czwartek, 10 sierpnia 2017

Rozdział IX cz.4


Mildred polerowała miecz, kiedy Milan dotarł do sali wejściowej. Ich spojrzenia się spotkały, ale żadne nic nie powiedziało. W tej chwili kapitan sprawiała wrażenie wyjątkowo spiętej, wiec młodszy rycerz nie chciał wchodzić jej w drogę. Derwan również milczał, uwagę skupił na kroczącym w ich kierunku mężczyźnie.
– Jego wysokość przyjmie was w sali obrad – powiedział przybysz w ozdobnej szacie. Kiwnął im głową z uznaniem, przymykając oczy.
Mildred zmarszczyła brwi niezadowolona, po czym ruszyła za królewskim doradcą.
Mijali kolejne korytarze, gdzie jeden wcale nie różnił się od drugiego. Kamienne ściany, niewielkie okna, ozdobne kandelabry w bardziej wystawnych miejscach… Co jakiś czas przechodzili obok portretów członków rodziny królewskiej. Praktycznie wszyscy mieli włosy w kolorze czarnym i równie ciemne oczy.
Dotarli do pozłacanych drzwi, gdzie doradca zostawił ich na chwilę, najpewniej zapowiadając przed królem. Milan przeczesał nerwowo włosy. 
Nie czekali jednak długo. Po chwili usłyszeli ciężkie kroki, a z pomieszczenia wychylił głowę strażnik.
– Jego wysokość was oczekuje – powiedział oficjalnie, chociaż jego pozycja wyglądała niezbyt poważnie. 
Nie zwlekając, weszli do dużego pomieszczenia, będącego miniaturką sali tronowej. Na samym środku ustawiono tron wraz z wygodnym fotelem po prawicy. Prostopadle, przy ścianach znajdowały się dębowe ławy, przy których siedzieli mistrzowie pióra. Doradcy zajmowali miejsca przy okrągłym stole, który pasował tam jak pięść do nosa. Sam król kroczył w te i z powrotem po krwistoczerwonym dywanie.
Był to mężczyzna prawie sześćdziesięcioletni, wskazywały na to siwe pasma w kruczoczarnych włosach. Oprócz tego trudno dostrzec w nim starość. Poza imponującym wzrostem miał szerokie, bardzo silne ramiona i pokaźne, zmęczone walką dłonie. Chociaż z rysów twarzy przypominał księcia Dymitra, to jego postawa, ruchy, wyraz twarzy znacząco ich różniły. Następca tronu kroki stawiał ostrożnie, z rozwagą, dokładnie planując następne posunięcie. Przy tym wszystkim pozostawał oschły, jakby wycofany, chociaż skupiający na sobie uwagę. Sambor z pewnością należał do osób energicznych, pewnych siebie, kierującym swym postępowaniem na podstawie intuicji. Odwracał się  rozmachem. Stąpając, uderzał butami o podłoże z taką siłą, że echo wypełniało całą salę.
– Wasza wysokość – przemówiła Mildred, składając rycerski ukłon. Milan podążył jej śladem, kiedy król skupił na nich ogniste spojrzenie.
– To rycerze z Gwardii Królewskiej, panie – wyjaśnił doradca, a król wywrócił oczami.
– Przestać traktować mnie jak zniedołężniałego starucha – warknął, a jego tubalny głos rozniósł się po pomieszczeniu. – Zapowiadałeś ich przed chwilą, głupcze.
Milan usłyszał za plecami rechot któregoś ze strażników, ale nie zmienił pozycji.
– Wstańcie, nie ma potrzeby tyle gapić się na moje buty, nic nie odróżnia ich od waszych.
– Ależ panie – wtrącił jeden z mężczyzn przy okrągłym stole. – Toć to najlepszejsza skóra, obuwie wykonał sam…
– Wyglądam, jakby mnie to obchodziło? – nie pozwolił mu dokończyć. – Zamilcz.
– Przywieźliśmy list od drugiego dowódcy, wasza wysokość – rzekła spokojnie Mildred, podczas gdy król zmierzył ją wzrokiem od stóp do głów i zamlaskał z niezadowoleniem.
– Od Dymitra?
– Ależ książę Dymitr jest pierwszym dowódcą, wasza królewska mość – powiedział doradca po prawicy. – Pozycję drugiego dowódcy zajmuje niezmiennie Racław syn Witolda ze Skierniewic.
– Trzeba było tak od razu! – huknął, podchodząc do rycerzy. – Jak cię zwą, chłopcze? – skierował pytanie do Milana, a on poczuł się jak wrzucony ponownie do studni.
– Milan syn Rubena z Zalesia – odrzekł szybko, zanim zdążył wpaść na coś głupiego. Miał nadzieję, że zdenerwowanie nie było widoczne w jego zielonych oczach.
– Syn Rubena? Cóż za niespodzianka! – Sambor zaśmiał się głośno i przez ułamek sekundy wyglądał jak dobrotliwy starzec. – Poznałem twego ojca. To rycerz wart szacunku! Pokaż mi ten list.
Mildred przekazała kopertę Milanowi, który oddał go bezpośrednio w ręce króla. Ten jedynie zerknął na wiadomość, ale komunikat z pewnością nie należał do wesołych. Sambor nachmurzył się, podniósł rękę i wycedził:
– Wynocha.
Nie podniósł nawet głosu, a wszyscy i tak zaczęli pospiesznie zbierać pergaminy i mapy. Milan już miał ruszyć do wyjścia, kiedy Mildred zatrzymała go w miejscu. Mijali ich kolejni mężczyźni, aż w pomieszczeniu pozostali jedynie oni, władca, jego prawa ręka i kilku strażników.
– A ten? – Król wskazał na Derwana, który tradycyjnie przybrał kamienny wyraz twarzy.
– Wasza wysokość – powiedziała Mildred możliwie najniższym głosem. – Znaleźliśmy na Słonecznych Dolinach jaskinię, być może pochodzi ona sprzed wielkiego pożaru. Najlepiej wysłać tam dodatkową drużynę, żeby zbadała teren.
– A na jakiej podstawie tak uważasz? – zadał pytanie doradca, a w jego głosie Milan dosłyszał lekceważący ton.
– Znaleźliśmy ją w miejscu wskazanym na mapie, to nie może być przypadek. Poza tym widnieje tam znak, którego rozszyfrowanie…
– Czy ja mówię niewyraźnie? – przerwał jej Sambor. – Dlaczego nikt nigdy nie odpowiada na moje pytania? – mówił groźnie, chociaż nie sprawiał wrażenie zdenerwowanego. – Kim jest ten tutaj?
– Derwan syn Awrama z Południowego Szlaku – wyjawił mężczyzna i chociaż Milanowi to nic nie powiedziało, to król nagle się ożywił.
– Więc to ty! – zawołał niemal oskarżycielsko. Jednak, ku zdziwieniu wszystkich, podszedł do niego i uściskał jak brata, omijając zszokowanych rycerzy. Sam Derwan nie zmienił wyrazu twarzy, który nie przedstawiał niczego. – Długo kazałeś na siebie czekać!
– Nie wiedziałem, że mnie oczekiwano, wasza wysokość – rzekł bezbarwnie, kiedy już władca go puścił i zaczął obchodzić dookoła.
– Wieść o twoich czynach dotarła aż tutaj, Derwanie synu Awrama z Południowego Szlaku – zawołał Sambor. – Całe szczęście przyprowadziła cię tutaj moja gwardia… która nawet nie była świadoma, komu towarzyszy.
– Wręcz przeciwnie – wtrąciła Mildred, ale nie kontynuowała, dopóki król nie rozkazał jej gestem tego uczynić. – Słyszałam o jego działaniach, jedynie nie miała pewności, iż to właśnie on. Założyłam, że tożsamość zostanie potwierdzona w zamku.
Milan próbował udawać, że rozumie, o czym mówili obecni. Jednak ich wymiana zdań była dla niego całkowicie niezrozumiała. Przynajmniej dopóki Derwan nie wyciągnął zza pazuchy pierścienia z zielonym oczkiem oraz falistym wzorem. Młody rycerz rozpoznał te zdobienia. Zmarszczył brwi, nie ukrywając już ciekawości i rozdrażnienia.
Jakiś czas temu południowy teren „Lasy Ciszy” został podbity przez królestwo. Ówczesny władca musiał przekazać pierścień następcy i na tym historia ta winna się skończyć. Jednakże ziemie zostały zaatakowane przez kuzynów czy dalszych krewnych. Pewnie Lasy Ciszy przeszłyby na jeszcze inną osobę, ale wtedy przed atakami obroniła ich drużyna nieznanego pochodzenia. Zamiast przejąć bezbronny teren, zwrócili go Samborowi i zaprzysięgli mu wierność. Nikt nie wiedział, w jaki sposób tak niewielka grupa potrafiła utrzymać niespokojne, graniczne tereny. Niektórzy mówili o cudach, boskich dokonaniach.
Teraz się okazywało, że te boskie dokonania przypisano Derwanowi.
Dla Milana, obraz tego człowieka nie pasował do zasłyszanych plotek. Obcy nie tyko nie wyglądał na szlachetnego rycerza… on nie wyglądał tak naprawdę na żadnego rycerza. Chociaż nosił przy sobie broń, jeszcze ani razu jej nie wyciągnął.
– Całe szczęście, to królestwo posiada jeszcze takich mężów – pochwalił Sambor, klepiąc Derwana po plecach, przez co mężczyzna mimowolnie przeskoczył do przodu. – Jestem twym dłużnikiem. Proś, o co chcesz!
Nawet doradca wyglądał na zszokowanego. Król nie miał prawa rzucać słów na wiatr. Kiedy mówił, że odda wnuczkę w ręce południowego księcia, to tak też musiał uczynić. Gdyby zaprzeczał własnym słowom, wyszedłby na niegodnego zawierania paktów. Dlatego kiedy rzucił „proś, o co chcesz”, to obcy miał szansę życzyć sobie wszystkiego, czego dusza zapragnie. Zbyt wielka to łaska dla kogoś, kto po prostu strzeże częściej atakowanego terytorium.
– Nie przybyłem do stolicy, aby zawracać wasze wysokości głowę moimi błahymi problemami – zaczął Derwan, rzucając Milanowi i Mildred krótkie spojrzenie. – Zależy mi tylko na jednym.
– Nie krępuj się.
Milan wolałby, żeby obcy milczał…tak byłoby dla nich wszystkich lepiej. Jednak gdyby jemu król pozwolił na zażądanie czegokolwiek, z pewnością pomyślałby o czymś drogim, ambitnym i trudnym do zrealizowania.
Jednak Derwan nie urodził się Milanem, więc powiedział:
– Przyjechałem do zamku po żonę…
Być może te słowa nie powinny zrobić na nikim wrażenie…
…ale zrobiły.
Wszyscy wbili spojrzenia w obcego, który stał niewzruszony, skupiony na celu. Nawet król Sambor zmrużył oczy, chociaż jeszcze chwilę wcześniej trysnął energią.
Nastała cisza, które nie przerwały nawet nerwowe przytupywanie głównego doradcy.
– Kogo chcesz poślubić? – zapytał poważnie król, jakby oczekując najgorszego. Nie był zaniepokojony, najwyżej przygotowany na rozczarowanie.
– Nosi imię Sara, jest służką księżnej Kasandry.
Jeśli wcześniej ich stan można było nazwać zdziwieniem, to Milan nie miał słów, by określić szok, który zawitał na twarzach obecnych.
Każdy zakładał, że mężczyzna poprosi o damę dworu, przy odpowiednim tupecie nawet o księżniczkę. Nikt nie wpadłby na o, co zaprezentował im Derwan.
– Prosisz mnie o rękę służącej? – nie ukrywał zdumienia Sambor. – Dlaczego?
– Ponieważ wasza wysokość mi na to pozwolił. Nie muszę wobec tego kierować się konwenansami. Zależy mi właśnie na niej.
– To jakaś twoja krewna, panie? – dociekał doradca.
– Nie.
– Twoje motywy nie są dla nas jasne – skwitował, nadmuchując policzki.
„Ten mi nowość” pomyślał Milan. Co kierowało tym człowiekiem, pewnie sam diabeł nie wiedział.
– Mój ojciec obiecał jej opiekunowi, że tak postąpię – wyjaśnił Derwan, jakby to miało załatwić sprawę. Dla Milana nie załatwiło… ale król nie urodził się Milanem, dlatego powiedział:
– Więc to sprawa honoru?
Mężczyzna przytaknął krótko, a król chrząknął głośno i wyprostował plecy.
– Nie pozostaje mi nic innego, jak spełnić twe żądanie. Jednak pod jednym warunkiem…
Zrobił pauzę, żeby poskładać myśli. Nie trwało to wcale długo, nie pozostawił ich w oczekiwaniu więcej jak minutę.
– Poślubisz ją na dworze, tutaj, za trzy dni.
„Po co?” pomyślał Milan, ale już stracił nadzieję, że zrozumie postępowanie mężczyzn.
– Będę zaszczycony – odpowiedział Derwan, kłaniając się, chociaż jego emocje pozostały nieodgadnione.
– I słusznie! – zagrzmiał Sambor. – Teraz czas na tych świrów ze wschodu. Co tam znaleźliście, Milanie?

***

Ten dzień naprawdę go wykończył. Wciąż bolała go głowa od nadmiaru emocji związanych ze spotkaniem rodziny królewskiej, ale przecież wciąż miał jeszcze jedną misję do spełnienia.
Wybrał najlepszą z możliwych pór dnia… dość późno, żeby po korytarzach nie błądzili mieszkańcy zamku ale wystarczająco wcześnie, żeby nie zastać księżniczki w koszuli nocnej.
Spojrzał na zapieczętowany w żółtej, nieco nazbyt dużej kopercie list, który dała mu Gaja.
Nic nie obiecywał… ale musiał spróbować, w końcu był rycerzem gwardii. Chyba potrafił dotrzeć do królewny, prawda?
Zgodnie ze wskazówkami, powinien wybrać boczne wejście dla służby. W ten sposób uniknie spotkania z czujnymi strażnikami i wmiesza się w tłum.
Tak też zrobił. Nie trafił na większe przeszkody, co wcale go nie cieszyło… bo szło mu za łatwo. Nie miał pewności, czy wybrał odpowiedni kierunek, ale mijał wszystkie znaki, o których powiedziała mu… kim ona właściwie dla niego była?
Wskoczył po schodach na drugie piętro, przemknął przez kolejny korytarz. Obok niego przeszły dwie pokojowe, ale żadna nie zatrzymała rycerza. Dopiero gry dotarł na wschodnią wieżę, w polu widzenia dostrzegł straż nocną. Próbował ich ominąć, ale przez to trafił na kolejną parę. Musiał odwrócić ich uwagę, ale nie miał też zbyt wiele czasu. Zacisnął żeby.
Gdyby wybrał noc, ukryłby się w ciemności. Jednak wtedy każdy postawiony krok nastałaby na niego kłopoty.
– Szukasz czegoś, rycerzu gwardii? – usłyszał za plecami słodki głos.
Nie odwrócił się od razu. Wtedy przyznałby, że został przyłapany na gorącym uczynku. Odczekał kilka chwil, a na jego szyi pojawiła się gęsia skórka, kiedy delikatna dłoń dotknęła ramienia.
Wtedy zdecydował stanąć twarzą w twarz z damą dworu królowej Aurory o długich, jasnych włosach i malinowych ustach. Nie była od niego wiele starsza, najwyżej dwa lata.
– A może powinnam zapytać, czego konkretnie szukasz? – dodała, przesuwając dłoń wzdłuż jego ręki. – Przygody? – Zatrzepotała rzęsami, by posłać mu uroczy uśmiech, a on nie był głupi… doskonale znał ten cykl gestów.
Przełknął ślinę, bo jeśli chodzi o flirty, to nigdy nie przodował.
– Jesteś strasznie spięty – stwierdziła, chwytając dłoń chłopaka, by spleść ich palce.
– Jesteś strasznie bezpośrednia – powiedział niezbyt sympatycznie, marszcząc brwi. Twarz dziewczyny oblał rumieniec, zaraz potem odskoczyła jak oparzona.
– Razi cię to? – zapytała wciąż słodko, ale w jej głosie zabrzmiało drżenie niepokoju.
Chciał powiedzieć „ani trochę”. W romansach nie nabył doświadczenia, ale to nie oznaczało, że wyobraźnia nie działała, jak należało. Myślami wypłynął już hen daleko i wcale nie przeszkadzało mu urzeczywistnienie tych fantazji.
Nie zdążył nic powiedzieć, bo na korytarzu, tuż przed jego oczami pojawił się cel tej nocnej podróży.
– Nie masz chęci? – powtórzyła nie dość cicho blondynka, a on zastygł.
– Po twarzy wnioskuję, że nawet jeśli ową chęć posiadał, to już ją stracił – powiedziała chłodno Marianna, posyłając im karcące spojrzenie. Dama dworu dopiero wtedy zdała sobie sprawę z towarzystwa i zamarła. – Z kolei ty, Zena, masz chęci aż za wiele. Spróbuj je zaspokoić sama, w swojej sypialni, bo moje chęci na oglądanie romansów są zerowe.
– Ja… – zaczęła blondynka, ale po chwili zrezygnowała. Posłała Milanowi ostatni uśmiech i uciekła, chichocząc pod nosem.
Zostali na korytarzu sami, nie licząc dwóch strażników, którzy rzucali im ukradkowe spojrzenia.
– Tego mogłam oczekiwać po przejezdnym rycerzu – powiedziała z wyrzutem Marinna. – Można myśleć, że waszym głównym zajęciem jest wchodzenie w bliższe relacje z każdą napotkaną panną.
Nie mógł powstrzymać parsknięcia. Ona go… karciła. Ta najwyżej trzynastoletnia dziewczyna go karciła i to całkiem poważnie.
– Takie to zabawne? – Uniosła brwi, marszcząc blade, pokryte piegami czoło.
– Bynajmniej. Po prostu spieszysz się z tymi ocenami, wasza wysokość – odparł wesoło, przeczesując brązowe włosy. ­– Przyczyną mojej podróży po zamku byłaś właśnie ty, księżniczko Marianno.
– Ja? – Nagle w jej niebieskich oczach pojawiła się nieufność. Mógł sprostować te myśli, ale postanowił do razu przejść do rzeczy.
– Jest coś, co wręczyła mi twa siostra… – zaczął, ale Marianna nie pozwoliła mu skończyć. Wskazała mu drogę naprzód, po czym sama poszła w tym kierunku. Powstrzymał wahanie i ruszył jej śladem, śledzony spojrzeniem strażników. Żaden z nich nie śmiał go zatrzymać w towarzystwie córki następcy tronu.
Miał nadzieję, że dziewczyna zaprowadzi go do prywatnego gabinetu, a nie do lochów… chociaż jedna i druga myśl nie należała do najmądrzejszych. Księżniczki nie miały komnat przeznaczonych na audiencje, a za samo chodzenie po zamku nie groziło mu pojmanie.
Cokolwiek sobie wyobrażał, nie miało to znaczenia. Marianna zaprosiła go do ciasnej komórki na półpiętrze ukrytych schodów wieży.
– Nie sądzę, żeby wiadomość od Gai była ważniejsza niż to, o co ja chcę ciebie zapytać, rycerzu – syknęła niemal złowieszczo, kiedy zamknęła drzwi i obydwoje pogrążyli się w ciemności.
– Słucham – wyjąkał, z trudem panując nad barwą głosu. Jeśli ktoś go przyłapie w schowku z królewną, z pewnością zostanie powieszony...
– Jak bliski jest ci ten cały Derwan syn Awrama? – zaczęła napastliwie.
– Dokładnie tak bliski, jak ktoś, kogo znasz od tygodnia.
– To wspaniale. – Wyobraził sobie, jak wywraca oczami. Tak bardzo by to przypominało Gaję. Niemalże ją widział w tej komórce, z roziskrzonymi oczami i rękami zaciśniętymi w pięści. – Powiedz mi, co o nim wiesz, a ja przyjmę ten list.
– Przysługa za przysługę? – parsknął z irytacją. – Tylko że samo odebranie wiadomości to nie coś, co nazwałbym łaskawością z twojej strony, księżniczko. Oczekiwałem prędzej wdzięczności, bo dla tego listu niemało ryzykowałem.
– To jest rzecz między tobą a nią, Gaja spłaci ten dług. Ja za informację mogę ci obiecać bezpieczny powrót tam, skąd przyszedłeś. Rachunki zostaną wyrównane, skoro o Derwanie pewnie i tak nie wiesz wiele.
Nie potrafił jej odmówić, chociaż jakaś część niego bardzo chciała… nie wiedział, która, ale i tak. Marianna działała mu na nerwy niemal tak samo jak jej siostra. Była przesadnie pewna siebie, złośliwa i zarozumiała.
– Powiem ci, księżniczko, co chcesz, jeśli ty wyjawisz mi to, co tobą kieruje – postanowił zawalczyć o informacje, tych zawsze lepiej mieć więcej niż mniej.
– Ten człowiek poprosił o służkę mojej matki, która nigdy nie widziała go na oczy. Dbamy o kobiety wokół nas, to takie niecodzienne?
– Skoro tak o nią dbacie, to czy nie powinnyście wyrazić jakaś formę... radości? Znalazła szanowanego męża wyższego stanu – syknął, a Marianna nabrała głośno powietrza, lecz nic nie powiedziała. Stała naburmuszona, najpewniej marszcząc nos i krzyżując ręce na piersiach. To musiał być zabawny widok.
– My, kobiety, kierujemy się czymś innym przy wyborze mężczyzny. Ty tego nie zrozumiesz, rycerzu, ale akurat do tego zdążyłam przywyknąć.
– Tak, ciekawe czym…  – zaczął, ale nagle usłyszał głośne kroki na schodach. Marianna przycisnęła go do ściany, kładąc dłoń na ustach. Nie musiała tego robić, ale widać wolała uniknąć ryzyka.
Stali tak jak zmrożeni, dopóki odgłos na wieży nie ucichł. Kiedy ponownie otoczyła ich cisza, nieco się rozluźnili, ale i tak tkwili w niezmienionej pozycji.
– Zabawne prawda? – szepnęła, wciąż stojąc o wiele za blisko. – Rozmawiamy o interesach, a wyglądamy pewnie jak para zakochanych na schadzce.
Przyznałby jej rację, gdyby nie miała tylko trzynastu lat. W świetle prawa nie mogła jeszcze wyjść za mąż, a cóż dopiero szukać romansów. Nawet jeśli zachowywała się jak starsza siostra, to od Gai była młodsza o cały rok. Nie mógł nawet o niej myśleć w sposób, o którym mówiła.
– Tylko brakuje, żebyś mi podarował bezwartościowy talizman, który bym nosiła do czasu, aż mój mąż w końcu by go zerwał w napadzie złości. – Zabrała rękę z twarzy rycerza i westchnęła. – Żebyś mi przysięgał wieczną miłość i żebym cię potem więcej nie zobaczyła.
Milan przymknął oczy, przytłoczony barwą jej głosu. Niechciane myśli błądziły w jego umyśle, nie potrafił ich uporządkować.
Co właściwie wiedział o Derwanie? Na pewno nic szczególnego, poza nietypową osobowością. Nie rozumiał, co nim kierowało w sali obrad. Mężczyzna nie uznał za stosowne wyjawienie Milanowi i Mildred swych tajemnic… i pewnie słusznie. Jeśli coś ukrywał przed królem, to na powiernika nie mógł wybrać rycerz gwardii.
Milan nie uznawał go zresztą za kompana. Dlatego powiedział Mariannie, co wiedział, byleby tylko ominąć jej gierki, których nie powinna znać, bo była jeszcze dzieckiem.

***

Po wszystkim udał się do komnaty, którą miał zajmować wraz ze strażnikami. Otrzymał czystą, wykrochmaloną pościel, dozorczyni życzyła mu dobrej nocy, a on przez długi czas nie mógł zasnąć. Wciąż tkwił we wrażeniu, że o czymś zapomniał. Chociaż znalazł Mariannę, oddał list, wykonał polecenia Mildred…
Zacisnął zęby i przewrócił się na drugi bok. Coś go uwierało w nodze… zapewne pozostałość po ranie z lasu Czystych. Wciąż mu dokuczała.
Położył się ponownie ma plecach, ale w takiej pozycji nie miał szansy odpocząć.
Wstał i założył skórzane buty, jednak poszło mu nadzwyczajnie wolno, jakby powietrze nagle zgęstniało i utrudniło mu ruchy.
Pewnie zmęczenie…
Wyszedł na podwórze, szukając wzrokiem czegokolwiek, co zwróciłoby jego uwagę. Jak na złość na zewnątrz panowała grobowa cisza. Postanowił zajrzeć na tyły, gdzie teoretycznie nie powinien wchodzić, ale tak naprawdę robił to, odkąd pamiętał, bez zastanowienia.
Zobaczył brata, ze szmatą w ręce, szorującego brunatnego konia ich ojca. Spocone włosy zakrywały czoło, rękawy koszuli podwinął aż po łokcie.
– Co tu robisz? – warknął do niego, kiedy Milan podszedł na tyle blisko, że młodzieniec mógł wyczuć jego obecność. ­– Śmigaj do domu.
Chciał coś odpowiedzieć… ale nie potrafił wydusić głosu.
Dlaczego mu rozkazywał? W porównaniu do Milana, wyglądał jak chuchro.
Podszedł do niego ostrożnie, z pewnym ociąganiem, a brat wymamrotał pod nosem „jak zwykle plącze się pod nogami”.
Pomyślał wtedy, ze coś jest nie tak, ale nie potrafił wskazać, co. Koń wyglądał normalnie, on też.
– Gdzie jedziesz? ­– zapytał z chłopięcym zainteresowaniem.
– Na rynek – odpowiedział mu. – Ale to po południu i nie na tym koniu.
– Mogę jechać z tobą?
– Przecież wiesz, że nie.
– Ale ja chcę! – zawołało dziecko obok Milana. Pięcioletni chłopiec o krótko przystrzyżonych brązowych włosach i ciekawskimi, zielonymi oczami.
– Właśnie dlatego zostaniesz tutaj, brzydalu! – odepchnął chłopca z wyjątkową jak na takiego chudzielca siłą. Dziecko upadło na ziemię, a z oczu zaczęły wypływać łzy. Takie, które wcale nie dotyczyły bólu fizycznego.
Milan stał jak głupi, przybierając rolę świadka swoich wspomnień. Jego policzki były mokre od słonych kropel, chociaż wcale nie płakał… naprawdę, nie robił tego odkąd skończył osiem lat albo nawet i wcześniej.
– No już nie becz, głuptasie – powiedział do niego brat, już o wiele łagodniej. – Możesz popilnować konia, jeśli chcesz już zrobić coś pożytecznego. Dla odmiany.
Spojrzał w błyszczące ślepia stworzenia, które nerwowo przecierało kopytami podłoże.
– Chyba chce mu się pić – powiedziała jego młodsza, pięcioletnia wersja, podsuwając wiadro bliżej zwierzęcia.
Milan doskonale wiedział, co zaraz będzie miało miejsce. Chociaż na jawie nie potrafił przywołać większości obrazów, we śnie wszystko wydawało się oczywiste.
Sam nie wiedział, czy nawiedziło go przerażenie czy zażenowanie związane z własną głupotą. Chciał zatrzymać dzieciaka, który wkładał wiadro do prawie pustej studni. Tylko że nogi wrosły w ziemię, nie mógł zrobić ani kroku.
Ziemia pod stopami lekko drżała, kiedy jego ciało powoli znikało w błocie, które bulgotało tuż pod nim… a może nad nim.
Stracił rozeznanie, gdzie powinien teraz być. Frunął w chłodnej przestrzeni i jednocześnie leżał w kałuży, która zatopiła jego uszy.
– W tej ciemności wyglądamy jak para zakochanych – usłyszał znajomy głos.
Rudowłosa dziewczyna uklęknęła tuż przy ramieniu Milana, a jej rude kosmyki łaskotały jego policzki. W tej pozycji mógł zobaczyć jej długa, bladą szyję i cienki rzemyk, na którym nosiła kamienny talizman.
– Może nimi jesteśmy – powiedział, patrząc na jasność ponad głową. Usłyszał śmiech jedynej towarzyszki, który w tym otoczeniu brzmiał zupełnie inaczej, niż pamiętał.
– Z kim rozmawiasz?
– Boli mnie głowa – chciał dodać, ale woda wlała mu się do gardła i uniemożliwiła mówienie.
Wyciągnęła do niego rękę, którą chwycił, żeby wydostać się z tego miejsca.
Niewiele widział. Oślepiła go jasność, którą przebijał tylko uścisk silnej, męskiej dłoni.
Ktoś go niósł.
Nie wiedział kto, gdzie i dlaczego.
Krew kapała z jego czoła… na trawę, potem na suchą ziemię, aż w końcu na klepisko.
Mężczyzna o gęstej, ciemnej brodzie rzucił go na łóżko, zaraz potem przyłożył do głowy mokrą szmatę.
Powoli odpływał do innej krainy, o wiele przyjemniejszej  radośniejszej niż ta tutaj.
Tylko że on chciał zostać.
„Błagam, Milan, nie umieraj. Zrobię wszystko, co chcesz, tylko nie umieraj”.
Obcy pochylił się nad nim, a drewniany talizman zawieszony na sznurku uderzył w nos Milana.
Nie widział wyraźnie, ale z jakiegoś powodu czuł, że powinien go obejrzeć z bliska.
Wyciągnął dłoń, dotknął ciepłego policzka wysypanego licznymi piegami.
– Nie chcę cię oglądać, martwego tym bardziej, knurze – powiedziała z typowym dla siebie wyrazem twarzy, kiedy sama nie wiedziała, czy chce się uśmiechnąć czy kogoś uderzyć.
Położył rękę na jej nadgarstku, by przysunąć ją do siebie i przyjrzeć naszyjnikowi, który nosiła, a który nie należał do niej.
Oparła dłonie na jego klatce piersiowej… i zbliżyła do niego jeszcze bardziej.
Tylko że kiedy przymknął powieki, już był całkiem sam, w twardym łóżku w komnacie, którą dzielił ze strażnikami.  
Przebudzenie było gwałtowne… zbyt gwałtowne. Nie mógł zapanować nad dyszeniem, nawet kiedy podszedł do niego jeden z mężczyzn.
– Co ci jest, duchoty masz?
Serce Milana waliło z taką siłą, jakby całą noc biegał… a przecież spał, a i sen nie należał do szczególnie męczących… chyba.
– Taki młodziak? Pewnie rąbał jakąś pannę – usłyszał, ale potem coś przytkało jego uszy i wymamrotał:

– Muszę wracać do domu. 

***

Napisałam ten rozdział już jakiś czas temu i teraz jak go czytałam, to pomyślałam "Kurde, Milan, ale ty jesteś miękki" :D 

Ten rozdział, bardzo długi zresztą, musiał się pojawić, żeby w miarę lekko rozwinąć pewne wątki. Cała historia na razie jeszcze się rozrasta, ale już za kilka rozdziałów powinnam zbierać wszystko do kupy. W następnym pojawi się Sara, przez co wyjdzie też sporo informacji o Derwanie, Milan wyruszy w podróż, a zaraz potem rozpiszę się o Aaronie, którego związek z mieczem to niejako punkt wyjściowy całego opowiadania. 

Możecie mi napisać, jakie wrażenie zrobił na was Sambor... i Marianna. Milan odebrał ją jako nazbyt dojrzałą jak na swój wiek, jak wy sądzicie? 

Jeśli rozdział wydał się nazbyt chaotyczny, niezrozumiały albo coś wam nie pasowało - piszcie! Zamierzam go poprawić, ale na razie nie umiem ocenić, co jest nie tak.

Niech moc będzie z wami! 





sobota, 15 lipca 2017

Rozdział IX cz.3

Wyruszyli dokładnie tak, jak zarządziła kapitan. Pogoda im sprzyjała , bo dla odmiany słońce zagościło na niebie, rozlewając ciepłe promienie. Doprawdy towarzyszył temu chłód i pierwsze przymrozki, ale chyba wszystko było lepsze od tego nieustającego deszczu.
Milan na poważniejsze wyprawy wyruszał, zanim jeszcze zakończył szkolenie. Nie należały one do szczególnie niebezpiecznych, ale z pewnością nie miały zbyt wiele wspólnego z pilnowaniem lasu – zadaniem, które otrzymywało większość początkujących. Po wielu latach spędzonych w zamku przekonał się o wadze urodzenia rycerza, które rzekomo nie powinno mieć znaczenia w szeregach Gwardii Królewskiej. Wcześniejsze ukończenie nauk umożliwiano jedynie osobom posiadających odpowiednie koneksje, czasami wyjątki robiono dla szczególnie uzdolnionych. Należał do nich Aaron, który mimo niejasnego pochodzenia brał udział w wyjazdach przeznaczonych dla w pełni wyszkolonych. Z Milanem poznali się podczas obrony zamku południowego, nękanego przez barbarzyńców. 
Mimo bogatego jak na szesnastolatka doświadczenia, Milan po raz pierwszy miał zawitać w stolicy. Dzieciństwo spędził na południowym zachodzie, gdzie jego rodzina posiadała ziemie. Później zamieszkał w Lagarze, a wszelkie wyprawy bardziej oddalały go od centrum niż odwrotnie.
Dlatego, kiedy w polu ich widzenia pojawiły się grube mury zamku władcy, nie powstrzymał głośnego westchnienia. Czekała ich jeszcze minimalnie godzina drogi, ale budowla wznosiła się ponad las, zapierając dech w piersiach. Milan jeszcze nigdy nie widział tak ogromnej konstrukcji, a przecież zamek rycerzy gwardii wcale nie należał do małych.
– Pierwsza obrona stolicy – wyjaśniła mu Mildred. – Nazywają go Gigantem, chociaż najwyższy to on na pewno nie jest, mury za to ma grube. Nie wiem, czy cokolwiek przebije to cholerstwo. Wróg zyskałby szanse tylko przez dywersję, najlepiej znalezienie jakiegoś tajnego przejścia, żeby rozwalić wszystko od środka. Jednak to i tak nie pozwoli mu zdobyć zamku królewskiego, którego strzeże jeszcze jeden mur, nazywany Fantazją.
– Dlaczego Fantazja? – zapytał, nie mogąc oderwać wzroku od budowli.
– A kij ich wie – parsknęła. – Mur otacza fosa i cała masa innych „udogodnień” , a to przeklęte wzgórze sprawia, że mur nie jest prosty tylko leci falą. Budowniczy szukali odpowiedniego podłoża i im wyszło takie szlaczki.
W końcu dotarli do bramy, która miała wpuścić ich do miasta. Mildred wyprzedziła pozostałych, żeby skontaktować się ze strażą królewską, a Derwan czekał tuż za nimi, wyraźnie znudzony.
– Mówiłeś, że odwiedzałeś tamtą jaskinię jako dziecko – zagadał Milan mężczyznę, który pomimo wspólnej, dwudniowej podróży wciąż pozostał dla niego tak samo obcy. Praktycznie nic nie mówił, a na pytania odpowiadał lakonicznie. Jeśli już podejmował inicjatywę, to tylko przy pokonywaniu przeszkód na drodze.
Jak mógł się spodziewać, Derwan milczał… jednak obrócił głowę w jego stronę, czekając na rozwinięcie tej myśli.
– Jak ona wtedy wyglądała? – kontynuował rycerz, niezrażony brakiem zadowalającej reakcji. Nie wyrażał tym ciekawości dziecka, pytanie miało konkretny cel. Prawdopodobnie  nowy kompan to wyczuł, bo powiedział:
– Pomieszczenie było zawalone, ale kamień miał bardzo jasny odcień. Widzieliśmy jedną połamaną pryczę.
– A znak? Ten na ścianie…
– Nie kojarzę żadnego – rzucił sucho, tak że Milan nie potrafił ocenić, czy skłamał.
– Rozmawialiście z opiekunami o tej kryjówce?
– Na początku nie. Później jeden z nas nie mógł się wydostać, więc szukaliśmy pomocy u starszych…
„Jak każdy dzieciak” pomyślał Milan, przypominając sobie sytuację z własnego dzieciństwa.
Chociaż on by do jaskini nie wlazł. Do tej pory czuł się wyjątkowo niekomfortowo przy braku światła. Niektórzy to uznawali za traumę po tym, jak wpadł do studni, ale jego nie atakował strach. Jedynie niepokój, bo ciemność zawsze przynosiła coś złego, mniej lub bardziej.
Miał dużo szczęścia, bo przyszedł na świat jako pierworodny syn. Nawet jeśli posiadał starszych braci, to jemu przypadał majątek i szacunek, to on miał reprezentować rodzinę i decydować o jej losie. Nawet po przyjściu na świat młodszego rodzeństwa, traktowano go jak małego księcia. Za tym wszystkim szedł cały szereg oczekiwań czy obowiązków, ale Milan nie narzekał. Lepiej żyć tak, niż walczyć z losem bękarta albo następnego w kolejce do spadku.
Spośród przyrodnich braci tylko jednego pamiętał. Nie z imienia, ale twarz, włosy, postura… to wszystko utkwiło w jego umyśle.
Miał jasną czuprynę z rudym odcieniem, a także tęczówki w identycznym kolorze jak Milan. Był od niego wyższy, ale chudy jak patyk. Milan zawsze żył w przeświadczeniu, że pozostali w rodzinie go nie znosili. Nawet jeśli mrugali do niego przyjaźnie, to najchętniej utopiliby go w kałuży. Ten należał do zupełnie innej kategorii, bo darzył go otwartą niechęcią. Kiedy pewnego dnia jako chłopiec krzyknął „daj mi to!”, w odpowiedzi usłyszał jedynie „Wyjazd stąd, bachorze”. Milan wtedy nie ruszył z miejsca, więc brat chwycił go za przedramię i siłą wypchnął z pomieszczenia przy akompaniamencie „Powiem ojcu!”. Oczywiście ojciec o niczym się nie dowiedział.
Łaził za nim jak mały kundel, aż w końcu przez to wszystko wpadł do studni. Rozbił głowę, cudem uniknął kalectwa. Brata więcej nie zobaczył. Przynajmniej nie pamiętał, by go jeszcze spotkał.
Od tamtej pory ostrożnie podchodził do spacerów w okolicy, choćby znanej. Wyleczył strach związany z ciemnością, ale dyskomfort pozostał. Chociaż nie potrafił powiedzieć, z czego ten stan wynikał, bo na dnie studni leżał nieprzytomny. Nie licząc kilku połowicznych powrotów świadomości, przebudził się dopiero w ciepłym łożu własnego domu. Pierwszym, co zobaczył, była głowa matki oparta na pierzynie.
Brakowało mu domu. Jako rycerz nie będzie mógł tam wrócić na stałe, ale… zawsze mógł prowadzić życie jak ojciec – z wyłączeniem płodzenia dzieciaków w każdej napotkanej gospodzie.
Nabrał głośno powietrza, powracając do chłodnej rzeczywistości. Mildred właśnie zakończyła rozmowę ze strażnikiem i przywołała go ręką.
Kiedy przekroczyli progi stolicy, pierwszym, co rzuciło się w oczy młodemu rycerzowi, był tłok. Masa ludzi łaziła, krzyczała, coś ciągnęła, kogoś tłukła. Ludzi chodziło tak dużo, że z trudem prowadził konia. Mimo to dostrzegł niemal od razu, że sprawiali oni wrażenie o wiele bogatszych niż w pozostałych częściach kraju. Większość nosiła trzewiki, niektórzy prezentowali nawet pozłacane ozdoby, w szczególności bransolety. Nawet stroje, chociaż równie skromne jak w innych miastach, sprawiały wrażenie jakby nowszych, czystszych.
 – Oddaj japka, ty stara jędzo! – Mężczyzna w podeszłym wieku wymachiwał pięścią w kierunku kobiety, która chowała za plecami worek, najpewniej wypełniony owocami.
– Talizman zdrowia za trzy miedziaki! – wołał chłopak w podobnym wieku co Milan. – Tylko trzy miedziaki, ręka od trądu nie odpadnie, gdy moc amuletu tobą zawład… – przerwał, napotykając spojrzenie Mildred. Rycerz nie powiedziała jednak nic, bo chłopak zaraz zniknął.
Przeciskanie przez taki tłum nie należało do najłatwiejszych, im wyżej zmierzali, tym więcej wysiłku kosztowała ich jazda na koniu. Dodatkowe utrudnienie stanowiły wąskie uliczki, gdzie jeśli akurat nie przebywała zgraja pospólstwa, to co chwilę z rogu wyskakiwał nieostrożnie jakiś mieszkaniec, omal nie powodując zderzenia z koniem.  Ponad to niemal każda napotykana osoba wbijała w nich swoje ciekawskie spojrzenia, jakby przyprowadzono im egzotyczne zwierzę.
– A oto Fantazja – wysapała Mildred, kiedy dotarli do kolejnego muru, tym razem nieco niższego. Tak jak wspominała, wyróżniała go nierówna konstrukcja i fosa, która jednak sama w sobie nie robiła wielkiego wrażenia. Dla Milana była płytka i niewielka, przez co jej wartość obronną oceniał marnie. Z drugiej strony jeśli przeciwnika nie zatrzyma Gigant, wątpił, by zrobiło to cokolwiek innego.
Okrążyli mur, żeby dostać się do mostu zwodzonego, pilnowanego przez siedmiu strażników. Każdy z nich nosił wypolerowaną zbroję, która na polu walki nie wytrzymałaby nawet porządnego kopnięcia.
Niedługo potem wkroczyli na teren dworu królewskiego, w towarzystwie nadwornego rycerza, który wskazał im drogę wprost do tutejszego dozorcy.
Milan nie miał czasy podziwiać przepięknych terenów pałaców ani ogrodu, chociaż ten robił wrażenie z daleka. Nie tylko bujnością zagranicznej roślinności, ale i przepięknymi dekoracjami: ścieżkami, rzeźbami czy ławeczkami.
– Nie wiem, czy król zechce was przyjąć – burknął do Mildred dozorca, patrząc gdzieś obok jej ramienia.
– O tym zadecyduje sam król – warknęła kapitan. – Tak samo jak o tym, cóż uczynić z człowiekiem, który nie przekazał mu pilnej wiadomości.
– Zdobędę stosowne informacje i wam je przekażę, rycerzu – rzucił z pogardą i zniknął za drzwiami, pozostawiając ich na zewnątrz.
– Przydaj się na coś, Derwan i zaprowadź konie do stajni – rozkazała do obcego, rzucając w niego lejcami. Milan pewnie by wyśmiał takie zachowania, a starszy mężczyzna po prostu zignorował… ale Mildred zionęła taką furią, że nikt nie śmiał polemizować.
Nie miała mimo to okazji prezentować złości, bo na drodze stanęła im grupa pięknie ubranych kobiet, kroczących w towarzystwie strażników. Na ich czele szła dama o tak silnej urodzie, że chociaż pozostałe były od niej stanowczo młodsze, to w jej towarzystwie blakły, niczym źdźbło trawy obok zakwitniętego rododendronu.
Milan nie musiał się długo zastanawiać. O urodzie królowej Aurory śpiewano pieśni nawet na jego rodzinnych ziemiach, a wysoko uniesiona głowa i złoty diadem nie pozostawiały miejsca na wątpliwości.
Sądził, że grupa ich wyminie, najprawdopodobniej ignorując, ewentualnie dając znak „dostrzeżenia”. Byli przecież tylko rycerzami. Ukłonił się sztywno, czekając, aż ciemnowłosa piękność zniknie mu z oczu, ale ta nagle zatrzymała się i spojrzała wprost na niego.
– Czy to nie rycerze Gwardii Królewskiej? – zapytała jednego ze strażników towarzysząca królowej dama dworu, ale czy i co jej odpowiedział Milan już nie słyszał… bo królowa Aurora do nich podeszła, sunąc po podłożu jak nimfa.
– Wasza wysokość – powiedziała Mildred z takim szacunkiem, że jej głos brzmiał wręcz nienaturalnie. Zniknęła złość i frustracja, pozostało tylko rycerskie wychowanie.
– Niesamowite, czy to nie słynna gwardzistka, Mildred córka Magnusa z Kowalów? – przemówiła melodyjnie królowa. Nie czekała jednak na potwierdzenie. – Pierwsza kobieta rycerz, pogromca tych zamorskich szaleńców, to niesamowite móc cię zobaczyć na własne oczy – mówiła o niej bardziej jak o zjawisku niż człowieku, ale i tak trudno uwierzyć, że tak wiele o niej wiedziała.
– Pani, to zwycięstwo było wynikiem pracy wielu ludzi, również tych, którzy polegli. Ja jedynie dołożyłam swoją…
– Całkiem widowiskowo – wtrąciła. – Nic dziwnego, że Kasandra właśnie ciebie wybrała do gwardii… oczywiście odkąd mogły w niej walczyć kobiety. Któż ci towarzyszy, Mildred?
– To jest Milan, wasza wysokość, niedawno ukończył szkolenie w Lagarze – wyjaśniła kobieta, a on pomyślał, że chyba nie mogła go gorzej przedstawić przed królową. Zacisnął zęby.
– Możesz powstać, Milanie – rzekła królowa, a on nie wahał się wykonać polecenia, choćby po to, żeby zaznaczyć swoją posturę.
Czuł spojrzenie każdej damy dworu, jak go mierzą od stóp do głów i utrzymanie neutralnego wyrazu twarzy po prostu mu nie wyszło. Sama Aurora uniosła brwi, ale po chwili na jej twarzy pojawił się przepiękny uśmiech, który momentalnie skradł jego serce.
– Jak mniemam, sprowadzają was do stolicy pilne sprawy, nie chciałabym spowalniać misji, którą was obarczono.
– Pani, na razie czekamy na spotkanie z królem…
– To pewnie jeszcze długo przyjdzie wam czekać, gdyż mój małżonek nie wstał dzisiaj w wyśmienitym humorze – westchnęła teatralnie. – Ale być może jestem w stanie coś z tym zrobić.
Po tych słowach ruszyła dalej, pozostawiając rycerzy z ich własnymi myślami.
Milan nie miał wątpliwości, że osoba taka jak królowa Aurora mogłaby ściągnąć dla siebie kawałek nieba samą urodą. Nawet jeśli była w wieku jego babki. Natomiast nie sądził, żeby chciała skorzystać z wpływów dla pospolitych przejezdnych gwardzistów.
Niedługi czas później już wiedział, że się mylił.
Stali cały czas w tym samym miejscu, kiedy podszedł do nich dozorca… ten sam wstrętny, typ, który okazał im lekceważenie. 
– Król przyjmie was wieczorem. Czekajcie przy drzwiach do sali tronowej – przekazał im, rezygnując ze złośliwości. Jednak zanim odszedł, rzekł bezpośrednio do Milana. – Królowa na ciebie oczekuje w ogrodzie, rycerzu.
Tym krótkim zdaniem całkowicie zbił go z tropu, ale Mildred nie sprawiała wrażenia zaskoczonej. Wręcz przeciwnie. Wyglądała, jakby właśnie takiej informacji oczekiwała.
Milan nie mógł sobie wyobrazić, żeby królowa czegokolwiek do niego chciała. Nie miał zaniżonego poczucia własnej wartości, ale nawet się porządnie nie przedstawił.
– Zawitałeś kiedyś na dworze, Milanie? – zapytała go Mildred, kiedy dozorca zniknął im z oczu.
Młody rycerz pokręcił głową, próbując ukryć przestrach na myśl spędzenia tyle czasu w towarzystwie żony władcy.
– W takim razie miej się na baczności – przemówiła ostro. – Zarówno król, jak i jego wybranka prezentują klasyczne podejście do formacji rycerskich. Nie daj się zwieść grzecznościami, nie bez powodu naszą audiencję wyznaczono na wieczór. Możesz sądzić, że takie spotkanie nic nie zmieni w twoim życiu, ale… tradycyjnie młodych rycerzy traktowano ja maskotki. Królowa zabawi się twoim kosztem i odejdzie, ale jeśli pozwolisz sobą sterować, plamę na reputacji nie zmażesz żadnym czynem. Z drugiej strony musisz spełnić jej oczekiwania, zuchwalstwo pozbawi cię statusu rycerza w gwardii… w najlepszym wypadku.
– Rozumiem – wycedził przez zaciśnięte zęby, bo chociaż powinien okazać wdzięczność za tę radę, tak naprawdę poczuł frustrację.
– To dobrze – odparła, unosząc brwi. – Bo będziesz jednym z ładniejszych bawidamków, więc i propozycji może być więcej. Nie dotykaj żadnej damy dworu, bo stracę do ciebie szacunek.
Chciał jej na to odpowiedzieć, ale wtedy wrócił  Derwan, więc zacisnął szczęki. Chociaż komentarz aż cisnął mu się na usta… bo Mildred narzekała na klasyczne podejście do rycerzy, a sama potraktowała go jak laleczkę do zabawy.
Mildred musiał nazywać swoim kapitanem, ale poza tym widział ją jako głupią babę, która burzyła racjonalny porządek świata.
– Przygotuj się, Derwan, bo król nie przepada za niechlujstwem – rzekła do mężczyzny.
– Wzrok jego wysokości będzie z pewnością skupiony na tobie, rycerzu – odparł, mierząc ją wzrokiem.
Nie skłamał. Mildred na pewno nie wpasowała się w gust Sambora, bo ani nie wyglądała ani jak mężczyzna ani piękna kobieta, której można wybaczyć omyłki.
– Milan został zaproszony na spotkanie z królową – rzekła, ignorując tę złośliwą uwagę. – Chcesz dołączyć?
– Oczywiście nie chcę. Moje kondolencje, Milanie – zakpił, a to była chyba ich najdłuższa do tej pory rozmowa i pierwszy raz, kiedy zwrócił się do kogoś po imieniu.
– Pamiętaj, żeby przed wieczerzą czekać pod salą audiencji – przypomniała Mildred. ­– Derwan, my idziemy pomówić ze strażą.
Milan długo stał w miejscu, patrząc, jak dwójka nielubianych przez niego ludzi znika w bocznym wejściu do zamku. Nie mógł dłużej czekać, więc ruszył w stronę parku, gdzie miał znaleźć królową i towarzyszące jej damy dworu. Przybrał neutralny wyraz twarzy, wyprostował maksymalnie plecy, przeczesał brązowe włosy. W jego stronach noszono je krótko przycięte, więc nie musiał walczyć z nieładem. Niewielki ruch dłonią absolutnie wystarczył, żeby sprawić nienaganne wrażenie. Przynajmniej on tak twierdził.
Ciekawskie spojrzenia grupy kobiet zwróciły uwagę młodego rycerza, jeszcze zanim zdążył podejść. Królowa doprawdy rozmawiała z jednym ze służących, ale jej towarzyszki szeptały między sobą, omal nie wskazując na niego palcem. Wszystkie były śliczne, ładnie ubrane i wesołe. Milan pomyślał, że to obrazek iście dworski, kiedy królowa odwróciła się w jego stronę. Wtedy w umyśle rycerza wyblakły wszelkie rozważania.
– Wasza wysokość – powiedział, kiedy już dotarł dostatecznie blisko, by nie musieć podnosić głosu.
– Dobrze, że do nas zawitałeś, Milanie – rzekła melodyjnym głosem, a na jej twarzy zagościł uśmiech. – To jeden z rycerzy Gwardii Królewskiej, który gości w stolicy – wyjaśniła towarzyszkom, zaspokajając ich ciekawość. Milan nie do końca je widział, bo obraz zlał mu się w wielką plamę, na której stała królowa Aurora.
Zarówno w domu w Zalesiu jak i w Lagarze niewiele mówiono o kobietach, które nie odgrywały znaczącej roli w polityce czy bitwach. Jednak żona wielkiego Sambora zawsze budziła zainteresowanie. Ponieważ przyszła na świat jako córka podległego władcy księcia, początkowo nie widziano jej na szczycie władzy. Jednak w pewnym momencie śluby z zagranicznymi rodami zaczęły budzić niechęć, więc młodemu królowi nakazano znaleźć wybrankę wśród rodzimych możnych. Nikt nie miał wątpliwości, że Aurora to idealna kandydatka. Piękna jak bogini, a przy tym wszystkim pogodna i dobrze urodzona zrobiła wrażenie na wszystkich. Jej uśmiech poprawiał nastrój każdemu żołdakowi. Już od dnia ślubu obraz Aurory zaczęto przywoływać jako ideał żony, wybranki serca. Nawet po wielu latach, kiedy królowa doczekała wnuków, wciąż budziła zachwyt każdego, kto ją ujrzał.
­– Usiądź – wskazała Milanowi miejsca na drugim kocu. Bez wahania wykonał polecenie, utrzymując odpowiednią postawę.
– To niesamowite – wyraziła zachwyt jasnowłosa dziewczyna, niewiele starsza od niego, która siedziała obok… Gai?
Przez długą chwilę wpatrywał się w marchewkowy warkocz, nie słysząc ani słowa z pytań innych dam dworu.
Dopiero kiedy przemówiła do niego królowa, otrząsnął się z szoku. Wtedy dotarło do niego, że chociaż dziewczyna była niezwykle podobna, nie mogła być tą rudą złośnicą. Jej długie włosy spleciono w ozdobny warkocz, na głowę włożono skromny diadem, a bordową suknię udekorowano złotymi haftami. Gaja na głowie miała tylko swoją czuprynę, której nie potrafiła ulizać, cóż dopiero pleść, a ponad wszystko zawsze chodziła w spodniach. To zasadnicza różnica, chociaż rysy twarzy, budowę ciała miały tak siostrzaną, że przy pierwszym wrażeniu łatwo je pomylić. Chociaż butny wyraz twarzy tej dziewczyny skrywał się za zasłoną królewskich pozorów.
– Czyżbyś zobaczył marę, rycerzu? – zapytała uroczo i wtedy czar prysł… bo jej głos brzmiał tak inaczej, że Milan przysiągłby, że pochodził z innej krainy.
– Nie – odpowiedział i ponownie skupił spojrzenie na królowej.
– Twoja uroda, Marianno, zawsze zwraca uwagę, ale nie porównuj się do leśnych demonów – powiedziała karcąco Aurora.
„Więc to ona” pomyślał, chociaż powinien wpaść na to wcześniej.
– Jest gwardzistą, takim jak Gaja? – zapytała królowej dziewczyna, nagle całkowicie ignorując Milana, jakby wspominała nieobecnego.
– Zupełnie innym – burknął, kryjąc niezadowolenie. Marianna nie zareagowała, wciąż czekała na odpowiedź babki.
– Zachowujesz się niestosownie – powiedziała królowa, przywołując rudowłosą do porządku.
– Wybacz, rycerzu. – Zatrzepotała sztucznie rzęsami, a Milan wyczuł w tym bardziej pogardę niż żal. ­– Nie chciałam cię obrazić, zrównując z kobietą.
– Poznałem twą siostrę, wasza wysokość i wiem, że chęć obrażenia kogokolwiek nawet nie przeszła by ci przez myśl – rzucił, hamując wszelkie niepotrzebne reakcje. – Jesteście bardzo podobne.
Marianna otworzyła usta, żeby to skomentować, ale wtedy obydwoje usłyszeli wesoły śmiech Aurory. Dziewczyna pochyliła głowę i zacisnęła dłonie na sukni.
– Bardzo cenię rycerzy gwardii właśnie za to – rzekła królowa, poprawiając białą rękawiczkę. – Chociaż prawdopodobnie to ja mam szczęście trafiać na takie okazy.
– To pewnie przez te przygody, pani – zachichotała jedna z dwórek. Miała czarne włosy, piękne, pełne usta, z pewnością przeganiała urodą księżniczkę. Jednak sposób wypowiedzi z jakiegoś powodu raził Milana, jakby miał do czynienia z kimś niewybaczalnie głupim. Powinien tego nie okazywać, ale nie powstrzymał uniesienia brwi.
– Słyszałam, ze rycerze gwardii nie posiadają żon, czy to prawda? – zapytała kolejna, z wyglądu przypominająca poprzednią, z tym że jej twarz zdobiły ostrzejsze rysy.
– Nieprawda – odpowiedział krótko.
Mimo to mało która chciała poślubić gwardzistę, ale tego postanowił nie dodawać. Od razu przed oczyma zobaczył twarz sfrustrowanej matki, która musiała wszystko poświęcić, a w zamian otrzymała samotność przez praktycznie cały rok. Ojciec odwiedzał dom na kilka dni, najczęściej porą wczesnojesienną, kiedy należało dopilnować zbiorów. Nigdy z żoną nie wszczynali awantur, nie mieli na to czasu. Przy nim zawsze udawała zadowoloną, a on zachowywał się tak, jakby wcale nie czekało na nich kolejne rozstanie.
Tylko jeden raz usłyszał ich kłótnie, która dotyczyła bezpośrednio Milana. Dokładnie pamiętał wypowiedziane wtedy słowa...
„Nie zabierzesz mi syna. Nie jego!” mówiła podniesionym głosem. Co odpowiedział ojciec, nie dosłyszał.
– Tak?! To zabierz jednego z tych twoich bękartów! – krzyknęła, tym razem tak głośno, że przechodząca obok sypialni gosposia podskoczyła i przyspieszyła kroku. Milan ukrył się w ciemniejszym kącie, by za chwilę podejść do drzwi oraz przystawić ucho do dziurki od klucza.
– Nic o nim nie wiesz – dorzuciła matka, a kilkuletni Milan przełknął ślinę. – Nie widziałeś, jak dorasta…
– Widzę, jak zamieniasz go w kalekę – przerwał ojciec. Nie mówił głośno, ale z daleka można było zrozumieć każdą sylabę. – A on jest moim synem, wyrośnie na mężczyznę, którego sobie życzę.
– Nie rozumiesz…
– To ty nic nie rozumiesz – ponownie nie pozwolił jej dokończyć. – Dlaczego naszym pozostałym dzieciom nie poświęcasz tyle uwagi?
– Milan jest najstarszy.
– Dlatego zawsze najbardziej będzie skupiał na sobie uwagę. Musi zostać dobrze wychowany.
– On jest dobrze wychowany! – wrzasnęła, a Milan odskoczył od drzwi, przewracając przez przypadek miotłę opartą o ścianę. Hałas nie był wcale znaczący, ale i tak czmychnął do kuchni.
Po latach nie żałował, że zamieszkał w Lagarze. Jednak dla siedmiolatka opuszczenie rodzinnego domu kojarzyło się jedynie z drogą do piekła.
Ojca kojarzył niezbyt dobrze. Wiedział, że to ktoś ważny któremu musi pozostać posłuszny, ale poza tym nie rozumiał zbyt wiele. Podczas podróży do zamku gwardii uwierzył, że może między nimi powstanie więź. Wtedy wszyscy będą go poważać, bo tylko on zamieszkał z ojcem i tylko on z nim rozmawiał sam na sam.
Później przekonał się, że w trakcie szkolenia Ruben nie tylko nie miał czasu dla syna, ale i sam Milan nie nadążał nawet z porządnym snem. Często chorował, więc jak akurat nie trenował, to leżał w izolatce.
Mimo to każdy kolejny dzień w gwardii wzmacniał u niego szacunek do ojca, który życie poświęcił dla królestwa.
Spojrzał na zaskoczoną odpowiedzią dziewczynę i westchnął głośno. 
– Czyli planujesz założyć rodzinę? – dopytała blondynka, szturchając koleżankę.
– Nie planuję… – rzucił, skrywając irytację.
– Dlaczego? – Twarz dziewczyny posmutniała, zupełnie jakby miała zostać jego wybranką.
– Rycerze spędzają w domach nie więcej niż miesiąc w roku, Amando – wtrąciła królowa, a w jej głosie zabrzmiało zmęczenie. – W takiej sytuacji trudno utrzymać rodzinę.
– Ja bym dała radę – burknęła, po czym nagle rozpromieniła się i mrugnęła zalotnie do Milana. Najwidoczniej nie zdawała sobie sprawy, że on wciąż był za młody, żeby myśleć o poważnych zobowiązaniach uczuciowych.
– Doprawdy? – prychnęła Marianna. – Ile poznałeś żonatych gwardzistów, rycerzu?
– Dwóch – wycedził przez zaciśnięte zęby. Z trudem skrywał zdenerwowanie, powoli docierała do niego sensowność rad Mildred.
– Aż dwóch? – Aurora uniosła brwi.
– Tak, czwartego dowódcę i kapitana drużyny na mojej poprzedniej wyprawie… – zamilkł na chwilę, rozważając następne słowa. Zdecydował zaryzykować – Kasjana.
Jak przewidywał, twarz królowej pociemniała, a w błękitnych oczach zajaśniał dziwny blask, którego nie potrafił sklasyfikować. Przez długą chwilę milczała, jakby walcząc z samą sobą, aż w końcu przemówiła.

– Muszą mieć cierpliwe żony. Chociaż nie bardziej niż te w stolicy. – Posłała kobietom znaczący uśmiech, by zaraz potem zatopić się w rozmowie o trudach,  które znosiła płeć piękna. Milan słuchał, nie prezentując własnej opinii, w końcu i tak zdradził nazbyt wiele. Nie były to informacje szczególnej wagi, bo Kasjan jakkolwiek o małżeństwie nie rozpowiadał w gospodach, to wcale nie próbował tego ukryć. Mimo to w normalnych okolicznościach Milan nie widział potrzeby wypowiadania imienia innego rycerza, co uznawał za przykład plotkarstwa. Tym razem uznał, że reakcja królowej odpowie mu na co najmniej kilka pytań… i miał rację. Szkoda tylko, że w  tym wszystkim nie dostrzegł, że oczy Marianny śledzą każdy jego ruch. 


***

Zapomniałam dodać kilu słów od siebie, co przecież jest bardzo ważne haha (wiem, że nie, ale zawsze jakoś kończę, to nie będę wprowadzać tutaj chaosu). 

Tak czy inaczej ta część, jak w zasadzie ogólnie ten rozdział, zawiera w sobie mniej akcji, jest bardziej takim wstępem do dalszych wydarzeń. Mamy nową postać Derwana, poznajemy Mariannę wraz z rodziną królewską, pojawi się też nowe zadanie i nowe problemy. Mogę też dodać, że kolejny rozdział z kolei doda swoją cegiełkę do zagadki związanej z przełamanym mieczem, który tak poturbował Aarona. Nie mogę się doczekać! 

Ciekawi mnie, co myślicie o nowych bohaterach, dworze królewskim i zachowaniu Milana :D 

Pozdrawiam cieplutko! 
© Halucynowaa | WS | X X X