Powiedziała mu „Ze złoża z tych skał wykujesz broń o potędze wykraczającej poza twoje sny. Ono zapewni ci zwycięstwo nad Królem Życia, jednak dopiero po jego śmierci będziemy mogli być razem. Czy zaczekasz na mnie”? Melferd, bo tak zwali ów kowala, zauroczony nie tylko Zorzą, ale i perspektywą władania światem uległ jej propozycji i już wkrótce wykuł sześćdziesiąt siedem broni z żelaza ukrytego w skałach przemienionych istot.
Gniew Króla Życia dosięgnął ich. „Dopóki pozostaniesz mi wierny, nic ci nie zagrozi” obiecała Zorza, nim została zamieniona w sześćdziesiątą ósmą broń przez ojca, który pozostałe sześćdziesiąt siedem mieczy rozesłał po świecie, aby pozbawić Melfreda możliwości ich zjednoczenia. „Pozostaniesz przy życiu, głupi kowalu, żebyś na zawsze pamiętał o tym, czego nigdy nie będziesz miał” rzekł do niego król i odszedł. Nie przewidział jednak, że uczucia Zorzy sięgają o wiele dalej niż jego moc.
Wołanie ukochanej Melfred słyszał już od początku, ale siedem lat zajęło mu odnalezienie zaginionego miecza. Dostrzegając niebezpieczeństwo, Król próbował pozbawić kowala życia, ale nie mógł go dosięgnąć. Zorza bowiem władała mocą ułudy, który zmieniła nie tylko samego Melfreda, ale i wszystko, na czym spoczął jego wzrok.
Z tym, że wieczna tułaczka z mieczem w niczym nie przypominała tego, co obiecano zachłannemu mężczyźnie. Liczył on bowiem na władzę u boku piękności. Z czasem ulegał złym emocjom, a wykorzystała to napotkana wiedźma. Zaproponowała mu „odnajdę dla ciebie wszystkie zaginione miecze w zamian za ten jeden, który nosisz przy sobie”. Jak prawie każdy mężczyzna w legendach, Melfred nie zorientował się, że wiedźma to tak naprawdę przemieniony król, który zgodnie z obietnicą ofiarował kowalowi sześćdziesiąt siedem mieczy, zabierając w zamian jedynie zdradzoną córkę.
Melfred sformował wojsko, którym już wkrótce zaatakował króla. Ku jego zaskoczeniu, żaden z ofiarowanych mieczy, które w jego rękach wydawał się niepokonany, nie okazał żadnych właściwości w stosunku do jego towarzyszy. Zorza sama odnalazła kowala, by pozbawić go tego, czego sama już nie miała. Melfred skonał, a jego ciało rozpadło się na tysiące cząstek duchowości, a te wstąpiły na pierwszych ludzi. Ostrze, które zabiło kowala, pękło, tak jak i serce Zorzy.
Aaron nie odrywał spojrzenie od Idy, która zakończyła opowieść z pełną dramatyzmu nutą, charakterystyczną dla mędrców zwiastujących tragedie. Ten głos wypełnił jego myśli niczym mgła – leniwie, ale dokładnie, nie pozostawiając miejsca na nic innego.
– Gdzie w tym wszystkim morał? – zapytał Kasjan, na którego magia historii najwyraźniej nie zadziałała. Przy Idzie wyglądał nadzwyczaj przyziemnie, ale Aaron nie potrafił określić tego ani za wadę ani za zaletę.
Odpowiedziała mu uśmiechem, a w takich chwilach wyglądała niezwykle. Jakby skrywała tajemnicę, której żaden z nich nie pozna.
– Opowiadane mi legendy nie zawierały przesłania, tylko ostrzeżenie – rzekła w końcu, chociaż słowa skierowała do Aarona. – Jeśli ta niesie w sobie choćby iskrę prawdy, to ostrze przed tobą jest pozostałością broni wykutej na Górze Płaczu.
– Skąd wiesz? – zapytał, ledwo rozpoznając swój głos.
– Legendy tworzono zazwyczaj wokół wielkich bohaterów albo niezrozumianych przedmiotów – rzucił Kasjan. – Nie ma żadnego powodu, żeby dawać wiarę bajce o Zorzy i Melfredzie, ale faktem jest, że miecz istnieje. Napomknął o nim pisarz Antykost w swoich kronikach, które z kolei oparcie znalazły na pradawnych zwojach. Wspominał, że wśród niektórych plemion prowadzono kult przełamanego ostrza, nie wyjaśnił, z jakiego powodu. Po unicestwieniu ludów międzyrzecznych, które zresztą szczyciły się kanibalizmem, badacze z Natory przeprowadzili na nim badania, ale ostrze nie przejawiło żadnych szczególnych właściwości. Mimo to, jak napisał jeden z nich, postanowiono wszelkie przełamane ostrza znaleźć, aby krwawa legenda nie okazała się przepowiednią. Nie wiadomo, o jaką „krwawą legendę” mu chodziło, ale odnaleziono kilkadziesiąt albo i kilkaset mieczy i „usunięto w niebyt”.
– W plemieniu Czystych istnieje bardzo silna wiara, że nie wolno przenosić tego, co raz zostało wniesione do lasu – dodała Ida, a Aaron przypomniał sobie przekazane mu jeszcze przed wyprawą informacje. – Miejsce, gdzie znalazłeś miecz, to pozostałość po rozegranej tam dawno temu bitwie pradawnych z rycerzami wodza, który później został pokonany przez króla. Walkę wygrali Czyści, ale okoliczności potyczki nie są jasne. Zgodnie z przekazaną mi opowieścią, na polanie odnaleziono wiele martwych ciał, a w samym centrum pola bitwy mężczyznę, nie należącego do żadnej ze stron. To było jedyne ciało, którego nie zwrócono nikomu, a kiedy Najstarszy dotknął go dłonią, rozpadł się na plamę krwi i wrósł w ziemię. Jego uzbrojenie było jednym śladem istnienia tajemniczego człowieka. Stwierdzono, że to kolejny cud źródła, więc miejsce miało pozostać bez skazy. Nikt tam nie zaglądał od lat.
– A co ma z tym wspólnego legenda? – zapytał Aaron, zagubiony w ilości informacji, które mu przekazano.
– Jeśli podejdziemy do niej bardziej przyziemnie – rzekł Kasjan – to wyciągniemy z niej wiele prawdopodobieństw. Przede wszystkim, że Zorza jako miecz mogła nawiązać kontakt jedynie z Melfredem, który z kolei miał jako ta „duchowość” natchnąć pierwszych ludzi, czyli po prostu plemiona. Nie bez powodu nazywamy ich pradawnymi.
Aaron kiwnął głową, skupiając całą uwagę na mężczyźnie przed nim.
– Jednak czegoś w tym brakuje, bo w takim razie dlaczego ci „natchnieni” nie wykorzystali przełamanego ostrza? Musieli nie posiadać jakiegoś ważnego elementu – tłumaczył dalej, opierając się o drewniany blat. – Z drugiej strony wiedzieli o jego wyjątkowości, a pospolici ludzie nie.
– Kiedy dotykam rękojeści – wtrąciła Ida. – Jestem pewna, że to nie normalna broń. Nie potrafię ocenić jej natury ani tym bardziej nawiązać kontaktu z istotą, o której nam powiedziałeś. Mimo to wiem, że to coś nadludzkiego.
– Aaron, z pewnością widzisz już, że posiadasz w sobie krew plemienną. – Kasjan podrapał się w roztargnieniu po brodzie. – Nie wiem, jak to możliwe, ale musisz pochodzić od pradawnych, dam sobie rękę uciąć że od tych cholernych, świętoszkowatych Czystych.
Ida posłała mu zezłoszczone spojrzenie, ale nie przerwała, chociaż skrzyżowała ręce na piersiach.
– Z pewnością jednak posiadasz w sobie coś jeszcze, czego nie ma Ida ani nikt z jej plemienia. Może to przodek z drugiej linii albo fakt, że wychowano cię na rycerza, nie mam pojęcia. Dlatego możesz nawiązać połączenie podobne do tego między Melfredem a Zorzą.
– Jakie to podobieństwo? – Aaron poczuł, jak ogarnia go irytacja, nad którą z trudem panował. – Kiedy dotykam tego… czegoś… potwór wyrywa mi serce! Też mi połączenie, fantastyczne.
– Zorza ofiarowała Melfredowi moc w zamian za wierność, ale on nie składał wobec niej przysięgi – wyjaśniła cierpliwie Ida. – Nie wiedział, jak głęboko sięga ta zależność, dlatego w momencie zdrady nie mógł przewidzieć jej skutków. Ty też najpewniej nie rozumiesz, na czym polega siła miecza, ale nie dasz rady przed nią uciec.
Wskazała na niewielki, wyżłobiony na rękojeści znak – spiralę przeciętą prostymi liniami, tworzącymi coś na kształt krzewu.
– Symbol już od dawna nieaktywny – wyjaśnił Kasjan. – Kiedyś tak przedstawiano kowali, owalne kształty jako gorące żelazo, a proste linie jako szpikulce, którymi szlifowano miecz.
Usiadł obok Aarona i wziął pęknięte ostrze do ręki.
– Teraz każdy kowal może mieć własny znak, którym rozsławia imię, ale kiedyś żyło ich tak mało, że wszelkie kształty na rękojeści znaczyły tylko tyle, że broń stworzyła osoba z cechu, przez co nie zawiedzie w boju. Poza tym – wskazał na rękojeść – jest za długa i nierówno ukształtowana. Wtedy nie znano dzisiejszej techniki, ale ten miecz źle układa się w dłoni. Z którejkolwiek strony go nie obejrzysz, widać na nim zamierzchłe czasy. Jeśli te powiązania cię nie przekonują, wątpię, by cokolwiek to zrobiło. Co nie zmienia faktu, że nie mamy czasu do stracenia.
– Nie dam ci odpowiedzi na wszystkie pytanie – Ida zwróciła się bezpośrednio do Aarona, patrząc mu prosto w oczy. – Sam musisz je odnaleźć, a żeby to zrobić, zacznij od zrozumienia prawa ostrza.
– Jak mam to zrobić, jeśli to coś mnie zabija? – nie mógł powstrzymać jęku.
– Pokonaj „to coś” – skwitował Kasjan. – Walka ma miejsce w podświadomości, która należy tylko do ciebie. Zabija cię tam nie istota, ale twoje własne lęki i niewiedza.
– My nie zostawimy cię ani na chwilę. – Ida dotknęła jego policzka, a on zamarł. – Z nami będziesz bezpieczny.
W ten sposób przez prawie miesiąc szukał sposobu, żeby dojść do porozumienia ze stworem, który za każdym razem rozrywał go na kawałki. Tajemnicza istota przerażała go, obrzydzała, gdyby miał wybór, nigdy więcej by nie dotknął przeklętej broni. Jednak Ida z Kasjanem mieli inne plany, a on nie potrafił powiedzieć „nie”.
W przerwach między tymi sesjami, rozmawiali…. chociaż Aaron najczęściej milczał. Nie dlatego, że nie przepadał za towarzystwem Idy i Kasjana, najzwyczajniej nie miał nic ciekawego do powiedzenia. Najczęściej słuchał, a robił to nadzwyczaj chętnie.
– Jesteś prawdziwą Czystą? – zapytał pewnego ranka kobiety, kiedy Kasjan zniknął za drzwiami, zaraz po burknięciu, że musi wysłać list. – Czy…
– Czystej krwi – powiedziała zdawkowo, jakby rozmawiali o pogodzie. W kwestiach związanych z Aaronem wyglądała na bardziej przejętą.
– Co w takim razie robisz tutaj? – nie zabrzmiało to uprzejmie, ale nie wiedział, jak zapytać inaczej.
– Mieszkam.
– Dlaczego?
– Zakochałam się – odpowiedziała z uśmiechem. – Bardzo lekkomyślnie, bardzo mocno, a kiedy człowiek kocha, mało rzeczy uznaje za istotne.
– Na przykład więzy rodzinne?
To poruszyło ją o wiele bardziej. Przez chwilę Aaron chciał wycofać wszystko, co powiedział, ale wtedy Ida posłała mu jeden ze swoich łagodnych uśmiechów i przeczesała ręką włosy.
– W momencie, w którym musiałam wybrać między braćmi i Kasjanem, nie zdawałam sobie sprawy z... – przerwała na chwilę i zmarszczyła czoło. – Poniosły mnie uczucia, wydawało mi się, że zawsze będę mogła wrócić. Z tym, ze Czyści nie akceptują obcych, nie wybaczają zdrady. Chciałam poznać ten inny świat, a że Kasjan był tak samo niedojrzały jak ja, to zabrał mnie ze sobą. Wcześniej wyrzucałam sobie, że zniszczyłam porozumienie między moimi ludźmi i królem, odseparowałam męża od rodziny. Teraz widzę to zupełnie inaczej.
Podniósł wzrok, szukając odpowiedzi na jej bladej twarzy.
– Nie da się zawrócić czasu, nie odzyskamy tego, co raz straciliśmy. Możemy jedynie czerpać radość ze wszystkiego co mamy, wierzyć, że nasze życie ma cel, którego nie pojmiemy, bo nasze umysły są za małe. Zresztą to nie tak, że z naszego małżeństwa nie wynikło nic dobrego. – uśmiechnęła się smutno. – Mało na świecie rzeczy, którego można jednoznacznie ocenić. Coś o tym pewnie wiesz, czy nie tak?  Ty i Liliana nosicie w sobie sporo tajemnic.
Nie próbował nawet ukryć zaskoczenia. Za każdym razem, gdy ktoś wspominał o do tej pory najbliższej mu osobie, stawał się spięty, niemal gotowy do ataku. Z tym, że Ida nie była jego wrogiem… cokolwiek miała na myśli.
Chociaż kobieta nie kontynuowała tematu, ta sprawa nie została pozostawiona na długo, nawet jeśli tamtego dnia nie znalazł śmiałości, żeby zapytać. 

***

Witam jak obiecałam z kolejną częścią, mam nadzieję, że przypadła wam do gustu. Pewnie jestem nieobiektywna (na pewno), ale lubię ten rozdział, lubię go sobie czytać, przeglądać i recytować. Chociaż oczywiście nie jest idealny ; ) 

Wyszły już pierwsze informacje o tajemniczym mieczu, chociaż mogą się one wydawać nieco pogmatwane (dla Aarona z pewnością haha). No i szok, bo w tej części nie było żadnej nowej postaci :D 
Jakie są wrażenia z walki Aarona z mieczem? Chciałam to opisać w miarę obrazowo, ale czy mi to wyszło nie mogę ocenić. 
Co myślicie o samej historii wokół ostrza? 
No i jak do was przemawiają na tym etapie relacje między tą trójką - Aaronem, Idą i Kasjanem :D 

Trzymajcie się ciepło! 

wtorek, 21 listopada 2017

Trochę bełkotu

Cześć! 

Ponieważ na dniach dodam kolejną część bloga, to postanowiłam wystosować do każdego zbłąkanego przybysza kilka słów :D 

Przede wszystkim widzę, dostrzegam i rozumiem, że ten blogowy świat nie ma się teraz najlepiej i nie mam pojęcia, czy to ulegnie zmianie. Akceptuję jednak, że czytelników będzie mniej, a rozdziały będę publikować i tak, bo czemu nie? "Szept ostrza" i tak się pisze, a konieczność publikowania zmusza mnie do nieco bardziej zorganizowanej pracy. Dlatego jeśli ktoś się obawia, że spakuję walizkę i ucieknę, to nope (co jest dosyć zabawne, bo jakiś czas temu ktoś na blogach mi powiedział, że z moim podejściem pewnie szybko zniknę haha). 

To tak w ramach wstępu, a teraz nieco ważniejsza informacja. Planuję w najbliższym czasie nieco poprawić początkowe rozdziały opowiadania. Jak można się domyślić, będzie to zmiana w treści (gdyby chodziło o przecinki, nie zawracałabym gitary, nie?). Jednak nie trzeba się bać, bo mam zamiar to zrobić obok, w ramach podmieniania rozdziałów, a nie ich kasowania. Sama zmiana nie będzie również polegała na rozszerzaniu pewnych wątków, a wręcz przeciwnie. 

Na ten moment "Szept ostrza" to długie opowiadanie i chociaż znajduję się już w środku historii, to wciąż nie na jej końcu i mogę z dystansu spojrzeć na początkowe wydarzenia. Niektóre oczywiście były konieczne, ale inne miały na celu popchnięcie fabuły i myślę, że nie ma sensu tego tak rozwlekać. Tak czy inaczej - zmiany nie przeistoczą znienacka tego, co się wydarzyło, jedynie mogą nieco namieszać w odbiorze. 

Podsumowując - zmiany będą, ale jeśli ktoś dotarł do tego momentu, w ogóle nie musi się tym przejmować ; ) Napisałam po to, żeby nikt się nie zdziwił. 

Oczywiście w międzyczasie będą publikowane kolejne rozdziały, co będzie moim priorytetem (najpierw pisanie, potem poprawa, inaczej nigdy nie skończę). A co nas w tych rozdziałach czeka? 

Jedenastka będzie najprawdopodobniej podzielona na 4 części, ale pojawi się tam dużo, oj dużo informacji. Przede wszystkim wyjdą pierwsze, jeszcze nieco niepoukładane, informacje na temat pochodzenia i przyszłości przełamanego ostrza, które tak poturbowało Aarona. A skoro już zdecydowałam się na jego perspektywę (która nie była łatwa), to od razu wyjdzie więcej historyjek o dzieciństwie jego i Liliany. Jako wisienka na torcie (czy tort smaczny, już ocenicie sami) dużo o Kasjanie i Idzie, przy czym na tym etapie powinno już być jasne kim jest a kim był ten rycerz na czarnym koniu. 

Na koniec rozdziału - ważne imię, ale czyje? 

Mam nadzieję, że wam się spodoba, a na razie ode mnie tyle

Trzymajcie się ciepło w tę ukrytą za maską jesieni ZIMĄ 

; ))