sobota, 22 kwietnia 2017

Rozdział 8 cz.2

Nie pamiętała, żeby kiedykolwiek tak wyła. Siedziała za budynkiem, schowana przed wścibskim spojrzeniem służby biblioteki i ryczała jak rozpieszczony dzieciak możnego pana. Łzy ciekły jej po policzkach, zostawiając słony smak na ustach, kiedy ona krztusiła się własną śliną. Musiała wyglądać jak obraz nieszczęścia. Z zapuchniętymi oczami, zasmarkanym nosem i wielkim guzem na środku czoła. Na całe szczęście nikt tego nie widział. Zanim pozwoliła sobie na chwilę słabości, przeszła przez wszystkie korytarze z pochyloną głową, umyła zakrwawioną twarz w wodzie ze studni, a potem ruszyła tak daleko, jak jej na to pozwalała swoboda rycerza gwardii.
Sama nie wiedziała, czy wypływał z niej żal, smutek czy złość. Bez względu na rodzaj emocji, skierowana była ona bezpośrednio do niej. Głupia, godna pożałowania Liliana. Wciąż zachowywała się jak dziecko, w końcu dostała za swoje.
Powinna wiedzieć, z kim miała do czynienia. Mimo to nie potrafiła poprawnie interpretować ludzkiego zachowania. Co chciał osiągnąć Kristof, traktując ją w ten sposób? Gdyby miał ją posiąść, już by to zrobił, nic go nie powstrzymywało. Miał szansę po prostu ją wyrzucić. On postanowił Lilianę upokorzyć. Zmiażdżyć psychicznie. Zgnieść jak chodzącego po stole pająka… a najgorsze w tym wszystkim było to, że naprawdę mu się udało.
Wzniosłaby modlitwy, żeby los jak najszybciej skierował ją do Lagary, gdzie rycerzy chroniły rozkazy drugiego dowódcy… ale nie znała żadnych. Błagałaby, żeby ktoś zabrał ją do Aarona, który na pewno stanąłby w jej obronie… po prostu. Tak chyba wyglądały więzi, na których temat do rozmyślań zmuszał ją Horacy. Nić, dzięki której czujesz się bezpiecznie. Dla której warto wstawać i iść dalej… wytrzeć buzię, zacisnąć zęby i ruszyć do biblioteki.
„Jeśli jest sprawiedliwość na tym świecie, to jego piekło pochłonie. Ich wszystkich” pomyślała, podnosząc głowę.
Spotkała wiele szuj na swojej drodze. W jednej wiosce z kompletnie niezrozumiałego dla niej powodu mieszkańcy zamknęli w stodole rodzinę z siódemką potomstwa i wszystkich tam spalili. Za kradzież jabłka z sadu gospodarz tłukł ją kamieniem. Zapewne by ją zabił, ale Aaron zrobił to pierwszy. Mieli wtedy nie więcej niż dziesięć lat. Na wschodzie powiesili na placu grupkę dzieci tylko dlatego, że magnat przejmował tamtejsze ziemie.
Czy Kristof naprawdę czymś się od nich różnił?
Jednak rycerze króla powinni działać zgodnie z kodeksem, honorowym, zawsze mając na względzie dobro słabszych. Tak ich uczono od samego początku. Mimo to grupa Chabra przeczyła istnieniu jakichkolwiek norm. Czy wszyscy tak kończyli po latach?
Na to pytanie mogła sama sobie odpowiedzieć. 
Nadar nie szczędził jej gorzkich słów ani ciosów, ale nigdy nie nacierał na godność. Od Kasjana biła duma, która nie pozwalała mu na brak szacunku względem nikogo. W końcu człowiek naprawdę pewny siebie nie musi podbudowywać własnej wartości poniżaniem innych. Chociaż on akurat wybijał się ze schematu pospolitego rycerza. Jeśli słowa wypowiedziane kiedyś przez Milana były prawdziwe, to w jego żyłach płynęła błękitna krew.
Ruszyła do archiwum, gdzie czekał na nią Sebastian. Nie zadał ani jednego pytania. Razem rozkładali dokumenty wyznaczonych miejscach, aż zmierzch zmusił ich do przerwania. Liliana odłożyła ostatni egzemplarz do skrzyni z zaciętą miną, powtarzając w myślach po raz setny, że już nigdy nie pozwoli nikomu jej dotknąć. Nawet jeśli z góry wiedziała, że i tak nie dotrzyma słowa.
Nie odezwała się do nikogo przez następne kilka dni. Na całe szczęście nikt też jej nie zadręczał, nawet ojciec Horacy wyruszył w pilną podróż, przez co była wolna od jego filozoficznych rozważań. Robiła tylko to, co zostało polecone. Spała ze służbą, jadła w ciszy, układała księgi w piwnicach, obojętna na wszelkie tajemnice, które mogła tam odkryć. Za wszelką cenę chciała wyzbyć się wszelkich myśli. Oczyścić umysł. Nie rozmyślała o celu wyprawy ani kolejnych poczynaniach grupy Chabra. Ignorowała każdego, kto stanął na jej drodze. Nawet kiedy w polu widzenia odnalazła Kristofa, nie zareagowała w żaden sposób. To tylko kolejny, nic nie znaczący epizod w jej życiu.
Podobnie jak sortowanie tych wszystkich śmieci w kolejnych pomieszczeniach. Zmiana miejsca ich położenia w żaden sposób nie wpływała na jej życie, nie zmieniała nawet losów kraju… bo niby jaką wagę mogło mieć to, że skrzynia leżała w kącie a nie na środku komnaty. Może dostrzegłaby wartość tego działania, gdyby wychowano ją na skrybę.
Przerzucała dlatego kolejne zwoje tak, jak nakazał jej przełożony, czasami stosując rady Sebastiana. Chłopak co jakiś czas mierzył ją czujnym spojrzeniem, ale nic ponad to nie uległo zmianie. Do czasu.
– Nie powiedziałem ci całej prawdy – wyznał znienacka. To był już szósty dzień milczenia, mimo to Liliana nie mogła odnaleźć w sobie ciekawości, w jakiej sprawie Sebastian ją oszukał. – Nie kłamałem, ale jak tak teraz o tym myślę, to powinienem opowiedzieć więcej. Wiem, że ostatnio nie masz chęci na rozmowę, ale to świetna okazja, żebyś posłuchała, zamiast przerywać. – Zawahał się, jakby czekając na odpowiedź, ale Liliana wciąż wykonywała pracę archiwisty, udając, że nie dotarł do niej żaden dźwięk. – Mam rację, nie? Normalnie już dawno byś mi groziła. – Wziął głęboki oddech, zamknął oczy, po czym uderzył ciężkim tomem o drewniany blat, zmuszając Lilianę do reakcji. Dziewczyna drgnęła nieznacznie i to najwyraźniej mu wystarczyło. – Widać po tobie, że wiele przeszłaś, ale w gruncie rzeczy sama nie wiesz, czy to dość, żeby nad tym zapłakać. Też tak mam, całkiem często. Chociaż mnie życie potraktowało łagodnie, tak sądzę. Nie wiem, jak wyglądają twoje relacje z tymi rycerzami, ale daleko im do wzoru gwardzisty…
Liliana odwróciła głowę, nie chcąc wdawać się w dyskusje na temat jej drużyny. Nie miała prawa źle o nich mówić, ale nie potrafiła zmusić ust do wypowiedzenia czegokolwiek dobrego o grupie Chabra.
– Z drugiej strony masz też sporo szczęścia – kontynuował Sebastian, chociaż mówił już bardziej do kamiennej ściany niż do Liliany. – Dużo podróżujesz, każde negatywne doświadczenie czyni cię silniejszą, nie spędzisz całego życia w klasztorze, przepisując zwoje. A to i tak nie jest przecież najgorsze. W pewnym sensie to nawet radość, bo na mnie czekało życie oracza ziemi, potem praca najemnika na cudzym gruncie, aż w końcu śmierć gdzieś w polu z wyziębienia albo przepicia.  
– A to i tak nie jest najgorsze – mruknęła, myśląc o początkach własnego życia… białych ścianach bez nikogo i niczego.
– Prawda – zgodził się. – Chociaż perspektywie tej daleko do ideału. Dałem radę uciec od przeznaczenia, sam nie wiem jak. Pewnie dlatego, że nie zrażają mnie porażki, a tych mam sporo na koncie.
– Jakie porażki może mieć ktoś taki jak ty – prychnęła, a zabrzmiało to lekceważąco, chociaż wcale tego nie chciała.
– Mniej spektakularne niż rycerz gwardii – zaśmiał się. – W końcu pracuję z ojcem Horacym.
– … który nie jest twoim rodzicem – wtrąciła, zirytowana już tytułem kapłana.
– Nazywam go mentorem, może nawet wybawicielem, to o wiele bliżej niż jakiekolwiek pokrewieństwo.
– Twój prawdziwy ojciec był… zły? – Dopiero po tym pytaniu spojrzała mu prosto w oczy.
– Nie znałem go, wiem tylko tyle, ile mi opowiedział ojciec Horacy. Przyszedłem na świat na wsi, w domu biednych gospodarzy. Ponieważ mąż mojej matki spędzał dużo czasu w gospodzie i każdy wiedział, że ma problemy wiadomej natury, po moim urodzeniu od razu poszła plotka, że jestem bękartem. Ponoć kilka miesięcy wcześniej ktoś widział ją z jakimś rycerzem, sprawa dla nich była jasna. Chociaż ani ona ani jej mąż tego nie przyznali. Ojciec Horacy wyjaśnił mi, że żadne z nich mnie nie chciało, ale bali się powiedzieć, że powstałem gdzieś na boku. Wyrzucili bękarta do lasu, tam mnie znalazł on. Miałem wtedy chyba z trzy lata.
– To okropne – skomentowała, ale nie wyszło jej to szczerze. Widziała o wiele gorsze rzeczy w swoim krótkim życiu.
– Okropne to by było, jakbym tam zamarzł. Pamiętam tylko tyle, że ktoś wziął mnie na ręce i zaniósł do klasztoru. Ponoć jeden z ludzi ojca Horacego, ale nigdy go już potem nie widziałem. Trochę szkoda, że nie miałem okazji mu podziękować. Tak czy inaczej wiele osób sprzeciwiało się mojemu wychowaniu w tamtym miejscu, zwłaszcza brat ojca. Nigdy za mną nie przepadał.
– Ten magnat, który został skazany na śmierć?
– Ich stosunki zawsze wyglądały na napięte, a magnat Hermicki  należał do mniej bystrych, tak sądzę. Kochał pozycję i bogactwo, wciąż nie mogę uwierzyć, że zwodził króla przez tak długi czas. No… ale są ludzie, których postępowania i tak nigdy nie zrozumiesz. – Ostatnie zdanie powiedział ze szczerym uśmiechem. – To w żaden sposób nie zabroni ci ich podziwiać, nienawidzić, lubić czy unikać. Ojciec Horacy mówi, że nie jesteśmy zobowiązani do odnajdywania drugiego dna we wszystkim, co spotkamy. Powodem, dla którego to robimy, jest zaspokojenie naszych własnych potrzeb. Wiedząc więcej, możemy lepiej się bronić. Bo wiedza to potęga. Nie możemy jednak pozwalać sobie na zatrzymanie, musimy cały czas przeć do przodu, nawet jeśli inni rzucają nam kłody pod nogi. Myślę, że jest jeszcze wiele, co mógłbym osiągnąć. Bycie bękartem z klasztoru  nie nazwę spełnieniem ambicji. – Wyszczerzył zęby z zadowoleniem, jakby perspektywa przyszłości napawała go nadzieją. – A ty? Nie czujesz głodu wiedzy?
Dał jej dużo czasu na odpowiedź. Liliana nie wiedziała nawet, czy chce jej udzielać, ale to oczekiwanie… pytanie wisiało między nimi przez cały dzień, później następny i kolejny. Bardzo długo przyswajała historię Sebastiana, a z każdą chwilą ceniła go coraz bardziej. Za to, że mimo przeciwności losu ani na chwilę nie pozwolił sobie na brak wiary. 
– Jest kilka rzeczy, które mnie ciekawią – rzuciła przy śniadaniu i to były pierwsze słowa od ponad tygodnia, które wypowiedziała z własnej woli. W tamtej chwili poczuła ogromną ulgę i… rozbawienie. Wychodziło na to, że ich standardowym schematem konwersacji było przerywanie w połowie oraz kontynuowanie w innym czasie – niejednokrotnie odległym.
Sebastian upuścił kawał chleba, który aktualnie wkładał do ust, by następnie, w trakcie podnoszenia go z ziemi, przywalić głową w róg stołu. Jęknął głośno, zwracając na siebie uwagę przechodzących sprzątaczek. Dziewczyny zachichotały cicho, ale zaraz zniknęły za rogiem, więc jasnowłosy młodzieniec mógł przestać chować zarumienioną twarz za krzesłem.
– Tak? – zapytał zmienionym głosem Liliany, która przywołała na twarz grymas nie będący ani wyrazem rozbawienia ani niechęci.
– Powiedziałeś mi, że jesteś bękartem – wypaliła, stwierdzając, że bezpośredniość będzie lepszym rozwiązaniem niż okrążanie tematu.
– Tak zrobiłem – odrzekł niezrażony, wpychając do za dużych ust pieczywo.
–  Czy wobec tego nie powinieneś udawać, że nie istniejesz? – dodała, a chłopak zakrztusił się jedzeniem. Kiedy tylko doprowadził swój stan do porządku, wbił w nią spojrzenie piwnych oczu, wyrażając kompletne niezrozumienie.
– Że co? – parsknął, najwyraźniej nie wiedząc, czy powinien zareagować śmiechem czy obrazą.
– Pewien rycerz powiedział mi kiedyś, że o dzieciach z prawego łoża nikt nie pisze, jakby nigdy nie powstali – wyjaśniła najlepiej jak potrafiła… a wyszło jej to słabo, bo sama nie do końca rozumiała to, co kiedyś przekazał jej Milan.
– No i to jest prawda – rzucił krótko, wciąż zdumiony niewiedzą dziewczyny. – Ja bym rozróżnił brak w księgach i brak na świecie.
– Nie chciałam cię urazić – bąknęła, pochylając głowę. – Po prostu tego nie rozumiem.
– Jeny, Liliano – westchnął, przeciągając ostatnią sylabę jej imienia. – Tutaj chodzi głównie o prawa do dziedziczenia, bycie następcą. Ojciec musi wciąż pod opiekę wszystkie dzieci, ale tylko te z prawego łoża w przyszłości otrzymają w spadku jego tytuł i majątek. Jeśli mężczyzna należy do bogaczy, to często ma kilkoro potomków z różnymi kobietami, ale tylko te pochodzące od żony są… właściwe. Pozostałe przedstawia jako bękarty.
– A jeśli nie przedstawia ich w ogóle? Jakby wymazał je z pamięci? – dociekała, niemalże agresywnie.
– To pewnie je wydziedziczył – odparł, wzruszając ramionami. – Ale to nie takie proste. Pozbawienie prawa do dziedziczenia wiąże się z całą lawą wojen i pretensji, a taki syn zawsze może powrócić na ziemie i siać tam zamęt. Mówisz o czymś konkretnym?
– Mój znajomy twierdzi, że żyje bękart króla, o którym nikt nie mówi, jakby nie istniał.
– To może naprawdę nie istnieje, nie pomyślałaś o tym? – rzucił, ale dostrzegając minę Liliany szybko dodał – Ludzie uwielbiają plotki, a tajemniczy syn władcy brzmi niesamowicie. Jeśli nawet coś takiego miało miejsce, to… nie wiem. Słyszałem, że Sambor I nie ma żadnych bękartów. Chociaż też spokojnie mógłby to ukryć. Czasami wydaje się inaczej, ale nie tak łatwo śledzić poczynania rodziny królewskiej. Oni mieszkają całkiem daleko, a w kwestii dzieci to często dużo ulega zmianom. Księcia Dymitra przedstawiono dopiero po jego ślubie, a i do tej pory nie wiadomo czy i ile ma tych córek… bo ponoć same dziewczyny spłodził, ale w sumie też kto tam ich wie.
– To niewiele wyjaśnia – mruknęła.
– Jedyną słuszną wiedzę znajdziesz tylko na piśmie. Więcej czytaj i odpowiesz sobie co najmniej na połowę pytań – rzekł jakby poważniej, kiedy Liliana skupiła spojrzenie bezpośrednio na nim. Ich oczy miały podobną barwę, ale jeśli chodzi o blask nie mogły się bardziej różnić. Jej sprawiał wrażenie jakby przysłoniętego mgłą, ale wyjątkowo intensywnego, co zwróciło szczególną uwagę Sebastiana.
Może Liliana faktycznie przeczyła wszystkiemu, co sobie myślał. Jej aparycja niemalże dyskwalifikowała dziewczynę wśród rycerzy, była zbyt kobieca… a jednak nosiła zbroję oraz miecz. Czasami sprawiała wrażenie delikatnej dziewczyny, którą rozkruszy lekki podmuch wiatru… zaraz potem okazywała się harda, niemalże niezniszczalna.
Coś w niej zmusiło go do pokonania dzielącej ich odległości… zwykła ciekawość, może zauroczenie. Jakkolwiek to nazwać, Sebastian stanął tuż przy niej.
– Ciekawe skąd ja to wezmę… – westchnęła, nieświadoma jego obecności. Dopiero kiedy podniosła głowę, zdała sobie sprawę, że chłopak stoi zaledwie krok przed nią. Na jej policzkach zakwitł rumieniec, którego pochodzenia nie potrafiła wyjaśnić. Zupełnie, jakby ktoś napoił ją naparem rozgrzewającym.
– Żartujesz sobie? Jesteś w bibliotece – zaśmiał się, ale jakby nerwowo. Poczuła na policzku jego oddech i wcale nie nazwałaby tego nieprzyjemnym.
– Wśród ksiąg, których nie wolno otwierać – kontynuowała tę wymianę zdań która tak naprawdę nie miała już żadnego znaczenia.
– Tylko jak ktoś patrzy… – rzucił chłopak z łobuzerskim uśmiechem, kiedy odgarnął z jej czoła brązowe włosy, które uciekły z warkocza.
Chciała zobaczyć, jak to jest. Słyszała, że to miłe, ale nie miała okazji sama tego doświadczyć. Poczuć jakąś formę fizycznej bliskości, inną niż do tej pory.
Kiedy ta myśl uformowała się w głowie, a wargi Sebastiana musnęły policzek, coś ścisnęło jej serce. Z początku nie widziała, co to za siła, ale potem świadomość uderzyła ją piorun. 
Odepchnęła chłopaka, jednocześnie odskakując i zakrywając usta dłonią.
– Przepraszam – wymamlała niewyraźnie, dusząc w sobie uczucia żalu.
– Nie masz za co – powiedział, starannie ukrywając rozczarowanie.
– Nie wiem, czego ode mnie oczekujesz… ale cokolwiek to jest – mówiła, patrząc w róg stołu, nagle uznając go za szczególnie ciekawy. –  Cokolwiek to jest… ja nie mogę ci tego dać.
– Bo jesteś rycerzem? – zapytał cicho, a w jego głosie nie dosłyszała ni cienia wyrzutu.
Nie odpowiedziała od razu. Służba w gwardii zobowiązywała do wielu rzeczy, ale Liliana przecież nie została nim z powołania, poczucia misji. Po prostu chciała przeżyć. Dlatego nie interesowały ją drogi kariery w Lagarze, gdyby znalazła opcję lepszej codzienności, z pewnością by ją wybrała.
– Nie wiem nic o miłości ani czy to, co chciałeś zrobić, miało z nią cokolwiek wspólnego. Pewna kobieta powiedziała mi kiedyś, żebym pocałowała tylko tego, któremu będę gotowa oddać swoje serce – odpowiedziała pokrętnie, a brzmiało to nie tak, jak chciała… bo sprawiało wrażenie czegoś patetycznego, zupełnie niepotrzebnie. – Nie ma znaczenia, czy później to zrobię, czy postawię na ostrożność, czy pójdę za emocjonalnym zrywem. Sama otwartość na uczucia drugiej osoby to dość… ale jednocześnie minimum.
– To musiała być mądra osoba – rzekł bezbarwnym głosem, chcąc coś dodać od siebie, ale jednocześnie nie do końca rozumiejąc kierunek wyznania Liliany. Zacisnął chude palce na księdze, którą machinalnie wziął do ręki.
– Nie wiem… ale… – zamilkła na dłuższą chwilę, ale cisza wprowadzała okropne uczucie rozdrażnienia, którego istnienia nie umiała wyjaśnić. – Nie mogę oddać ci swojego serca, bo ono już od dawna należy do kogoś innego – skończyła twardo, nie pozostawiając miejsca na domysły.
– Ach… – przez chwilę wyglądał, jakby chciał coś dodać, ale ostatecznie się powstrzymał. Zamiast tego, zaczął odczytywać złote litery na pieczęci jednego z listów.
Krępująca cisza panowała przez dłuższy czas, ale żadne z nich nie wiedziało, jak ją pokonać. Jakaś część Liliany nie mogła odżałować podjętej decyzji… a ile w ogóle miała prawo tak to nazwać. Zupełnie jakby wyszła z wanny ciepłej wody, rezygnując z kąpieli tylko dlatego, że… to było złe, ale nie potrafiła powiedzieć, z jakiego powodu.
– Możesz zdradzić, jak on ma na imię? – zadał kolejne pytanie Sebastian, najwyraźniej nie mogąc powstrzymać ciekawości. – Będę wiedział, na kogo mam uważać.
Spojrzała mu prosto w oczy, widząc tam jedynie szczerą ciekawość i młodzieńczą naiwność, która pod wieloma względami była jej obca – w szczególności, gdy chodziło o NIEGO… bo on stracił ją dawno temu, jeszcze zanim się poznali. Twarz niemalże zawsze wyrażała jego osobowość – hardą i nieustępliwą. Był jak szczyt góry – niedostępny dla większości ludzi wokół niego… jak rdzeń drzewa – twardy, stanowczo wyznaczając kierunek własnemu działaniu. Był po prostu sobą.
„Możesz nazywać się Liliana, jeśli tak bardzo chcesz” usłyszała w głowie jego głos z dawnych lat. „Chociaż to nazwa dla kwiatów, a one więdną”.
„Tamta kobieta powiedziała, że takie imię dla osoby, która przetrwa, a ja chcę żyć!” krzyknęła ze złością dziewczynka, tupiąc nogą. „Nazywam się Liliana, a ty… ty będziesz…

– Aaron – odpowiedziała uśmiechając się sama do siebie. – Tak ma na imię. 

***

Chyba już czas najwyższy dodać kolejny rozdział. Ostatnio mam sporo na głowie, dlatego w marnej części uczestniczę w życiu... no tym na blogach :D Ale na pewno nadrobię zaległości prędzej czy później ; ))

Ściskam wszystkich, którzy tu zabłądzili specjalnie lub niespecjalnie! 

9 komentarzy:

  1. Rozdział bardzo mi się podobał. Lilianna b przeżyła to wydarzenie, az za mocno mam wrażenie. Wlasciwie nie zdziwiła mnie ost informacja-mianowicie, ze Aaron nie jest jej rodzonym bratem. Niemniej wydaje mi sie, ze jej uczucie jest dość platoniczne i nie wiem czy nie "przetrwaale", ze tak powiem. Odnoszę wrażenie, ze taki S.bylby dla niej lepszy. Wydaje sie ciekawa osoba i na pewno posiada b duża wiedzę. Ciekawi mnie, co bedzie dalej i co się dzieje u pozostałych bohaterow :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki bardzo <3
      Liliana już taka jest, że wszystko mocno przeżywa. To ma swoje plusy minusy, w tym wypadku również. Jej uczucie do Aarona też jest skomplikowane i wyjdzie z tego sporo problemów. Taki Sebastian z pewnością wydaje się mniej skomplikowany... ale w sumie kto wie? Przecież nic nie jest czarne ani biały.
      A co do pozostałych bohaterów - już w następnym rozdziale zmieniamy perspektywę :D Będzie nieco o Aaronie, a potem Milanie ; )

      Usuń
    2. Każdy jest na swoj sposob skomplikowany; ale jednak jesteśmy wszyscy ludźmi... No dobra; przynajmniej w teorii :p ja lubię przeżywająca wszystko Lilianę, bo kocham opisy uczuc :D No i ciesze sie, ze bedzie o Aaronie; moze dowiemy sie, jak on postrzega nasza Lilianę. Zapraszam na nowosc do mnie i pozdrawiam :)

      Usuń
  2. Jak dla mnie reakcja Liliajny była jak najbardziej uzasadniona. To nie tylko kwestia naruszenia jej cielesności. Kristof przede wszystkim po raz kolejny upokorzył ją jako rycerza, pokazał, że nie jest równa reszcie grupy Chabra i dla kogoś ambitnego, to musiało być druzgocące. W dalszym ciągu mam nadzieję, że Liliana będzie mieć okazję, żeby odbudować poczucie własnej wartości i ogólnie udowodnić wszystkim, ile jest warta.
    Dobrze, że spotkała Sebastiana. Jakoś tak wydaje się, że autentycznie zależy my na Lilianie i myślę, że nie odwróci się od niej tylko dlatego, że go odrzuciła.
    Co do Aarona... relacja z nim już wcześniej wydawała się trochę... niewłaściwa jak na rodzeństwo i w sumie nie jestem zaskoczona, że Lil powiedziała akurat jego imię. I choć Liliana już wcześniej zdradzała trochę nadmierne zainteresowanie Aaronem, to jednak nie wydaje mi się, żeby on czuł to samo. Ale zobaczymy :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Będzie mieć szansę :D Może jeszcze nie teraz, ale w końcu zbuduje własną osobowość, potrzebuje tylko czasu
      No własnie relacja Aarona i Liliany nie jest do końca normalna, ale to też nie bez przyczyny. Myślę, że sporo można wyczytać z ich przeszłości. Nie chcę wyprzedzać faktów, ale oni nie do końca rozumieją otaczający ich świat.

      Dziękuję za komentarz!

      Usuń
  3. Poprzedni rozdział przeczytałam już wieki temu i to nie raz, ale ciągle coś mi przeszkadzało, żeby go skomentować, więc finalnie przeszłam do następnego, mam nadzieję, że nie masz mi tego za złe.
    Początek był smutny - to okropne, kiedy o pozycji rycerza (w Lagarze) decyduje siła fizyczna. Przecież, gdyby Liliana była silniejsza, to by zatłukła tego Kristofa, a nie mogła i przez to poczuła się poniżona. Kristof to chodzący kompleks i umysłowe zwierzę.
    Podobało mi się to jak opisałaś jej zachowanie po całym zdarzeniu - wyszło bardzo naturalnie. Pokazałaś tym samym również trochę jej charakteru i temperamentu. Szkoda, że Liliana obwinia siebie o własne uczucia, w końcu gdyby nie one, nie byłaby człowiekiem, tylko właśnie beznamiętnym rycerzem, stworzonym jedynie do wykonywania zleconych poleceń.
    No, końcówka mnie zaskoczyła. W sumie czułam, że Sebastian coś tam do niej ma, ale z tym Araonem to nic nie wyczułam. Zresztą, dopóki nie spojrzałam na komentarze, myślałam, że Lilianie chodziło o miłość braterską i że żadna inna jej nie interesuje, ale skoro nie jest to miłość braterska, to nie spodziewałam się tego. Ciekawa jestem jak to rozwiniesz.
    Bardzo podobało mi się to porównanie imienia Liliana do kwiatów, które więdną. Zabrzmiało tak... romantycznie.
    Pisz, pisz, pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No jasne, że nie. Miło, że wpadłaś! :D

      Jeśli chodzi o relację Liliany i Aarona to na ten moment nie mogę jednoznacznie stwierdzić, w którą stronę to idzie. Oni mają nieco inne spojrzenie na świat i inne priorytety. Nie wiem w zasadzie, czy w ogóle rozumieją, czym jest miłość romantyczna. Czas pokaże, w którą stronę się to rozwinie i czy w ogóle ; )
      Uczucia moim zdaniem pomagają dokonywać trafnych wyborów, ale trzeba też te uczucia rozumieć i poprawnie zinterpretować. Liliana jeszcze nie ma pewności jako rycerz, przez co nie potrafi określić, które z emocji jak traktować

      Dziękuję bardzo za komentarz ; ))

      Usuń
  4. Córka marnotrawna powoli wraca do blogowego świata ;D
    Przyznam, że ten rozdział czytałam dawno temu, a teraz po prostu przeczytałam fragmentami, żeby przypomnieć sobie co, gdzie jak i kto z kim. Dużo przemyśleń mi pewnie uciekło w tym czasie, więc komentarz może być mało wnoszący, ale pomińmy ten fakt.

    Pamiętam, że gdy pierwszy raz czytałąm ten rozdział, to byłam zła. Zła na tego pieprzonego Kristofa za to, że zachował się jak świnia. Mimo że to tylko opowiadanie, to zdołałaś wywołać we mnie naprawdę silne emocje. Od wzburzenia na tego gnojka, po współczucie dla Liliany. Co więcej, wydaje mi się, że to był jeden z lepszych rozdziałów ;-)
    Lecę dalej! ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Blogowy świat ostatnio nie ma się najlepiej, więc cieszy mnie, że wracasz ; )
      Miło mi, że ta scena wywołała emocje, bo o to mi właśnie chodziło. Ogólnie nie mam chyba zbyt wiele postaci takich "oczywiście złych", raczej staram się pokazać ludzi z różnych perspektyw, ale Kristofa to chyba bym nie obroniła.
      Dzięki bardzo za komentarz ; ))

      Usuń