piątek, 29 stycznia 2016

LIEBSTER BLOG AWARD, czy jakoś tak :D

Nie znam się na blogowych łańcuszkach, ale dowiedziałam się, że ten jest fajny, no to ja też wezmę w nim udział, bo kto biednemu zabroni.

Dlatego już teraz macie szansę dowiedzieć się o mnie wybitnie ciekawych rzeczy, jestem pewna, że umieracie z ciekawości

... dobra, wiem, że nie, ale zachowajmy pozory. 

Nominowała mnie Shebe, której blog swoją drogą szczerze polecam, bo wciąga. Naprawdę. 

A oto moje odpowiedzi: 

1. Kawa czy herbata 

Otóż z całą pewnością herbata. Kawa służy mi tylko do tego, żeby władować w siebie trochę mocy podczas sesji. Herbatę lubię w wielu postaciach, tak samo słodką z cytryną i imbirem jak i wszelkiej maści zioła, które tyle mają wspólnego z herbatą, co kawa rozpuszczalna z prawdziwą kawą. 

2. Ulubione ciastko 

Nie jestem entuzjastką, ale jeśli już mam wybierać, to sięgam po korzenne. 

3. Ciepło czy zimno 

Trudne pytanie. Wolę jak jest mi ciepło, ale doceniam zimę, naprawdę. 

4. Ulubiona manga/anime 

Nie należę do znawców, ale wychowałam się na serii "Dragon Ball Z", uwielbia Gohana i wciąż z sentymentem powracam sobie do starszych odcinków. 

5. Ulubiona postać 

Nie jestem w stanie wybrać, bo wielu wspaniałych autorów stworzyło bohaterów, których uwielbiam. Jednak jeśli już muszę, to stawiam na Jamesa Pottera. Z niezrozumiałych dla innych powodów. 

6. Koty czy psy 

Darzę psy szczególnym szacunkiem, ale osobiście wybieram koty. 

7. Pierwsza czynność po przebudzeniu.

Mam tendencję do wpadania w "zadumę" :D Zawsze ustawiam sobie budzik pół godziny wcześniej, nie po to, żeby dalej spać, ani żeby mieć czas na kawę. Po protu uwielbiam gapić się w sufit i myśleć o niestworzonych historiach.

8.Tramwaj czy autobus

To chyba oczywiste, nie? Autobusy ciągle się spóźniają, podziękuję ;p 

9. Czego żałujesz najbardziej? 

Żałuję za każdym razem, gdy za dużo marudzę. 

10. Najgorsza zmora języka polskiego. 

 Nie znoszę odmian zagranicznych nazwisk. Nigdy nie wiem, kiedy stawić apostrof, kiedy zmieniać końcówkę, kiedy nie ruszać nazwy w ogóle. Po prostu umieram, gdy to robię. 

11. Jakie jedno słowo najlepiej ciebie opisuje 

Walnięta 

Tyle ode mnie. Czytam tylko kilka blogów, ale pewnie ich autorzy mnie zjedzą, jak do nich napiszę. No nic, zakładam zbroję (rycerzy gwardii królewskiej, dokładnie ją sobie zaplanowałam) i nominuję:



A oto moje pytania

1. Co najbardziej cenisz w książkach? 
2. Co byś zrobił/a, gdybyś znalazł/a się sama na plantacji koperku? 
3. Najbardziej upierdliwy nawyk? 
4. Czym zauroczył cię świat blogów? (Jeśli w ogóle) 
5. Najwięcej pieniędzy wydajesz na...?
6. Najbardziej wstydliwa rzecz, którą czytasz/oglądasz... hmmmm? 
7. Możesz spotkać się z jedną, sławną, zmarłą osobą. Kto by to był i o co byś zapytał/a? 
8. Co cię najbardziej wzrusza? 
9. Jaką potrawę być wybrał/a, wiedząc, że będziesz musiał/a jeść tylko ją do końca swoich dni? 
10. Czym jest dla ciebie muzyka? 
11. Co pociąga cię najbardziej w pisaniu? 

Ponieważ sesja ciężka sprawia, właściwy rozdział dodam w następnym tygodniu.

sobota, 23 stycznia 2016

Rozdział I cz.1/2


Dziękuję bardzo za komentarze pod Prologiem : ) Bardzo mnie zmotywowały do dalszego działania.

Tę część chciałabym zadedykować Wilenie, bo Racław. Dziękuję za wszystko! 


LAGARA


Promienie słoneczne ledwo docierały do komnaty drugiego dowódcy. Niewielkie okno w kamiennym murze oświetlało jedynie stojący w kącie drewniany stół i leżące na nim przedmioty. Poza tym wnętrze kryło się w mroku. Nie było to zresztą pomieszczenie godne tytułu, który nosił Racław. Po objęciu przez niego stanowiska, wielu doradzało mu przeprowadzkę do bardziej okazałych części zamku. Jednak on sam już dawno przyzwyczaił się do warunków, które panowały wokół niego i na przekór wszystkim pozostał tam, gdzie przydzielono go jako początkującego rycerza Gwardii Królewskiej. Niewielka prycza z posłaniem wykonanym z miernej jakości materiałów, skrzynia z najcenniejszymi rzeczami, wspomniany wcześniej stół i twarde, niewygodne krzesło to jedyne wyposażenie, którym raczono najmłodszych. Sama komnata znajdowała się w takim ułożeniu, że zaledwie przez kilka godzin dziennie padały na jej mury promienie słoneczne, przez co niemalże bez przerwy panowały w niej chłód i wilgoć. Już pierwszego dnia po przeprowadzce do nowego miejsca Racław, tak samo jak inni jemu podobni rycerze, mierzył się z atakującymi chorobami. Długie miesiące nie mógł pozbyć się kataru, a podczas jednej z srogich zim niemalże stracił życie przez wyziębienie wciąż słabego organizmu. Po latach jednak potrafił docenić niezbyt sprzyjające zdrowiu warunki, które uczyniły z niego człowieka silnego. Jako drugi dowódca cieszył się niezwykłym szacunkiem, nazywany był nawet najlepszym obrońcą Gwardii Królewskiej od początku jej istnienia. Nie tylko jego szczególne zdolności w walce, ale również charakter pozwoliły mu zajść tak wysoko. Nieustępliwość i pokora – to jego zdaniem najważniejsze cechy osoby, która powinna zarządzać Lagarą.
Zamek znajdował się w środkowej części królestwa, jedynie pół dnia drogi od stolicy. Otaczały go gęste lasy pełne niebezpiecznej zwierzyny, która z trudem zaakceptowała obecność intruzów. Ten wyjątkowy teren nazywano nawet drugim murem Lagary, ponieważ przebicie się przez niego dla ludzi nieobeznanych w walce było praktycznie niemożliwe. Nieuważni mogli zostać zabici przez wściekłe wilki, zuchwałe jelenie albo potężne niedźwiedzie. Nawet rycerze Gwardii Królewskiej musieli uważać podczas podróży, gdyż nawet jeśli mieszkańcy lasu nie ryzykowali atakowaniem świetnie wyszkolonych poddanych króla, to z pewnością nie hamowali się w stosunku do ich koni. Niejeden wierzchowiec zakończył żywot przez nierozwagę swojego jeźdźca, który nie zastosował się do zasady „las opuścić jak najszybciej, nie zatrzymywać się”.
Samą twierdzę chronił kamienny mur zbudowany za panowania pierwszego króla z dynastii Wettonów. Od tamtej pory wzmacniano go i udoskonalano, mimo że do tej pory nikt nie przekroczył czystych granic państwa. W kilku strategicznych miejscach ustawiono specjalne wieżyczki, na których organizowano warty – w zasadzie bezużyteczne, bo tereny w pełni uniemożliwiały zlokalizowanie intruzów z takiej wysokości. O wiele bardziej przydatne okazały się jednostki stacjonujące w lesie, chociaż i te nierzadko zawodziły. Aby dostać się bowiem do Lagary i tym samym przekazać informacje, należało poczekać na otwarcie głównej bramy, co często zajmowało nazbyt wiele czasu. W obecnych czasach jednak nie przejmowano się tym, obronność twierdzy nie była konieczna, a jej celem głównym pozostało podkreślenie prestiżu Gwardii Królewskiej.
Po przekroczeniu murów na rycerzy czekał ogromny dziedziniec i chyba jedyne miejsce w zamku, w którym można było znaleźć jakikolwiek przejaw roślinności. Samotna wierzba zasadzona została kilkadziesiąt lat wcześniej, kiedy ówczesny pierwszy dowódca określił Lagarę jako miejsce smutne i bez życia. Oczywiście to jedno, skromne drzewo nie zmieniało charakteru twierdzy Gwardii Królewskiej, jednak z czasem zaczęto je traktować jak świętość, symbol rycerzy władcy. Posiadanie przy sobie listka z wierzby miało przynieść powodzenie podczas wykonywania rozkazów, a złota podobizna zawieszona na szyi dawała poczucie przynależności, sugerowała również pierwotną równość wszystkich poddanych. Nawet emerytowani rycerze nie rozstawali się ze swoimi łańcuszkami, nagrobki poległych zawsze zawierały nawiązanie do ukochanego drzewa. Z czasem nawet sam król do swoich licznych ozdób dodawał również emblemat gwardii.
Na dziedzińcu prawie zawsze panowało zamieszanie. Kolejne oddziały szykowały się do wyprawy w nowe tereny, początkujący zmierzali na kolejne zajęcia treningowe, profesorowie pouczali podopiecznych, część rycerzy najzwyczajniej napawała się promieniami słonecznymi, które w tym miejscu grzały najmocniej. Czasami pojawiali się sprzątacze, żeby pozbyć się bardziej widocznych śladów odchodów koni, jeśli piąty dowódca akurat miał taki kaprys. Nawet w środku nocy nader rzadko zdarzało się, aby na dziedzińcu nie przebywało chociaż kilka dusz. To tętniące życiem miejsce napawało optymizmem nawet bardziej opornych ludzi, dlatego właśnie komnaty w zamku z widokiem na dziedziniec ceniono najbardziej ze wszystkich.
Plac z samotnym drzewem otaczał kompleks różnych budynków, których dokładne przeznaczenie znał tylko piąty dowódca. Niektóre z pomieszczeń pozostawały zamknięte nawet dla najważniejszych rycerzy w gwardii, o innych zapomniano, określając je za całkowicie bezużyteczne. Lagara wydawała się całą siecią splątanych korytarzy i kryjówek prowadzących niejednokrotnie donikąd. Mało który mieszkaniec zajmował się poznawaniem uroków zamku, bowiem każdy z nich miał na głowie natłok spraw – bez względu na to, czy był kapitanem oddziału czy zwykłym podlotkiem dopiero rozpoczynającym swoją przygodę wśród gwardii. Każdy więc skupiał się jedynie na lokalizowaniu najważniejszych dla siebie miejsc takich jak sala treningowa, cela sypialna, jadalnia, łaźnie, komnata dowódcy czy przełożonego, Pokój Dziesięciu Obrad, lecznica, stajnia oraz inne, zależne już od konkretnego rycerza.
Drugim najbardziej hałaśliwym miejscem w Lagarze była jadalnia, a i trudno się dziwić, bo jeśli słońce nie wprawiło mężczyznę w dobry humor, to z pewnością uczyniła to uczta. Jako drugi dowódca Racław mógł doprawdy liczyć na dostarczenie przez służbę jadła do celi, nie ulegało też wątpliwości, że taki posiłek odpowiadałby mu o wiele bardziej niż to, co serwowali w jadalni. Jednak on zawsze cenił sobie towarzystwo podległych mu rycerzy, ponad to nie znosił smakować potraw w samotności. Prostackie żarty, polityczne dysputy, nowinki treningowe, rycerskie plotki – to wszystko darzył szczególnym sentymentem. Kiedy objął stanowisko siódmego dowódcy wszyscy spodziewali się, że tak samo jak pozostali równi mu rangą zacznie wymagać szczególnych mięs w zaciszu własnych komnat. Jednak on jakby na złość otaczającym go zwyczajom pojawił się w jadalni i usiadł dokładnie w tym sam miejscu, co przed nominacją królewską. Zdziwienie obecnych rycerzy było nie do opisania, ale Racław doskonale wiedział, że tą decyzją zyskał dodatkowy szacunek i sympatię, co w przyszłości pomogło mu wspiąć się na sam szczyt. Kiedy więc już jako drugi dowódca zasiadł wśród gwaru rycerskiego, nikt nie wydawał się zdumiony. Być może wymienili mu krzesło na wygodniejsze, zawsze stawiali najlepszej jakości zastawę, ale jadło wciąż pozostało dokładnie takie samo jak wszystkich. Z czasem do Racława dołączyli trzeci i czwarty dowódca, chociaż przebywanie w jadalni traktowali raczej jako możliwość zyskania uznania wśród rycerzy, a odpowiedni posiłek spożywali już we własnych komnatach.
Sama jadalnia nie wyglądała przytulnie, nie unosiły się w niej przyjemne zapachy. Jednak ogromne okna wpuszczały do pomieszczenia znaczącą ilość światła, niekiedy można było nawet dostrzec tańczące promienie słoneczne. Przez szyby zainteresowani obserwowali codzienne zamieszanie na dziedzińcu, niektórzy po prostu podziwiali krajobraz wokół zamku. Inni zatrzymywali się przy długich, drewnianych stołach, na których postawiono specjalnie przygotowane potrawy. Były to najczęściej specjały zawierające mięso, zupy, kaszę czy ciecierzycę z nieznanymi im ziołami. Niejednokrotnie pojawiały się również misy wypełnione czymś, dla czego nazwy jeszcze nie wymyślono i wcale nie należało do smacznych. Najczęściej takie specjały pozostawały nietknięte, tylko początkujący rycerze byli zmuszani do wciskania w siebie okropieństw pod każdą postacią. Miedziane lub gliniane naczynia takie jak talerze czy kubki znajdowały się na niskiej półce pod stołem, wybranym osobom dostarczano srebrną zastawę. Służba kuchenna ograniczała się do przyniesienia posiłku do jadalni, jak i do późniejszego sprzątnięcia bałaganu, który za każdym razem pozostawiali po sobie rycerze. Miejsca przeznaczone bezpośrednio do spożywania posiłku czyszczono raz dziennie, co okazywało się niewystarczające. Tak jak podczas śniadania zasiadano przy czystych stołach, tak późniejszymi porami ciężko było ustrzec się przed kawałkami pieczywa, rozlanymi sosami, a nawet rozbitymi częściami zastawy. Całe szczęście, że rycerzom nie wolno było spożywać alkoholu. Pod wpływem jego zgubnego działania, zapewne zamieniliby jadalnię w chlew.
Ten dzień pozornie nie różnił się od pozostałych. Racław przejrzał rozkazy królewskie, zestawienie misji rycerzy gwardii, uczestniczył w obradach dowódców, zamienił kilka słów z więcej znaczącymi personami, napisał dziewięć listów, pozwolił sobie na godzinny trening z początkującymi podlotkami i planował strategię zdobycia wschodnich ziem, co było jawnym kaprysem króla. Kaprysem, który mógł ich sporo kosztować, ale kim on był, żeby sprzeciwiać się rozkazom jego władcy? Dopiero wieczorem, jak to zwykle bywało, udał się na odpoczynek wraz z magiczką Żywią. Grali w szachy, szczerze polecaną rozrywkę dla bardziej ambitnych jednostek, a on jak zwykle miał problem z pokonaniem przyjaciółki. Nawet w momencie, w którym udało mu się w końcu zbić jej najważniejszą figurę i tak odnosił wrażenie, że ta wyjątkowa kobieta nie dała z siebie wszystkiego. Była nieprzeciętnie inteligentna, szczególnie uzdolniona w sprawach magii. Dlatego właśnie król wysłał ją do Lagary, aby korzystając z własnej wiedzy, przygotowała rycerzy na moment objęcia własnego ostrza. Żywia nigdy nie wydawała się zadowolona z faktu przynależności do kadry Gwardii Królewskiej, jednak nie pozwoliła sobie na narzekanie. Pod tym względem ona wraz z Racławem byli do siebie bardzo podobni. Jednak nie tylko to ich łączyło. W zamku krążyły plotki o rzekomym romansie i chociaż nie miały nic wspólnego z prawdą, to z pewnością nie wydawały się bezpodstawne. Któż bowiem wiedział, że za zamkniętymi drzwiami sypialni magiczki dowódca skupiał swoją uwagę na rozstawieniu figur na szachownicy?
Mieszkańcy Lagary permanentnie cierpieli na niedobór kobiecego ciała. Nawet po szokującej zmianie funkcjonowania Gwardii Królewskiej, dzięki której rycerzami mogły zostać również kobiety, niewiele się zmieniło. Wciąż bowiem niechętnie decydowano się na przyjęcie żeńskich okazów, uznając je za rozpraszające. Te kilkanaście zaakceptowanych w zamku dodatkowo ceniło sobie niezależność, nie miało również najmniejszego zamiaru zrównać się z pozycją prostytutki dla niedopieszczonych mężczyzn. Szanse na zaspokojenie własnych żądz pojawiały się dopiero podczas wypraw za mury Lagary, jednak nie zawsze zostawały one wykorzystane. Rycerze gwardii nie mogli rzucać się w oczy, niejednokrotnie podróżować zezwolono im jedynie nocą. Innym razem musieli gnać przez wsie i miasteczka, nie pozwalając sobie nawet na chwilę odpoczynku. Tylko raz w roku zezwalano im na załatwienie spraw rodzinnych w ramach zawieszenia służby, co trwało od dwóch tygodni do miesiąca. Dłuższe prywatne wyjazdy zdarzały się wyjątkowo i tylko za szczególnym pozwoleniem drugiego dowódcy. W praktyce ten wolny czas rycerze przeznaczali na odwiedzanie matek, a później zachlewanie się w burdelu. Mało który mógł pochwalić się żoną czy narzeczoną, bo też kandydatek brakowało. Kobiety oczekiwały wsparcia i ochrony, a rycerze gwardii nie mogli im nawet czasu poświęcić w ilości większej niż raz w roku. 
Dlatego właśnie dla rycerzy romans ich dowódcy oraz wyjątkowej magiczki wydawał się czymś naturalnym – jak przywilej dla osoby wyższej rangą. Nie mogli uwierzyć, że Racław marnuje czas z Żywią, grając z nią w szachy, zamiast usadowić się wygodnie między jej nogami i po prostu sprawić sobie odrobinę przyjemności. Tylko kilku starszych członków gwardii potrafiło pojąć zachowanie człowieka, który od wielu lat przebywał w twierdzy i najpewniej jego zdolność odczuwania znacząco zmalała. Niektórzy nawet przyglądali mu się badawczo podczas kolacji, chociaż nie dostrzegli na twarzy Racława nic szczególnego. Sam dowódca skupił się na wyborze jedzenia, a dzisiejszego dnia czekała na nich dziczyzna, jak zwykle kasza i dziwna mieszkanka rośli, której smak przypominał trawę zmieszaną z gilami z nosa. W końcu zasiadł w samym rogu sali, ciesząc się przestrzenią wokół niego. Rzadko bywało, żeby w jadalni brakowało miejsca. Wybudowana została ona w taki sposób, żeby mogła pomieścić wszystkich rycerzy, ale zazwyczaj ponad połowa z nich przebywała poza twierdzą. Ponad to posiłki pojawiały się w pomieszczeniu na dwie do trzech godzin, wobec czego poszczególne osoby wybierały różne pory, aby zaspokoić głód. Miejsce obok Racława zajął jak zwykle trzeci dowódca, przyjmując neutralny wyraz twarzy. Przywitał się, okazując należny szacunek, ale poza tym nie rozmawiali. Przynajmniej do czasu, aż do jadalni wkroczył pospiesznie jeden z wartowników.
Już od pierwszej chwili wzbudził zainteresowanie obecnych w sali. Spojrzenie mężczyzny omiotło pospiesznie całe pomieszczenie, a kiedy zlokalizował drugiego dowódcę, od razu ruszył w jego stronę. Jego krok był nerwowy, oczy mówiły, że przynosił poważne wieści.
– Co się stało? – zapytał siedzący przy stole trzeci. Rycerz przez krótką chwilę próbował złapać oddech, wkrótce potem chrząknął, ale nie zebrał się do odpowiedzi. – No mówże!
– Pierwszy dowódca, zaraz tu będzie – wysapał wartowik, a Racław machinalnie podniósł się z krzesła. Przez salę przepłynęła fala szeptów, niektórzy wyglądali z zaciekawieniem na drugiego, inni udawali nieporuszonych, chociaż ich wzrok niespokojnie błądził po zebranych.
– To naprawdę on? – zaciekawiła się młoda, na oko piętnastoletnia dziewczyna siedząca na samym końcu długiego stołu. Miała długie, ciemnobrązowe włosy splecione w grubego warkocza i piwne oczy otoczone gęstymi rzęsami. Wyjrzała przez okno, nie okazując przy tym należytej dyskrecji.
Na dziedzińcu pojawiła się grupa żołnierzy, przy czym jeden z nich wyróżniał się szczególnie. Być może z powodu pięknego wierzchowca, który wzbudzał zazdrość chyba każdego z rycerzy gwardii. Zachwycający, biały koń z długą grzywą przerzuconą na prawą stronę wbijał w otaczających go ludzi spojrzenie swoich jasnych, czujnych oczy. Mimo pokaźnej wielkości zachował odpowiednie proporcje ciała, nawet z tej odległości można było dostrzec wspaniale pracujące mięśnie, a uderzenia twardych kopyt o kamienną posadzę odbijały się echem po ścianach Lagary. Sam jeździec całe oblicze skrył pod szkarłatną peleryną, jednak nawet ona wyróżniała się w tym szarym, ponurym zamku. Wykonana musiała zostać z doskonałej jakości materiałów, chociaż z tej odległości dziewczyna nie miała szans przyjrzeć jej się z bliska. Mimo wszystko dałaby sobie uciąć rękę, że uszyto ją korzystając z najlepszych nici – najpewniej tych sprowadzanych z zachodnich pól.
Jeździec ściągnął wodze i zatrzymał się dokładne tam, gdzie zazwyczaj robiła to większość członków gwardii. Zeskoczył zgrabnie z konia, poklepał go po szyi i od razy przekazał wodze stajennemu, który wyglądał, jakby strzelił w niego piorun. Nie czekając, aż towarzyszący mu uzbrojeni mężczyźni wygramolą się z własnych siodeł, ruszył do wejścia zamku, zamiatając peleryną podłoże.
– Liliana – zawołał jeden z młodych chłopaków, a na jego twarzy pojawiły się rumieńce. – Przestańże się tak gapić, chodź tu!
Dziewczyna wróciła szybko na miejsce, ignorując karcące spojrzenie innych rycerzy. Uśmiechnęła się do siedzących obok chłopaków i skrzyżowała ręce na piersi. Chciała zobaczyć pierwszego dowódcę z bliska. Z daleka dostrzegła, że był o wiele wyższy niż Racław. Ciekawiło ją jednak, jaka twarz skrywała się pod peleryną. Słyszała, że ludzie ze stolicy są jak porcelanowe laleczki i nawet kiedy osiągali sędziwy wiek, prezentowali się o wiele lepiej niż większość mężczyzn z innych terenów. Nie miała pojęcia, jak stary musiał być najważniejszy przywódca gwardii króla i czy będzie jej dane dostrzec jego zmarszczki. Chciała się przekonać, czy ta twarz objawiała ślady zmęczenia, czy dłonie stały się szorstkie od walki mieczem. Być może jego broń służyła tylko jako ozdoba, a ręce pozostały delikatne jak u młodej szlachcianki.
Drugi i trzeci dowódca skierowali się w stronę wyjścia, poprawiając ubranie i rozmawiając półszeptem. Żaden z nich nie wyglądał na zadowolonego, ale też nie można było doszukać się tam szczególnego wzburzenia. Zanim jednak dotarli do końca sali, drzwi jadalni otworzyły się, a do środka wkroczył mężczyzna, skupiając na sobie spojrzenie wszystkich obecnych.
Jeśli Liliana miała jakiekolwiek wyobrażenie o pierwszym dowódcy, to z pewnością musiało być one znacząco różne od tego, co znalazło się w jej polu widzenia. Mężczyzna, który bezceremonialnie ruszył w kierunku Racława, nie mógł mieć więcej niż trzydzieści pięć lat. Jego kasztanowe włosy zaczesano do tyłu, chociaż kilka kosmyków wydostało się z tej klasycznej fryzury i figlarnie opadało na twarz. Oczy mimo stalowej barwy wydawały się ciepłe i błyszczące niczym u młodzieńca, który nie zaznał w życiu trudów. Jednak twarz nie prezentowała się tak idealnie, jak oczekiwano od człowieka jego pokroju. Chociaż nie można było na niej znaleźć śladów zarostu, to bystre oko nie pominęło drobnych zmarszczek wokół oczu i na czole, które najpewniej powodowało zmęczenie, przepracowanie i nieustająca bitwa z myślami. Pierwszy dowódca szedł wyprostowany i dumny, jak przystało na członka rodu królewskiego, jednak poruszał się znacznie szybciej niż większość wysoko urodzonych mężczyzn, którzy w każdym kroku chcieli zaprezentować własną pozycję. Jego chód wydawał się lekki, płynny, bezszelestny. Nie ulegało wątpliwości, że ubranie tego człowieka ma podkreślać jego zamożność i nie trzeba było należeć do znawców, żeby rozpoznać buty z najlepszej skóry, idealnie dopasowane spodnie i złote zdobienia na rękojeści miecza. Jednak mężczyzna nie nosił na sobie zbyt wielu ozdób, widoczna pozostawała tylko szmaragdowa wierzba zawieszona na cienkim łańcuszku, odznaczająca się na żelaznym napierśniku.
– Co za niespodzianka – powiedział Racław, zatrzymując się przed przybyszem. – Nie sądziłem, że zaszczycisz nas swoją obecnością, wasza wysokość. Zarządziłby przygotowanie uczty powitalnej.
– Nie ma takiej potrzeby – powiedział pierwszy dowódca, uśmiechając się i to był chyba jeden z najpiękniejszych uśmiechów, jakie Liliana widziała w całym swoim życiu: szeroki, ale bez zbędnej przesady, z pewnością szczery i jakby chłopięcy, niczym słońce zaszczycające niebo po ulewie. – Jestem tylko przejazdem i, korzystając z okazji, przekażę pewną informację. – Ostatnie słowa wypowiedział już poważniej, rezygnując z pogodnego wyrazu twarzy.
– W takim razie udajmy się do komnat – zaproponował trzeci dowódca, dostrzegając niezdrowe poruszenie wśród rycerzy, którego pierwszy zdawał się nie zauważać.
– Będziesz miał coś przeciwko, drugi dowódco, jeśli moi żołnierze posilą się w jadalni? – zapytał uprzejmie i chyba naprawdę oczekiwał zgody Racława, chociaż odpowiedź była z góry znana.
– Oczywiście, nie ma potrzeby, żebyś pytał o takie rzeczy, wasza wysokość – żachnął się Racław, poprawiając rękaw lnianej koszuli. – Chodźmy.
We trójkę ruszyli w kierunku wyjścia, odprowadzani spojrzeniem obecnych w jadalni. Pierwszy dowódca wydawał się rozluźniony w przeciwieństwie do dwóch pozostałych rycerzy, zwłaszcza trzeci sprawiał wrażenie zdenerwowanego i przytłoczonego obecnością przybysza.
– Nie wiedziałam, że on jest taki młody – powiedziała Liliana, nachylając się bezczelnie w stronę wyjścia, chcąc dostrzec jeszcze choćby cień mężczyzn.
– A jaki ma być następca tronu? – rzucił podirytowany chłopak, mieszający łyżką w swojej kaszy. – Nasz król nie ma nawet sześćdziesięciu lat, jego syn nie może mieć więcej niż czterdzieści.
– Mnie bardziej zastanawia, co on tutaj robi – odezwał się cicho kolejny młody rycerz, pochylając głowę, aby nie skupiać na sobie uwagi dalej siedzących. – Działalność pierwszego dowódcy ma miejsce zazwyczaj w zamku królewskim, on sam nie odwiedza Lagary, bo niby po co? Tutaj rządzi drugi, nawet nasz władca od wielu lat nie zawitał...
– Ale przecież pierwszy dowódca ma właśnie realizować wolę króla, prawda? – wtrąciła Liliana o wiele za głośno. Pod wpływem wściekłych spojrzeń kolegów ściszyła nieco głos i dodała: – A ten mieszka w stolicy.  
– Co nie zmienia faktu, że pierwszy wydaje rozkazy z daleka, nie zaszczycając obecnością Lagary. Teraz stało się inaczej… co ty robisz? – zdziwił się, dostrzegając, że Liliana poderwała się z krzesła i ruszyła w kierunku wyjścia. – Czekaj!
– Nie wrzeszcz tak, Bart, bo skupiasz na sobie uwagę – zaśmiała się dziewczyna i pobiegła przed siebie. Zdziwiony chłopak podążył jej krokiem, obawiając się najgorszego.
Liliana często miewała durne pomysły, przez co wielu młodych wpadało w kłopoty. Kiedyś wkradła się do osobistych komnat czwartego dowódcy i tylko cudem ich nie przyłapano. Dziewczyna zabrała jego spinkę, jako trofeum i opuściła pomieszczenie z wysoko uniesioną głową. Tym razem na jej twarzy widniał ten sam wyraz rozbawienia, jakby właśnie wpadła na iście genialny plan, który mógł się skończyć zakuciem ich w dyby na dziedzińcu.
Dziewczyna ominęła zgrabnie grupę rycerzy rozmawiających na placu i skierowała się do czwartego wejścia, prowadzącego do Pokoju Dziesięciu Obrad, gdzie, była pewna, Racław i Domagoj  zaprowadzili następcę tronu. Starała się przy tym pozostać niewidoczna, co było o tyle trudne, że dziewczyny zawsze zwracały na siebie uwagę w tak przepełnionym mężczyznami miejscu. Liliana miała szczęście, że była drobna i zazwyczaj rycerzom sięgała najwyżej do ramion. Niewielu zawracało sobie głowę szukaniem czegoś, co znajdowało się poniżej ich brody. Niski wzrost nakazywał myśleć, że dana osoba jest wciąż młodzikiem, a ci traktowani byli przez starszych rycerzy jak powietrze.
Skręciła w prawo na długim korytarzu, czując niepokój, który ekscytował jeszcze bardziej. Zbiegła po schodach do piwnic, gdzie w ciemności szukała ciężkich drzwi, prowadzących do spiżarni. Na całe szczęście po wydanym posiłku nie kręcił się tutaj żaden z kucharzy i dziewczyna nie musiała zważać na niczyją obecność. Zatrzymała się w połowie drogi, czekając na doganiającego ją Barta. Chłopak dyszał ze zmęczenia, chociaż równie dobrze jego stan mógł wynikać ze stresu podszytego podnieceniem. Liliana złapała go za rękę, później pociągnęła za sobą, zatrzymując się dopiero pod ciężkimi, blaszanymi drzwiami.
– Otwórz je – rozkazała, wskazując palcem na kolegę. Ten jakby wahał się przez chwilę, ale pod wpływem jej rozbawionego spojrzenia sięgnął rękami do żelaznej kłódki. Na początku kompletnie nie wiedział, co miałby z nią zrobić, dopiero kiedy Liliana wręczyła mu spinkę do włosów, zaczął grzebać w zamku. W końcu kłódka odpuściła, a dwójka młodych znalazła się w chłodnym pomieszczeniu pełnym jedzenia dla rycerzy. Dziewczyna rzuciła w kierunku jednej z szaf, bez zastanowienia sięgnęła po jabłko z worka i wgryzła się w nie, rzucając drugą sztukę Bartowi. Ten, nieprzekonany, odłożył owoc, kiedy Liliana wyciągała rzeczy z dolnej półki, aby następnie pozbyć się deski, otwierającej przejście, którego chłopak jeszcze nigdy nie widział. Liliana nie czekała na niego, zamiast tego sama wskoczyła do ciemnego tunelu i na czworaka parła przed siebie. W tym momencie wycofanie się nie miało sensu, więc Bart ruszył za nią, a po chwili zdał sobie sprawę, że tuż nad jego głową ktoś uderzał ciężkimi butami o podłogę. Mimowolnie zadrżał ze strachu, a kiedy przez szczelinę w deskach dostrzegł niewyraźny profil drugiego dowódcy, na skórze jego rąk pojawiła się gęsia skórka. Liliana, kompletnie nieporuszona, położyła się na wznak na ziemi. Wpatrywała się w górę, jakby nie pierwszy raz znalazła się w takim miejscu i wcale nie uznawała je za specjalne.
– … warte ceny, którą będziemy musieli zapłacić – usłyszał głos trzeciego dowódcy. – Wysyłając tam młodych ryzykujemy więcej niż te kilka żyć. Początkujący nie mają wyczucia, mogą łatwo wpaść w zasadzkę, a wtedy Czyści uznają to za jawny atak na ich niezależność, mogą nawet zniszczyć źródło.
– Jednak właściwi rycerze zostaną rozpoznani przy pierwszym kroku w lesie Czystych – wtrącił pierwszy dowódca. – Muszą tam wejść osoby, które tamci akceptują, a zaliczają się do nich tylko rycerze o nieszczególnie rozwiniętym instynkcie.  
– Niedługo powinna wrócić grupa zwiadowcza, wtedy będziemy mieli więcej informacji – powiedział Racław, w jego głosie można było dostrzec zmęczenie.
– One już nie są potrzebne na tym etapie. Król chce wiedzieć, czy źródło czystych autentycznie przysłuży mu się w zamku, dopiero wtedy podejmie stosowne kroki. Przygotuj odpowiednią grupę, wyślij ich za twa tygodnie. Jakkolwiek by to nie brzmiało, to nie jest prośba. – Następca tronu mówił spokojnie, ale jakaś nuta w jego głosie wydawała się ostra, przenikliwa.
– Dołączy do nich dwóch rycerzy właściwych, żeby reagować w odpowiednim momencie – dodał Racław. – Jednak to wciąż może być za mało, Dymitrze.
– Poślij z nimi Kasjana – powiedział pierwszy dowódca, a w sali zapadła cisza.
Bart poruszył się niespokojnie. Nawet Liliana podniosła głowę z zaciekawieniem, chociaż wspomniany człowiek nic jej nie mówił.
– Jest dopiero w podróży do zamku – powiedział bardzo powoli trzeci dowódca, Domagoj. – Powinien wrócić dopiero za dwa, trzy tygodnie.
– To chyba dobrze – rzucił niedbale następca tronu. – W sam raz na przygotowanie planu działania. Twoi zwiadowcy, drugi dowódco, może zdążą przekazać upragnione informacje.
- Kasjan po tym zadaniu miał udać się… - zaczął Racław, ale pierwszy przerwał mu z wyraźnym zniecierpliwieniem:
– Przełoży to.
W sali znowu zapadła cisza, ale tym razem o wiele dłuższa niż poprzednia. Dwaj mężczyźni wydawali się zatopieni we własnych myślach, tylko Domagoj przenosił swoje spojrzenie z Racława na następcę tronu, oczekując reakcji. W końcu drugi dowódca przemówił, chociaż nie sprawiał wrażenie zadowolonego:
– Skoro tego sobie życzy król, nie mamy innego wyjścia. Czy nie tak, Dymitrze?
Młodszy mężczyzna uśmiechnął się, być może nawet przepraszająco, ale w tej pozycji Bart nie mógł określić.
– Czas ruszać – powiedział już w zupełnie innym tonie, niemalże młodzieńczym. Przeczesał ręką włosy, marszcząc przy tym brwi. – Czeka na mnie pewien bardzo nieposłuszny magnat. - Dwaj dowódcy kiwnęli głowami z uznaniem, jakby doskonale wiedzieli, jakie plany miał następca tronu. – Ach, jeszcze coś – rzucił po chwili, ponownie przyjmując poważny wyraz twarzy. – Chciałbym, żeby przygotowana przez was grupa obejmowała Gaję.
Na tym skończyli dyskusje, pozostawiając dwójkę młodych ludzi w niezbyt przyjemnym uczuciu rozczarowania. Niezbyt wiele zrozumieli z podsłuchanej wymiany zdań, ale i tak nietrudno było im dostrzec napięcie, które ewidentnie utrzymywało się między pierwszym i drugim dowódcą. Czego jednak dokładnie dotyczyło i czy miało to jakikolwiek wpływ na ich życie… nie wiedzieli. Niejednokrotnie spory natury politycznej jedynie w niewielkim stopniu oddziaływały na rycerzy, chociaż czasami kaprysy króla mogły skończyć się dla ich nie tylko utrudnienie funkcjonowania, ale nawet niewolą czy śmiercią.
Kim była Gaja i w jakim celu następca tronu żądał jej włączenia do wyprawy? Bart nie przypominał sobie, żeby spotkał tę dziewczyną choćby raz, a przecież nietrudno było dostrzec rycerzy płci żeńskiej. Doprawdy nie znał wszystkich kobiet w Lagarze, przy takim trybie życia, jaki prowadził, nie miał nawet szans na nawiązanie bliższych relacji z osobami, które akurat nie miały z nim ćwiczeń. Zerknął kątem oka na Lilianę, ale ta wydawała się nieporuszona, jakby ich dowódcy rozmawiali o pogodzie i strasznie ją tym znudzili. Przez dłuższą chwilę leżeli w ciemności, podnosząc się dopiero w momencie, w którym bolące  plecy zmusiły ich do zmiany pozycji.

sobota, 16 stycznia 2016

Prolog


Chyba na samym początku należy się przywitać, więc... Dzień dobry : ) 

Chciałam się podzielić historią, którą w przypływie entuzjazmu postanowiłam pisać, a że jestem bardzo nieśmiała, to... wiadomo. 

Bóg zapłać każdemu, kto błądząc po zakamarkach Internetu zajrzy w te obszary, a gwiazdę z nieba temu, który przeczyta więcej niż trzy linijki. Jak ktoś wpadnie na super pomysł przesłania mi swojej myśli, może mieć satysfakcję, że kogoś uszczęśliwił (kogoś, czyli mnie). 

Należy się kilka słów wyjaśnienia dotyczących fabuły, ale prawdę powiedziawszy wyszłam z nawyku publikowania swoich tworów w Otchłani Internetu, więc nie wiem, gdzież miałabym to uczynić. Zainteresowani mogą się wczytać w "kilka słów od autora", a zbulwersowani rzucać we mnie pomidorami. 


Tak czy inaczej 

Miłego czytania! 

***

Niewiele pamiętam ze swojego dzieciństwa… o ile w ogóle mogę tak nazwać ten etap życia. Każdy dzień wyglądał identycznie, nie towarzyszyły mu żadne emocje. Poza wszechogarniającą pustką nie czułam nic, jakby ktoś wypatroszył moje wnętrzności i pozostawił tylko skorupę. Z drugiej strony wspomnienia z tego okresu są tak zamazane, że czasami zastanawiam się, czy nie opisuję czegoś, co nigdy nie miało miejsca.
Przebywałam w zawsze jasnym pomieszczeniu, ale co dokładnie się tam znajdowało… nie mogę sobie przypomnieć. Z pewnością leżałam na czymś przypominającym łóżko i całymi dniami wpatrywałam się w biały sufit. Z każdej strony otaczała mnie perfekcja, nie dałam rady doszukać się niczego, na czym mogłabym zawiesić oko. Co jakiś czas, co kilka godzin albo i co kilka dni, przychodzili ludzie. Wszyscy wyglądali identycznie: byli ode mnie więksi, odziani w białe szaty, z zakrytymi twarzami. Czasami tylko wydawali z siebie dźwięki, których w większości nie rozumiałam. Innym razem odpinali pasy, które otaczały nadgarstki i kazali wstawać, chodzić po pomieszczeniu, skakać i mówić. Zdarzały się jednak chwile, w których czułam okropny ból i cały dzień krzyczałam. Nie liczyłam na to, czy ktoś mnie usłyszy, nie wiązałam ze swoim rozpaczliwym wołaniem żadnych nadziei. Nie czułam się również od tego lepiej, po prostu mój organizm zmuszał do wrzasku, więc to robiłam.
Tylko tyle. Nic więcej nie mogę sobie przypomnieć. Jednak z jakiegoś powodu na samą myśl o tamtym miejscu czuję strach i to tak ogromny, że nie jestem w stanie się ruszyć. Być tam to jakby nie istnieć w ogóle. To jak żyć i być martwym jednocześnie. Cierpieć i nie być zdolnym do cierpienia. Być tam to nic. Prawdziwe, wszechogarniające nic.
Pierwsze wspomnienie, które mogłabym przywołać, dotyczyło dnia, w którym wszystko się zmieniło. Towarzyszył temu niepokój, strach… ale zupełnie inny niż ten, który przejmuje nade mną kontrolę dziś. Kiedy każdy twój dzień wygląda tak samo, kiedy nie stawiasz sobie żadnych pytań, kiedy nie formułujesz w  głowie żadnych myśli ani obrazów, kiedy nie wiesz nawet, że żyjesz – wszelkie zmiany to niebezpieczeństwo. Nie rozumiesz, czego się boisz, nie umiesz nawet tego nazwać, ale wiesz, że to nie jest przyjemne.
W jasnym pomieszczeniu pojawiła się osoba i była to pierwsza twarz, którą zobaczyłam w całym swoim kilkuletnim życiu. Trudno powiedzieć, czy była ładna, czy brzydka, czy czymś się wyróżniała. W tamtym momencie nie miałam żadnego porównania. Wpatrywałam się więc w nią, bo wydawała mi się nierealna, jakby nie z tego świata. Okazało się bowiem, że pod szatami, które nosili otaczający osobnicy, coś się kryło i było całkiem podobne do mnie. Nie miałam jednak czasu, żeby przywyknąć do zmiany w krajobrazie, bo obca zaczęła szarpać się z pasami przy łóżku, zupełnie, jakby chciała je rozerwać na kawałki. Po chwili chwyciła mnie za nadgarstki i podniosła z łóżka jak szmacianą lalkę. Jednak tylko przez chwilę trzymała mnie na rękach, zaraz potem postawiła na ziemi i pociągnęła za sobą. Nie wydała żadnego polecenia, nie zapisywała niczego na pergaminie. Po prostu wywlekła z jasnego pomieszczenia, nie zwracając uwagi na to, że małej dziewczynce plączą się nogi i nie jest w stanie dotrzymać jej kroku.
Pierwszy raz w życiu zobaczyłam miejsca o takim kształcie  – były długie i strasznie ciemne w porównaniu do pokoju, w którym przebywałam do tej pory. Czułam, jak nogi drżą mi ze strachu, kiedy przemierzałyśmy kolejne korytarze: jeszcze dziwniejsze, jeszcze straszniejsze, zupełnie inne od poprzednich. W pewnym momencie dołączył do nas trzeci osobnik, ale kiedy i w jakich okolicznościach – nie mam pojęcia. Wiem za to, że zwrócił moją uwagę, bo wydawał się jeszcze bardziej podobny do mnie niż osoba trzymająca moją rękę: tak samo mały, identycznie ubrany.
Przemierzaliśmy kolejne miejsca, tylko że tym razem spotykaliśmy na swojej drodze osobników w maskach. Nie byłam w stanie rozpoznać ich ruchów ani celów, przez chwilę byłam pewna, że odprowadzą mnie z powrotem do jasnego pomieszczenia. Tylko że chwilę później coś czarnego dotykało ich szat, a z ciał zaczęła wyciekać gęsta, czerwona ciecz. Po drodze zabraliśmy ze sobą jeszcze jednego małego człowieka. Zwróciłam uwagę na ubranie, bo w przeciwieństwie do mojego wydzielało bardzo nieprzyjemny zapach i było mokre w jednym miejscu.
Na tym wspomnienia się urywają. Nie jestem w stanie określić, jak długo jeszcze przemierzaliśmy ciemne korytarze, czy ktoś nas po drodze atakował, a jeśli tak, to jak udało nam się uciec. W tamtym momencie nie wiedziałam, że zapamiętanie tego było ważne, nie miałam pojęcia, że cokolwiek może mieć znaczenie. Chaos doznań… to jedyne, co mi pozostało. Do tej pory potrafię przywołać wstrząs związany ze zmianą otoczenia, ale nie wiem, czy pierwszy powiew wiatru, który dotknął skóry, był przyjemny. Czy widok nieba zaciekawił czy przeraził, czy miękka ziemia pod stopami zwróciła uwagę bardziej niż fruwające w powietrzu liście. To było coś, czego nie mogę zapomnieć i jednocześnie nie potrafię zapamiętać, jakkolwiek by to bezsensownie nie brzmiało. Chociaż teraz znam mnóstwo słów, wciąż nie znalazłam odpowiednich na określenie tego, co się wtedy wydarzyło.
Świadomość w bardzo ograniczonym zakresie odzyskałam dopiero w ciemnej, wilgotnej i chłodnej grocie, pełnej stworzeń nieokreślonego gatunku. Przynajmniej tak nazywam to dziś, bo wtedy jedyne określenie, jakie miałam w swojej głowie, ograniczało się do „nieprzyjemne”. Nie miałam pojęcia, dlaczego zatrzymaliśmy się właśnie tam, ale być może po prostu nie mieliśmy wyboru. Wszyscy byliśmy przyciśnięci do siebie i to uczucie zdecydowanie wybiło się ponad wszelkie inne. Ciepło ciała drugiej osoby jest wyjątkowe, ale wtedy stanowiło coś tak niesamowitego, że do tej pory nie mogę wyrazić jego piękna.
Przez jakiś czas wędrowaliśmy od jednej jaskini do drugiej, ale czy było to kilka dni czy kilka tygodni, nie pamiętam. Wszelkie wspomnienia związane z tym czasem wydają się wyraźniejsze niż poprzednie, ale wciąż nie do końca jasne. Z pewnością mogę nazwać to okresem pierwszego razu, bo poznawałam wszystko, co dla innych ludzi było naturalne. Dowiedziałam się, że istnieje coś takiego jak głód i że wcale nie należy to do przyjemnych odczuć. Musiałam nauczyć się jeść i smak poszczególnych rzeczy był niezwykle barwny – od wyjątkowo miłych po okropne, powodujące wymioty. Jednak spożywanie pokarmu pociągnęło za sobą lawinę innych koniecznych czynności, które niejednokrotnie wywołały przerażenie. We wszystkim pomagała mi tajemnicza osoba, która wyciągnęła mnie z jasnego pomieszczenia i była przy tym dokładnie taka sama jak ludzie w maskach – sucha, wydająca krótkie komendy, niecierpliwa. Kiedy obudziłam się z mokrą plamą między nogami, szorowała mnie w rzece, rzucając w moim kierunku zdania, których w większości nie rozumiałam. Jednak jako mała dziewczynka powtarzałam prawie wszystko, nie mając w tym żadnego celu. W końcu ona nie wytrzymała i zaczęła się śmiać, a ja zrobiłam dokładnie to samo i było to bardzo przyjemne. Do tej pory nie wiedziałam, że można robić coś takiego. Oczywiście, potrafiłam mówić. Znałam dosyć dużo słów, potrafiłam rozpoznać ich znaczenie. Tylko ona używała ich w tak niesamowity sposób, w tak dziwnym ułożeniu, że kompletnie nie docierała do mnie istota jej komunikatu. Może byłam też trochę otępiała po wielu latach spędzonych w samotności. W każdym razie polubiłam słowa i bardzo szybko zaczęłam korzystać z bardziej rozbudowanych zdań w przeciwieństwie do moich rówieśników. To byli chłopcy, wtedy jeszcze o tym nie wiedziałam, chociaż od razu dotarły do mnie znaczące różnice między nami. Jeden z nich miał włosy w kolorze kory drzew, a oczy czyste jak woda. Mówił mało i bardzo powoli, ale jego głos był ciepły, przyjemny. Często do niego podbiegałam i rzucałam w jego kierunku mnóstwo zdań tylko po to, żeby zmusić go do odpowiedzi i znowu usłyszeć znajmy, ekscytujący dźwięk. Ten drugi nie odzywał się wcale. Nie mogłam jednak nie zwracać na niego uwagi, bo cały czas wbijał we mnie spojrzenie, jakby chciał mnie nim przewiercić na wylot. Nie byłam pod tym względem szczególna, każdy otaczający go przedmiot musiał zmierzyć się z jego oczami. Jednak poza tym szalonym polem widzenia nie mieliśmy ze sobą styczności, nawet podczas snu odsuwał się, jakby dotyk mojej dłoni go patrzył.
Dni były tak inne od siebie, że mój organizm ledwo to wytrzymał. Cały czas coś mnie bolało, uwierało, drażniło, swędziało, denerwowało. Niewiele z uczuć potrafiłam nazwać, określenie „nieprzyjemne” stawało się niewystarczające. Czasami było mi zimno, często doskwierał mi głód, innym razem ściskało w żołądku i jelitach, nie raz nie miałam siły się ruszać. Mimo to nawet w tym natłoku niemiłych doznań, podobał mi się świat, w którym zaczęłam egzystować. Zaczęłam doceniać smak wody po dłuższym marszu, promienie słoneczne po chłodnej nocy. Ponad wszystko pokochałam ciepło drugiego ciała i chociażby dlatego nie chciałam nigdy wracać do jasnego pomieszczenia. Miałam chyba obsesję na puncie dotykania wszystkiego, a im trudniej było to coś zdobyć, tym większą czułam potrzebę, sięgnąć. Dlatego atakowanie towarzyszących mi chłopców stało się równie naturalne jak wilgotna ziemia o poranku.
Czasami podczas naszych podróży natrafialiśmy na innych ludzi, najczęściej obserwowaliśmy ich z daleka, ukryci w krzakach, na drzewach czy w strumykach. Niektórzy wyglądali całkiem zwyczajnie, inni wywoływali w naszym opiekunie strach, wiec baliśmy się razem z nim. Nauczyłam się widzieć pewne różnice między tymi, którzy przerażali a pozostałymi przechodnimi. Tych pierwszych wyróżniał specyficzny strój, który wyglądał, jakby nic nie mogło się przez niego przebić. U pasa nosili miecze, ale dopiero jakiś czas później dowiedziałam się o istnieniu tej nazwy. Mogłam jednak z łatwością zrozumieć, że ich broń była niezwykle ostra i pozwalała bez problemu przeciąć rzeczy, nad którymi my męczyliśmy się czasami i kilka godzin. Najgorsi jednak okazali się ci, którzy ciągnęli za sobą konia, ich spojrzenie świdrowało okolicę i naprawdę ciężko było wtedy pozostać niewidocznym. Chyba mieliśmy mnóstwo szczęścia, skoro żaden z nich nas nie złapał.
Nie minęło szczególnie dużo czasu, kiedy musiałam pogodzić się z kolejną zmianą, tym razem bezsprzecznie nieprzyjemną. Przez cały dzień czułam gęstą atmosferę, która otaczała naszą czwórkę, tylko nie rozumiałam, z czego ona wynikała. Człowiek, który bez przerwy się nami opiekował i starał się na wszelkie sposoby przygotować nas chociaż w minimalnym stopniu do życia, był zdenerwowany. Chłopiec o wodnistych oczach prawie cały czas wydawał się mokry i okropnie się trząsł. Pewnej nocy zostałam zmuszona, żeby spać po drugiej strony jaskini razem z tym, który nie znosił mojego dotyku. Próbowałam wtulić się w niego, ale on niemalże automatycznie mnie odepchnął. Tamtej nocy było mi zimno. Nie mogłam też spać.
Z samego rana znowu zostałam wywleczona, tylko że tym razem nie przerażał mnie widok, który czekał w kolejnym miejscu. Bardziej wstrząsające wydawało się zachowanie osoby, która wciągnęła mnie do źródła niedaleko groty i zaczęła szorować. Potem kazała siedzieć na słońcu, podczas gdy ona moczyła w wodzie ubrania. Źle się czułam tak całkowicie rozebrana w towarzystwie chłopca, ale on nie miał z tym problemu. Leżał na ziemi oparty na łokciach i wpatrywał się w niebo. Kiedy później zakładano na nas ubrania, poznałam chyba, co to ulga.
Dalej podróżowaliśmy tylko we trójkę, czułam się bardzo źle. Cały czas pytałam o chłopca z oczami w kolorze wody, brakowało mi jego głosu. Nie zdawałam sobie sprawy, co się z nim stało. Jednak szybko o nim zapomniałam. Zabrzmi to okrutnie, ale nie czułam się do niego przywiązana. Nawet nie wiedziałam, że coś takiego istnieje. Tylko że nasze kłopoty nie zniknęły, już wkrótce zobaczyłam, że opiekująca się nami osoba też jest cały czas mokra. Nie minęło nawet kilka nocy, kiedy dała nam zawinięte w koce jedzenie wraz z kilkoma innymi rzeczami i kazała odejść. Mówiła dużo, ale ja niczego nie zapamiętałam. Cały czas myślałam tylko o swoim strachu, który zapanował nad moim organizmem. Jednak poszłam i nawet się nie odwróciłam. Nie wiedziałam, że ona umrze. Chociaż gdybym zdawała sobie z tego sprawę, pewnie i tak nic bym z tym nie zrobiła. Nie rozumiałam nawet, czym jest śmierć. Chwyciłam towarzyszącego mi chłopca za rękę i chyba pierwszy raz nie zostałam odepchnięta. Oczywiście jego ciało i tak zesztywniało, a on sam nie wykonał żadnego gestu, który miałby mi pokazać jakąkolwiek formę uczucia, ale dotyk jego dłoni był wystarczający.



W zasadzie dalej jest wystarczający... 



© Halucynowaa | WS | X X X