środa, 3 lutego 2016

Rozdział I cz. 2/2

Przedstawiam (wreszcie) drugą część pierwszego rozdziału. Rozważałam podzielenie tego na dwie części, ale prawdę powiedziawszy nie mam pojęcia, jak wam pasuje. Możecie dać mi znać, a ja się dostosuję. Naprawdę. 

Zmieniłam też szablon, który wydaje mi się w miarę estetyczny, ale muszę jeszcze popracować nad polem testowym. Osobiście polecam maksymalne przybliżenie, bo ja się czuję wygodnie dopiero wtedy, kiedy to czarne tło zajmuje mi prawie cały ekran. Chociaż może po prostu jestem ślepa. Sprawdzę potem jeszcze interlinię, styl czcionki i kolor,więc jak coś wam wybitnie utrudnia życie, to możecie dać znać.  Przepraszam z góry za wszelkie błędy, starałam się poprawić to, co dostrzegłam,

***

Nie rozmawiali ze sobą przez całą drogę do spiżarni, a nawet po jej opuszczeniu ograniczyli się do kilku, niezbyt pasjonujących zdań. Nie mieli zresztą czasu roztrząsać podsłuchanej rozmowy, bo każdy z nich musiał udać się na własne ćwiczenia.
Jako początkujący rycerze tuż po skończeniu szkolenia szczególną uwagę poświęcali treningowi fizycznemu. Dlatego Liliana pobiegła do sali po przeciwnej stronie zamku, gdzie czekała na nią grupa innych żołnierzy w podobnym wieku. Niektórzy z nich kiwnęli głowami na przywitanie, inni potraktowali z chłodną obojętnością. Dziewczyna nie zwróciła na to szczególnej uwagi, zamiast tego sięgnęła po krótki miecz i zaatakowała jednego z chłopaków. Chciała jak najszybciej pozbyć się wrażeń po podsłuchanej rozmowie dowódców. Jednak z jakiegoś powodu te utkwiły w jej umyśle i nie chciały go opuścić pod żadnym pozorem. Chłopak obronił się z  trudem, nie spodziewając się tak bezpośredniego posunięcia. Potem poszło mu już o wiele lepiej. Kopnął ją w żebra, przez co z trudem łapała oddech. Wykręcił ręce, zaatakował ostrzem, celując prosto w jej głowę. Cudem udało jej się uciec, chociaż przez własną nierozwagę uderzyła głową o posadzkę. Sparowała kolejny cios mieczem, ale nie posiadała w sobie dość siły, żeby utrzymać broń. Odskoczyła do tyłu, ale chłopak już był za nią i ponownie unosił swoje ostrze. W tym wypadku obróciła się na pięcie, zmieniła ustawienie rękojeści w drobnej dłoni i pchnęła prosto w brzuch przeciwnika. Jak się spodziewała, udało mu się obronić. Walczyli dobre pół godziny, nim padli wyczerpani na ziemię. Liliana leżała na plecach, oddychając ciężko, a w głowie wciąż słyszała głosy mężczyzn w Sali Dziesięciu Obrad. To nie pierwszy raz, kiedy ośmieliła się podsłuchać wymianę zdań starszych rycerzy, jednak zawsze uznawała to za świetną zabawę. Tym razem dręczył ją niepokój. W gruncie rzeczy jednak wiedziała, że sprawa najprawdopodobniej nie miała z nią nic wspólnego i za jakiś czas wyparuje z jej wspomnień.
Nie myliła się. Dni w Lagarze nie różniły się od siebie, a wizyta pierwszego dowódcy była chyba najbardziej pasjonującym wydarzeniem ostatnich miesięcy. Życie w zamku sprowadzało się do rekonwalescencji i przygotowaniu do kolejnych wypraw. Ponieważ Liliana należała do początkujących, jej plan dnia wypełniały dodatkowe treningi, które miały przygotować do trudniejszych i bardziej wymagających zadań. Szkolenie w Lagarze trwało wiele lat, składało się z kilka etapów, a ona przeszła dopiero przez drugi. Umożliwiało to otrzymywanie misji, ale ograniczało je do prostych wypraw wokół zamku. Tak przynajmniej mówili starsi koledzy, bo jak do tej pory Liliana nie dostała żadnego rozkazu. Chociaż trudno tutaj się dziwić, skoro dopiero kilka dni wcześniej uzyskała swój wymarzony awans. Do tej pory plan dnia dziewczyny nie przewidywał odpoczynku, teraz miała go aż nadto i nie mogła się przyzwyczaić. Być może dlatego zajęła się przeczesywaniem zamku w poszukiwaniu mniej znanych miejsc… chociaż z drugiej strony, przecież robiła to od samego początku.
Liliana była doskonale wyszkolonym rycerzem, chociaż wciąż nie dorastała do pięt większości osobom w jej wieku. Uważała jednak, że ma w sobie coś, czego nie posiadali inni. Była sprytna i bardzo szybka, potrafiła nieźle kłamać. Czasami jednak okazywała się zbyt zakręcona, zapominała o ostrożności, polecenia umykały w natłoku myśli, sama chodziła z głową w chmurach. Ciężko radziła sobie z rozpoznaniem znaczenia pewnych obrazów, nawet jeśli obserwacja wychodziła całkiem nieźle. Nie potrafiła chociażby poprawnie zinterpretować spotkania, które podsłuchała, co wprawiało ją w irytację. Być może gdyby zdawała sobie sprawę, o jak ważnych kwestiach rozprawia się w Pokoju Dziesięciu Obrad, wiedziałaby również, że nie powinna tego robić. Jednak wypowiedzi dowódców były jej zdaniem niejasne i to naprawdę nie pierwszy raz, kiedy rozumiała wszystkie słowa, a nie docierały do niej intencje. Nie miała pojęcia, kim jest Gaja, chociaż z drugiej strony nie znała nawet imion wszystkich dowódców. O tym drugim człowieku już w ogóle nie słyszała, zapomniała zresztą, jak się nazywał. O jakie zadanie im chodziło, w ogóle nie miała pomysłu. Nie spodziewała się z resztą, żeby miała się wkrótce dowiedzieć.
Miała rację.
Dni mijały, a wspomnienie o pierwszym dowódcy w zamku przestało już wzbudzać emocje. Powstały liczne teorie na temat jego wizyty, ale większość z nich była wręcz absurdalna, jak chociażby rzekomo wydany rozkaz zlikwidowania Lagary. W międzyczasie Liliana otrzymała swoje pierwsze zadania i dotyczyło ono straży zewnętrznej części lasu wokół zamku. Towarzyszyło jej dwóch innych rycerzy, przy czym jeden był starszy od niej o co najmniej dziesięć lat, a drugi wydawał się cofnięty w rozwoju. Dlatego kilka nocy spędziła, nie mogąc liczyć na ciekawe towarzystwo. Kolejne dwie wyprawny nie różniły się znacząco od poprzednich, zmieniały się tylko osoby, w kręgu których musiała przebywać. Jeden chłopak zapewne jeszcze młodszy od niej za wszelką cenę chciał zwrócić jej uwagę, przez co spadł z urwiska i połamał sobie nogi. Niewiele brakowało, a skończyłby z roztrzaskaną głową. Inny rycerz traktował jak księżniczkę, której trzeba bronić, a nie jak partnera. Dlatego niemalże bez przerwy musiała siedzieć na przygotowanym przez niego posłaniu. Nie wyglądało to szczególnie bogato, ale i tak nie mogła wyjść z podziwu, jakim cudem udało mu się skonstruować takie łoże. Kolejny prychał na nią pogardliwie i co rusz nakazywał przynosić ciężkie wiadra z wodą. Jednak to i tak było nic w porównaniu do Chabra, którego poznała podczas trzeciego zadania. Człowiek ten po prostu o niej zapomniał i zostawił w środku lasu całkiem samą. Okropnie wtedy zmarzła, musiała walczyć ze wściekłą watahą wilków, przez co później wylądowała w lecznicy, a ósmy dowódca spojrzał na nią z dezaprobatą. Nie pisnęła jednak ani słówka o tym, że została zignorowana przez drugiego rycerza. Wątpiła zresztą, żeby to poprawiło sytuację, w której się znalazła.
Jej rany nie były poważne, ale wymagały krótkiej obserwacji medyków. Przede wszystkim musieli sprawdzić, czy atakujące wilki nie dotknęła choroba. Wcisnęli jej kilka wywarów, których odór wypełniłby pewnie cały zamek, gdyby ktoś wcześniej szczelnie nie zamknął drzwi. Po wszystkim położyli dziewczynę w izolatce, gdzie  przez pół dnia wpatrywała się w sufit, dokładnie analizując poczynania czarnego pająka. Skubaniec postanowił dokładnie w tym miejscu utkać sieć. Wokół niej nie działo się nic zwracającego uwagę… do czasu.
– Chwila! – usłyszała krzyk medyczki i czyjeś ciężkie kroki. Jednak nie mogła zobaczyć, co się dzieje zaledwie kilka metrów dalej, bo łóżko osłaniał parawan. – Tutaj nie można wchodzić!
Wtedy tuż przed nią stanął doskonale znany jej chłopak.
– Lila! – zawołał, jak tylko ją zobaczył. Był cały brudny, mokre włosy przysłoniły połowę twarzy, ale i tak nie dało się nie dostrzec wąskiej rany na policzku. Czarny płaszcz poplamiła krew, ciężkie buty pozostawiały ślady błota na posadzce, ale przede wszystkim wraz z młodym chłopakiem do lecznicy wtargnął zapach mokrego kundla. Liliana mimowolnie zmarszczyła nos.
– Ale cuchniesz, Aaron – powiedziała głośno, podnosząc się z łóżka. Chłopak zatrzymał się w połowie drogi skonfundowany, ale wtedy rzuciła się w jego kierunku i zanim zdążył wykonać jakikolwiek ruch, objęła go mocno.
Był w podobnym do niej wieku, chociaż wyglądał na o wiele starszego. Wysoki, dobrze zbudowany z wiecznie zmarszczonymi brwiami nie przypominał swoich rówieśników o rześkich, młodzieńczych twarzach. Właściwie, zazwyczaj wydawał się po prostu niesympatyczny i z nieznanego nikomu powodu nadąsany. Nie wzbudzał sympatii, a i wcale mu na niej nie zależało. Wlepiał tylko spojrzenie swoich ciemnych oczu w otoczenie, jakby chciał je pochłonąć i odesłać w nicość.
Dosłownie chwilę później pojawiła się tam medyczka z wściekłym wyrazem twarzy, wykrzykując w ich stronę zdania, które kompletnie Liliany nie obchodziły. Zamiast tego przylgnęła do Aarona, uśmiechając się szeroko.
– Tęskniłam – wymamlała w jego pierś, a on chrząknął w odpowiedzi. Wtedy poczuła jak ktoś chwyta ją za ramiona i oddziela od chłopaka. Zaraz potem w błyskawicznym tempie wylądowała z powrotem na pryczy, chociaż nawet w tak krótkim czasie zdążyła dostrzec prawdziwą furię w oczach medyczki.
– To nie jest chlew! Nie będziesz tu syfił, wstrętny brudasie! – wrzasnęła do Aarona, próbując wypchnąć z pomieszczenia. Jednak nie zdołała nawet przesunąć go o cal, co nie powinno dziwić w żadnym stopniu, biorąc pod uwagę, że młodzieniec był od niej o wiele wyższy i cięższy. – Zaraz zawołam dowódcę!
– Niech się pani uspokoi, to mój brat! – krzyknęła Liliana, wyciągając ręce w kierunku Aarona, ale on już wpatrywał się w czerwoną ze złości medyczkę. Wyraz jego twarzy nie zmienił się ani trochę.
– A co mnie obchodzi, kim on jest? W takim stanie nie wolno wchodzić do tego pomieszczenia – wycedziła przez zaciśnięte zęby kobieta. Liliana otwierała już usta, żeby coś powiedzieć, ale wtedy odezwał się Aaron.
– Zrozumiałem – powiedział krótko, rezygnując z przyglądania się medyczce i przenosząc tym samym spojrzenie na dziewczynę. Zlustrował ją dokładnie, jakby z odległości sprawdzając stan jej zdrowia, po czym odwrócił się i jak gdyby nigdy nic poszedł w kierunku wyjścia. Liliana chciała za nim zawołać, ale wiedziała, że nie ma to żadnego sensu. Schowała się w pościeli, podczas gdy medyczka podążyła śladem Aarona, klnąc i złorzecząc.
Leżała tak do wieczora, wiercąc się niecierpliwie i nieśmiało oczekując chłopaka, chociaż doskonale zdawała sobie sprawę, że ten nie wróci. Znała już go na tyle, żeby przewidzieć kolejne zachowania. Dlatego kiedy zapadł zmrok, a w lecznicy nie kręcił się już żaden medyk, Liliana wstała i zaczęła pospiesznie zakładać buty. Rana na udzie wciąż piekła, ale była oczyszczona i obandażowana, więc nie zagrażało jej żadne niebezpieczeństwo.
Przeszła przez ciemny korytarz i zatopiła się w mniej znanych zakamarkach zamku. Jak zwykle nikt nie zwracał na nią szczególnej uwagi, a to za sprawą bezczelnego spojrzenia, która skreślało dziewczynę z listy podejrzanych. Przecież osoby spiskujące zazwyczaj się skradają, kryją w mroku. Ona zastosowała tę zasadę do tego dopiero wtedy, kiedy wkroczyła na południową wieżę. Uważnie przypatrywała się krokom kolejnych rycerzy, którzy powoli zamykali się w celach, aby udać się na zasłużony odpoczynek. Mijała kolejne drzwi, czując gęsią skórkę na rękach. Nie pierwszy raz tu zawędrowała, ale i tak czuła się niepewnie. Zapewne jeszcze gorzej niż pod podłogą Pokoju Dziesięciu Obrad. Słyszała o kilku mężczyznach, którzy mieli absolutną obsesję na punkcie kobiet w zamku. Być może ona jeszcze do nich nie należała, ale przecież nie istniała żadna granica, która pozwoliłaby jej czuć się bezpiecznie.
W końcu dotarła na miejsce. Chwyciła za klamkę i wpakowała się do środka jednej z komnat. Znalazła się w ciemnym, surowym pomieszczeniu z niewielki oknem i oszczędnym umeblowaniem. Niewiele mogła dostrzec o tej porze, ale i tak zauważyła porozrzucane ubrania na podłodze i dziwnego kształtu sztylet leżący na stole. Przyjrzała mu się z bliska, ale musiałaby zapalić świecę, żeby zobaczyć więcej niż lichy kształt ostrza. Zamiast tego podeszła do niezbyt wielkiego łóżka i wpakowała się pod pościel, ku niezadowoleniu leżącego już tam chłopaka.
– Co robisz? – jęknął Aaron, odsuwając się od niej i podnosząc lekko. Nie mogła dostrzec wyrazu twarzy, ale przecież i tak wiedziała, jak teraz wygląda.
– Nie udawaj zaskoczonego – rzekła półszeptem, wyciągając dłonie i dotykając jego zranionego policzka. Rozcięcie nie było głębokie, nie wymagało nawet profesjonalnej pomocy medycznej. Odrobina płynu odkażającego załatwiłoby sprawę.
– Powinnaś leżeć w lecznicy – powiedział powoli, ale twardo i niezbyt przyjemnie.
– Nie widziałam cię od miesiąca – rzuciła nie bez żalu. Nie odpowiedział, ale wcale tego od niego nie oczekiwała. Westchnął tylko, a to dało jej wyraźny znak, że wygrała. Aaron unikał wdawania się z nią w dysputy, ale i tak często stawiał na swoim. Tym razem najwidoczniej był zbyt zmęczony. Nic dziwnego – od dłuższego czasu trzymał wartę przy północnej granicy. Wszyscy mówili, że tam nie ma miejsca na sen. To była jego druga wyprawa daleko poza granice Lagary i chociaż szkolenie rozpoczęli z Lilianą w tym samym czasie, to on ukończył je o wiele szybciej. Od tamtej pory nie mogli spędzać ze sobą tyle czasu, ile by chcieli, co na swój sposób raniło bardziej niż ostre zęby wilków, które jeszcze kilka godzin wcześniej boleśnie wbijały się w ciało dziewczyny. 
Zasnęła bardzo szybko, zapewne jeszcze wcześniej niż on. Było jej ciepło i przyjemnie, nie potrzebowała niczego więcej do szczęścia. Śniła o ciepłych krainach, których nigdy nie odwiedziła. Obok niej stał Aaron, trzymając za rękę i wpatrując się w otaczające ich pola. Wokół rosło pełno kwiatów, każdy piękny i wyjątkowy, wydający z siebie przecudny zapach. Pyłki mniszka pospolitego fruwały na wietrze, śpiew ptaków był niczym najpiękniejszy koncert. Przez cały ten czas nic nie robiła, tylko stała, uśmiechając się do ciemnowłosego chłopaka. Kiedy obudziła się tuż po wschodzie słońca, leżała już sama. Aaron zniknął, podobnie jak sztylet na stole. Sen rozproszył się w umyśle, pozostawiając tylko kilka nieistotnych szczegółów. Westchnęła ciężko i podniosła się z łóżka. Wiedziała, że ma niewiele czasu, jeśli nie chciała zostać przyłapana przez innych rycerzy. Opuściła komnatę jeszcze zanim zrobiło się na tyle jasno, żeby rozświetlić dziedziniec. Nie miała pojęcia, w którą stronę się udać, więc po prostu wróciła do lecznicy. Na całe szczęście nikt nie dostrzegł jej zniknięcia, medyczka wydawała się wręcz zdziwiona obecnością dziewczyny. Szybko zmieniła bandaże i kazała wracać do siebie.
No to wróciła.
Komfort związany z powrotem Aarona opuścił ją całkowicie. Nie chciała chwalić się swoją sromotną porażką, ale perspektywa kolejnego zadania napawała Lilianę przerażeniem. Tak właśnie wyglądało życie dziewczyny od dobrych kilku lat. Podsłuchane strzępki rozmów, nieustanna bieganina po zamku, krótka wymiana zdań z innymi rycerzami, kradzione chwile z jedyną bliską osobą. Kiedy frustracja całkowicie zapanowała nad ciałem i umysłem, postanowiła udać się do sali treningowej – miejsca chyba najważniejszego dla każdego rycerza.
Podobnie jak lecznica, pokoje ćwiczebne stanowiły cały kompleks budynków wraz z placem i tajnymi komnatami. Do niektórych z nich Liliana nie miała wstępu, potrzebne było bowiem osiągnąć stopień rycerza właściwego albo uzyskać specjalne pozwolenie dowódcy. Jednak nawet te podstawowe pomieszczenia dawały spore pole do popisu. Znajdowały się w nich tory przeszkód o różnej formie: nastawione na szybkość, siłę, gibkość albo koncentrację. W większej komnacie, nazywanej przechowalnią, można było dobrać broń i chociaż miecze cieszyły się największą popularnością, to nie brakowało tam łuków, młotów, toporów, noży. W specjalnych skrzyniach schowano nawet wekierę, halabardę i włócznie. Kilka sali przeznaczono dla początkujących, ale kolejne sześć pozostawało do dyspozycji rycerzy po ukończeniu szkolenia. Każda sztuka władania bronią mogła być trenowana pod dachem lub na zewnątrz, przy czym ćwiczenia w zamkniętym pomieszczeniu nie dawały odpowiedniego pola do popisu. Tylko jeden pokój służył do walki wręcz, podczas gdy aż trzy przeznaczano na medytację. To były jedyne pomieszczenia, w których nie roznosił się smród męskiego potu. Zapewne dlatego, że nikt tam nie wchodził.
Liliana udała się do przechowalni i wcale nie była zaskoczona, gdy spotkała tam Aarona. Chłopak w świetle dnia wydawał się zmęczony, ale zdolności do zdrowego odpoczynku stępiały mu jeszcze przed przybyciem do Lagary.
– Nie powinieneś się teraz regenerować? – zapytała go, wybierając broń ze stojaka. Mogłaby dla odmiany potrenować łucznictwo, które zawsze szło jej o wiele lepiej niż walka mieczem. Bez względu na to, który wybierała – czy to był ciężki i długi specjalista od roztrzaskiwania czaszek czy lekkie jak piórko ostrze przebijające klatkę piersiową na wylot – zawsze przegrywała. Sięgnęła po jeden z okazów, a potem zaczęła dobierać odpowiednie strzały. Nie doczekała się odpowiedzi, ale przecież nie oczekiwała niczego innego. Aaron zajęty był przerzucaniem miecza z jednej ręki do drugiej.
Ruszyła w kierunku wyjścia, bo ćwiczenie z łukiem, który trzymała w ręce, o wiele lepiej sprawdzało się na otwartej przestrzeni. Istniało kilka gatunków broni tego typu, niektóre stworzono specjalnie na walkę krótkodystansową, ale niewielu z nich korzystało. Wszak w takich sytuacjach o wiele lepiej sprawdzał się miecz.
Przez jej ciało przeszedł dreszcz, kiedy wyszła na zewnątrz odziana tylko w wełniane spodnie oraz lnianą koszulę. Zacisnęła zęby i zajęła jedną z wolnych pozycji na placu, starając się nie patrzeć na innych obecnych. Jeden z nich trafiał w tablicę za każdym razem, inny celował do ruchomego celu. Chociaż jego strzała wbiła się jedynie w nogę słomianej postaci i tak wzbudzało to podziw wciąż niedoświadczonej dziewczyny.
Sprawdziła dokładnie cięciwę, ale nie wydawała się uszkodzona w żadnym miejscu. Wyprostowała lewą rękę, ściskając w niej brzozowy pręt. Musiała się skupić i przede wszystkim głęboko oddychać. Czuła znajomy ból w mięśniach, ale kiedy wypuściła strzałę, ta, zamiast trafić w drewnianą tablicę, wylądowała kilka metrów nad nią. Zaklęła cicho i sięgnęła po kolejną, tym razem ograniczając swoje pole widzenia do celu. Ktoś zaśmiał się za jej plecami. Nie wiedziała, czy to o nią chodzi, ale policzki i tak pokrył rumieniec, a oddech stał się płytki i nierówny. Tym razem w ogóle nie sięgnęła drzewa, strzała wylądowała w ziemi dosłownie kilka kroków od niej. Tupnęła ze złością nogą, ale nie miała najmniejszego zamiaru dać za wygraną. Znowu wycelowała, zaciskając mocno zęby i wbijając spojrzenie w czerwony punkt. Nie trafiła. Chociaż grot zahaczył o obrzeża tablicy, więc nie poszło tak źle. Jednak to najwyraźniej był szczyt jej możliwości, bo kolejne strzały lądowały tak daleko, że Liliana pluła sobie w brodę, kiedy myślała o swoim genialnym wyborze treningu. Z każdą porażką była coraz bardziej niespokojna, a w umyśle zamiast skupienia pojawiała się czysta frustracja.
– Może miałabyś szanse trafić – usłyszała głos Aarona – gdybyś znalazła odpowiednie strzały.
Odwróciła się w jego stronę, ale on już stał przy niej, trzymając w ręku jeden z pocisków i podkładając go dziewczynie tuż pod nos. Dopiero wtedy zauważyła charakterystyczne lotki, a jej twarz automatycznie stała się czerwona jak burak. Oczywiście, wzięła te za ciężkie. Już na samym początku coś nie pasowało jej w ustawieniu palców, ale zrzucała to na własne nerwy.
– Dobry łucznik każdą strzałą trafi w cel – odparła, wyrywając mu z ręki broń, która była doskonałym pretekstem do kpiny.
– Nie jesteś dobrym łucznikiem – stwierdził bez cienia litości. Pochyliła głowę zrezygnowana, ale nie zdążyła nic odpowiedzieć, bo wtedy podszedł do nich goniec z komnaty dowódcy i wręczył bezceremonialnie dwie zapieczętowane koperty.
Już od pierwszej chwili Liliana nie mogła wyjść z podziwu dla osoby, która dostarczała wiadomości w obrębie zamku. Osoba postronna żyła w przekonaniu, że takie zadanie powinno przekazywać się najmniej wartościowym, często po prostu źle urodzonym pachołkom. Jednak tutaj funkcjonowano inaczej. Goniec wewnętrzny był tylko jeden, zajmował się przekazywaniem listów od przełożonych. Jednak nikt nie wiedział, jakim cudem człowiek ten nie popełniał błędów przy tej czynności. Na kopertach nie znajdowały się żadne imiona, a wiadomości miał najczęściej kilkanaście do kilkudziesięciu. To jednak wydawało się niczym szczególnym przy fakcie, że goniec potrafił bez problemu rozpoznać i znaleźć adresata listu, chociaż z nikim tak naprawdę nie rozmawiał. Bez względu czy Liliana przebywała w lecznicy, w swojej celi, na dziedzińcu czy w jadalni – przesyłka zawsze trafiała prosto w jej drobne dłonie.
Po zamku krążyły plotki, że goniec jest niemową, bo jeszcze nikt nie słyszał jego głosu. Niektórzy gadali, że to bękart samego króla, inni że niepełnosprawny syn drugiego dowódcy. Prawdy nie znał żaden z nich, postać gońca wydawała się tak enigmatyczna jak duchy lasu albo bożkowie Gór w Dolinie.
Zanim Liliana i Aaron zdążyli choćby podziękować, mężczyzna już zniknął im z oczu, niemalże rozpływając się w powietrzu. Młody chłopak zmarszczył brwi, czytając skierowaną do niego wiadomość.
– Wzywają mnie do piątego dowódcy – powiedziała cicho, próbując ukryć zdumienie. Lasota zajmował się w zamku podziałem konkretnych zadań, formowaniem grup, ale zazwyczaj swoje plany przekazywał pozostałym przełożonym. Jednak piąty decydował również o usuwaniu rycerza w niebyt, co wiązało się albo z możliwością wyprawy do rodzinnych stron albo zwyczajnym zamknięciem w lochach i czekaniem na decyzję Rady Starszych.
– Chodźmy – rzucił krótko Aaron i ruszył w kierunku wyjścia, a ona podreptała za nim. Być może powinna się zainteresować wiadomością, którą dostał, ale aktualnie była zbyt przerażona, żeby obchodziło ją cokolwiek ponad nią samą.
Komnata piątego dowódcy znajdowała się tuż za Pokojem Dziesięciu Obrad, przy czym zazwyczaj nie zwracała na siebie szczególnej uwagi. Niewielkie, dębowe drzwi wyglądały dosyć marnie przy pozłacanych wrotach z wygrawerowaną srebrną wierzbą. Zwyczaj nakazywał uderzyć trzykrotnie i czekać na odpowiedź dowódcy, jednak piąty nie znosił tej tradycji. Jego głos był niski i nazbyt cichy, żeby jakikolwiek rycerz miał go usłyszeć, a cóż dopiero taki przygłuchy. Wszystkim więc oficjalnie nakazał wchodzenie bez wcześniejszej zapowiedzi, ale większość i tak stukała do drzwi, zanim przekroczyła próg jego komnaty. Tak też i było tym razem. Aaron najpierw walnął pięścią kilka razy, aby chwycić za mosiężną klamkę i wkroczyć do pomieszczenia, w którym Liliana jeszcze nigdy nie była. Dziewczyna przełknęła głośno ślinę, ale podążyła za chłopakiem. 
Piąty dowódca pochylał się nad jakąś mapą, ale co dokładnie miała ona obrazować, najwidoczniej on sam nie wiedział, bo mruczał pod nosem obelgi, których powstydziłby się nawet najbardziej prymitywny wojak. Liliana bardzo szybko doszła do wniosku, że Lasota przebywał w niemalże nieludzkim miejscu, o wiele gorszym niż najciaśniejsze cele dla żółtodziobów. Jej kojarzyło się to tylko z lochem – z tą różnicą, że tutaj było niezwykle gorąco i to wcale nie w pozytywnym tego słowa znaczeniu. W pomieszczeniu brakowało okna, a jedynym źródłem światła okazało się kilkanaście zapalonych świec. Praktycznie całą przestrzeń wypełniał drewniany, ledwo trzymający się na nogach stół, a sam piaty dowódca siedział na taborecie, który z pewnością był o wiele mniej wygodny niż krzesła postawione w salach teoretycznych. Kiedy do komnaty wkroczyła dwójka młodych, ledwo podniósł wzrok znad dokumentów.
– Aaron i jego siostra Liliana, czy nie tak? – zapytał cicho.
– Tak, dowódco – odpowiedział szybko Aaron, niewzruszony zaduchem panującym w pomieszczeniu.
– Jak się pewnie domyślacie, przyznano wam zadanie – wymruczał, wciąż nie zaszczycając ich spojrzeniem. Nie mógł więc dostrzec ulgi, która pojawiła się na twarzy Liliany. – Jednak jest ono o tyle specyficzne, że zostałem poproszony o wyznaczenie wam tego osobiście.
– Zadanie dla naszej dwójki? – zdziwiła się. – Razem?
Dowódca kiwnął głową, a ona niemalże podskoczyła z radości.
– Jak to? – Aaron nie wyglądał na zadowolonego, wręcz przeciwnie. Na jego czole pojawiła się zmarszczka, która podkreślała irytację. – Przecież ona jeszcze nie skończyła szkolenia, nie może wykonywać zadań.
Dopiero wtedy Lasota podniósł głowę i zmierzył chłopaka od stóp do głów spojrzeniem tak samo czujnym jak wyraźnie znudzonym.
­– Właściwie, to dostałam awans jakiś czas temu – wyjąkała, nie wiedząc, czy bardziej czuje się zażenowana, dumna czy zła. Aaron przeniósł swoje spojrzenie na nią, ale jak zwykle nie można było z niego nic wyczytać. To oczywiste, że nie wiedział o ukończeniu przez nią szkolenia, przecież przebywał od jakiegoś czasu daleko na północy. Jednak kompletnie wyleciało jej z głowy, by go o tym powiadomić.
– Tak czy inaczej – wymamrotał pod nosem Lasota, znużony ich prawie wymianą zdań. – Wraz z pięcioosobową grupą wyruszycie na ziemie wschodnie. Wyprawa będzie długa i męcząca, więc macie się do niej odpowiednio przygotować. Jesteście oczekiwani w komnatach medyków, przejdziecie przez specjalny trening, później zapoznacie się ze składem drużyny. Wyruszacie za pięć dni, więc to w sam raz, żebyście odpoczęli po waszych poprzednich wyprawach. – Liliana spojrzała na Aarona, który przecież dopiero wczoraj wrócił ze swojej trwającej kilka miesięcy misji.
– A szczegóły? – zapytał krótko.
– Poznacie je za tydzień – odrzekł, ale kiedy dostrzegł uniesione brwi Aarona, dodał – Musicie porządnie zadbać o zdrowie i kiedy mówię porządnie, mam na myśli prawdziwe porządnie, a nie trochę porządnie. Mam nadzieję, że to jasne. Jasne?
– Tak, dowódco – odpowiedziała poważnie Liliana.
– Dlaczego dostajemy o tym informację tutaj a nie przez gońca? – zadał kolejne pytanie Aaron.
– Żebyś sobie zdawał sprawę z powagi zadania, które przed wami stoi. Nie wolno wam również nikomu wspominać o przygotowaniach jak i o samej wyprawie. To ściśle tajna misja, o podwójnej wartości. Zgłosicie się do medyka Unista jeszcze dziś po zachodzie słońca. – Ponownie pochylił się nad mapą i zaczął coś na niej kreślić. Przez dłuższą chwilę Aaron i Liliana stali w miejscu, przypatrując się dowódcy, ale ten najwidoczniej stracił nimi zainteresowanie. Wyszli więc pospiesznie i ruszyli wzdłuż korytarza, każdy pogrążony we własnych myślach.
Jak się mogli spodziewać, Unist nie miał zielonego pojęcia, jak będzie wyglądała wyprawa, ale nie zawracał sobie tym głowy. Zamiast tego mierzył ich, ważył, sprawdzał napięcie mięśni, upuszczał krew, badał zmysły i zdolność reakcji. Odzywał się rzadko i najczęściej po to, żeby wspomnieć o paskudnej pogodzie i niewdzięczności pierwszego dowódcy. Jednak po wszechstronnym sprawdzeniu wcale nie wypuścił ich z sali medycznej. Kazał im się położyć w osobnych izolatkach i tam określał ich sen. Liliana nie mogła zmrużyć oka z powodu stresu, ale kiedy do pomieszczenia wpuszczono kojące zioła, zaraz straciła przytomność.
Następnego ranka obudziła się wypoczęta jak nigdy, jednak jak tylko zdała sobie sprawę, gdzie się znajduje, ogarnęło ją przerażenie. Chodziła niespokojnie po pomieszczeniu, szukając wyjścia, ale zanim zdążyła otworzyć drzwi prowadzące na zewnątrz, kilka medyków wdarło się do środka i posadziło dziewczynę ponownie na łóżku.
– Boimy się leczenia? – zagadał jeden z młodszych mężczyzn, notując coś na pergaminie. – Spokojnie, słoneczko, to tylko standardowa procedura. Nikt tego nie lubi, ale każdy musi przez to przejść. Pierwszy raz?
– Taaak – powiedziała drżącym głosem, chociaż czuła się o wiele spokojniejsza po pełnej ciepła przemowie medyka.
– Twój brat wydaje się bardziej zrelaksowany, ale on chyba miał już  z tym do czynienia – gadał głośno, cały czas pisząc, chociaż patrzył bezpośrednio na nią. Miał bardzo przyjemne, niebieskie oczy. – Musimy określić, z jak trudnymi warunkami poradzi sobie twój organizm, które specyfiki będą ci potrzebne podczas zadania. To nic szczególnego...
Nie kłamał. Kolejne czynności przypominały poprzednie, a drzwi pozostawały cały czas otwarte i w razie konieczności Liliana mogła spokojnie wyjść. Jednak prawdziwe wyzwania czekały na nią dopiero poza izolatką.
Trening wyznaczony przez Lasotę niczym nie przypominał ćwiczeń, z którymi miała do czynienia do tej pory. Nie mogła tego nawet nazwać w ten sposób, bo niemalże cały czas siedziała na ziemi i skupiała energię. Rycerze musieli w ciągu lat przejść przez sztukę medytacji, ale zazwyczaj traktowano to zadanie z pobłażaniem i przeznaczano czas na sen. Tym razem nie mogła sobie pozwolić na brak skupienia, bo niemalże bez przerwy wpatrywała się w nią magiczka i uderzała w plecy za każdym razem, gdy śmiała pozwolić sobie na odrobinę rozluźnienia. To był wyjątkowo wyczerpujący czas w życiu Liliany i naprawdę żałowała, że nie przykładała się wcześniej do tego typu zadań. Po sesji bolały ją mięśnie, brakowało siły nawet na dotarcie do łóżka. Na całe szczęście za każdym razem czekały na nią masaże i gorąca kąpiel w najpiękniejszej łaźni, jaką widziała w swoim życiu. Nawet po opuszczeniu cudownego pomieszczenia, wciąż czuła w nozdrzach cudowny zapach konwalii i lawendy. Ku własnemu zdziwieniu nawet posiłki otrzymywała smaczniejsze, chociaż nie brakowało okropieństw, które musiała wciskać w siebie na oczach medyków. Brakowało jej tylko w tym wszystkim Aarona, którego praktycznie nie widywała. Pocieszała jednak perspektywa wspólnej wyprawy, nawet jeśli znalezienie furtki na spędzanie ze sobą czasu wydawało się znikome.
Dwa dni przed wyprawą przeżyła jeden z najbardziej intensywnych treningów fizycznych w swoich życiu. Nie kazali jej ćwiczyć niczego skomplikowanego, ale niemalże bez przerwy musiała biegać, wspinać się i podciągać na metalowych prętach. Na sam koniec zrobili coś, co nazywali testem na równowagę, chociaż dla niej okazało się tu zwyczajnym staniem po zewnętrznej stronie okna jednej z wież i błaganiem losu, żeby nie spaść. Ostatnie chwile mogła spędzić dokładnie tak jak chciała – czyli śpiąc. Była tak wykończona, że nawet nie pomyślała o tym, żeby odnaleźć Aarona. Widziała go tylko podczas obiadu i w ciągu kilku minut zasnęła mu na ramieniu. Obudziła się dopiero następnego ranka w swojej komnacie.
Spakować nie miała w zasadzie czego, wszelkie dodatkowe obciążenia mogły sprowadzić na nią śmierć. To była żelazna zasada rycerzy gwardii królewskiej. Pamiątki rodzinne, dodatkową odzież, dzienniki… wszystko zamykało się w skrzyniach i zostawiało na cały czas wyprawy. Większość ekwipunku, łącznie z wełnianymi skarpetami, została przydzielana wraz z koniem na wyprawę. Liliana mogła tylko mieć nadzieję, że otrzyma jakiegoś spokojnego wierzchowca. Nigdy nie była mistrzem w okiełznywaniu potężnych zwierząt, każdy ogier uznawał ją za wroga, a klacz, jeśli łaskawie dawała się dosiąść, prychała pogardliwie przynajmniej co pół kilometra.
Opuściła swoją celę sypialną, kiedy zdała sobie sprawę, że właściwie nie miała pojęcia, gdzie powinna się udać. W natłoku zajęć zapomniała, żeby zorientować się, w którym miejscu mają się zebrać. Na całe szczęście tuż przy schodach czekał na nią Aaron. Nic nie mówiąc, ruszył w stronę wyjścia z wieży, a ona z braku lepszego pomysłu podążyła za nim.
Znaleźli się w pomieszczeniu, gdzie dwóch mężczyzn przekazywało im odpowiedni ekwipunek. Jeden z nich spojrzał na nią krytycznie, jakby sam widok kobiety w tym miejscu miał go obrazić. Wciskał kolejne rzeczy z kwaśną miną, mrucząc do siebie coś na kształt obelgi, ale nie do końca zrozumiałej. W pewnym momencie czuła, że po prostu zawali się pod ciężarem kolejnych przedmiotów i broni, które otrzymywała, a to nie była nawet połowa.
– Ten miecz jest dla niej za ciężki – powiedział Aaron z drugiego końca komnaty. Policzki Liliany pokryły się rumieńcem, a na twarzy mężczyzny stojącego naprzeciw zawitał kpiący uśmieszek. Jednak nie skomentował uwagi chłopaka, po prostu wyrwał z ręki broń i wcisnął kolejną, tym razem lżejszą, chociaż wyglądającą na o wiele gorszą jakościowo. Nie śmiała jednak tego skomentować, po prostu schowała miecz w pochwie i zahaczyła o skórzany pas. Starała się jak najrozsądniej rozkładać ciężar, który jej ofiarowano, ale i tak od jego nadmiaru w oczach dziewczyny zalśniły łzy. Czuła się jak słabeusz, który nigdy nie powinien dołączyć do gwardii królewskiej. Myślała, że na tym koniec upokorzeń, ale  kiedy wychodzili z komnaty, Aaron najzwyczajniej na świecie wyrwał jej z ręki część bagażu. Prychnęła ze złością, dostrzegając złośliwe twarze mężczyzn, którzy zapewne teraz mieli ją za głupią dziewuchę z dobrego rodu, nie będącą w stanie nawet unieść kilku toreb.
– Sama powinnam sobie z tym poradzić – syknęła do Aarona, kiedy znaleźli się w korytarzu.
– Tch.
– Możesz mi to oddać? – Próbowała sięgnąć po swoje rzeczy, ale on tylko wywrócił oczami i odsunął się od niej. – Aaron, mówię do ciebie. Nigdy nie zostanę dobrym…
– Te rzeczy będzie dźwigał koń, a nie ty na plecach. Nie widzę powodu, dla którego miałabyś się przeciążać – przerwał jej, wzdychając. – Zamiast udawać, że radzisz sobie z czymś, co ci nie wychodzi, lepiej szkol się w tym, w czym jesteś dobra.
Burknęła coś pod nosem, ale on albo jej nie zrozumiał albo nie miał ochoty wdawać się w głębsza dyskusję na ten temat. Tym razem prowadził ją w kierunku stajni,  najcenniejszego miejsca w Lagarze. Trudno się dziwić – konie przeznaczone do zadań gwardii musiały odznaczać się szczególną siłą i wytrzymałością, ich cena na rynkach przekraczała możliwości niejednego kupca. Urządzenie dla nich boksów wymagało szczególnych środków, nie każdy chłopak ze wsi godny był opiekowania się wierzchowcami rycerzy samego króla. Pomieszczenie samo w sobie musiało być odpowiedniej wielkości, że dać radę zamknąć w nim ponad setkę koni. Niemało funduszy przekazywano na roczne utrzymanie tych szlachetnych zwierząt, sam pokarm przygotowywano z równą starannością jak obiad dla rycerzy. Od sił wierzchowca często zależało powodzenie wyprawy, dlatego już źrebaki musiały się zmierzyć z tak samo opiekuńczym jak surowym traktowaniem. Różne okazy spotykało się w stajniach Lagary, niektóre należały do posłusznych, inne bardziej temperamentnych, jednak każdy z nich musiał przywyknąć do licznego grona jeźdźców, korzystających z ich zdolności. Pomijając rycerzy, których nigdy nie zaakceptowały, a należała do nich Liliana.
Koniuszy przekazał jej bez entuzjazmu niezbyt dużą, szarą klacz, szepcząc po drodze słowa otuchy. To jednak nie pocieszyło zwierzęcia, bo kiedy tylko Liliana sięgnęła po wodze, ta prychnęła i odsunęła się od niej jak od zarazy. Być może młoda dziewczyna byłaby zaskoczona, gdyby taka sytuacja nie miała miejsca za każdym razem.
Wraz z koniem wyszła na dziedziniec, gdzie już czekał na nią Aaron z kasztanowym ogierem, dumnie wpatrującym się w przestrzeń. Chłopak podszedł do niej i zaczął obładowywać jej towarzyszkę bagażem, a ona ze znudzeniem wymalowanym w oczach pozwalała mu na wszystkie ruchy, które w przypadku Liliany okazałyby się niewybaczalne.
– Cześć – usłyszeli głos tuż obok nich, a był on tak dziarski i bezpośredni, że obydwoje niemalże podskoczyli z zaskoczenia. Liliana automatyczne odwróciła się, podczas gdy Aaron uniósł głowę, nie przerywając dokładnego ustawiania siodła.
Przed nimi stała niezbyt urodziwa dziewczyna, zapewne jeszcze młodsza od nich, gdyby oceniać po drobnej, piegowatej twarzy. Była wysoka, chociaż przeraźliwie chuda jak na rycerza, a blada cera kazała sądzić, że osoba ta od lat zmaga się z ciężką chorobą. Wąskie usta, mały nosek i wielkie, niebieskie oczy kazały o niej myśleć jak o jakimś strasznym stworzeniu nie z tej krainy. Niewielka ilość rzęs, krótko przycięte, rude włosy i typowy, rycerski strój upodabniał ją do chłopca i chyba tylko ten delikatny, melodyjny głos wskazywał na jej płeć. To z pewnością nie był obraz dziewczyny, o której marzyli potajemnie mężczyźni. Nawet Liliana była bliższa tym fantazjom, chociaż sama nie uznawała siebie za obraz piękna.
– Kim jesteś? – zapytała.
– Ślepa, czy co? – odparła niezbyt uprzejmie, a Liliana zmarszczyła brwi. – Myślisz, że szukam przyjaciół, a ten osioł to dla ozdoby? – Wskazała dłonią na swojego konia, który tylko potrząsną z niedowierzaniem łbem. Liliana nie miała pojęcia, w stosunku do której z dziewczyn wyraża dezaprobatę. – Będziemy razem podróżować przez jakiś czas. Jak się nazywasz? – Jej pytanie przypominało bardziej rozkaz, ale Liliana nie czuła w sobie odpowiedniej ilości siły na bunt. Już otwierała usta, żeby odpowiedzieć, ale zanim z jej ust wydobył się jakikolwiek dźwięk, dziewczyna jej przerwała. – Zatkało ją chyba. Chociaż nie musisz mówić, wszystkiego dowiedziałam się od piątego dowódcy.
– Gaja – powiedział Aaron bez szczególnych emocji, a Liliana upuściła na ziemię worek, który chwilę wcześniej przyciskała do piersi.
– Imię jak dla biegającej po łące rusałki, nie? – zwróciła się do oniemiałej z wrażenia Liliany. Kiedy nie uzyskała żadnej odpowiedzi, westchnęła ciężko i wskazała palcem, na stojącego w oddali rycerza. – Ten knur również jedzie z nami, ale widać jest zajęty robieniem za pajaca.
Liliana zmierzyła dokładnie osobnika, ale znajdował się po przeciwnej stronie dziedzińca, co znacząco utrudniało jego ocenę. Na pewno był wysoki i dobrze zbudowany, chociaż szczerze wątpiła, by okazał się jeszcze większy od Aarona. Nie patrzył w ich kierunku, nie dał żadnego znaku, że mogliby mieć cokolwiek wspólnego. Stał wyprostowany i sztywny jak kawał kłody, nie zmieniając swojej pozycji, nawet kiedy koń uderzył go łbem po ramieniu.
Wtedy na dziedziniec wkroczył kolejny rycerz, ale nie musiał wykonywać żadnego gestu, żeby każdy z nich ruszył w jego stronę. Liliana nie miała pojęcia, jak wyglądał ich kapitan, nie znała nawet jego imienia, ale jakiś wewnętrzy instynkt zaprowadził ją do osoby, która obarczyła ich pełnym irytacji spojrzeniem.
Był to człowiek nieszczególnie wysoki i muskularny, nie wyróżniał się pod względem budowy. Jednak jego skóra okazała się o wiele ciemniejsza niż większości rycerzy – widok niecodzienny dla bladych mieszkańców królestwa. Wydawała się brudna, jakby pożółkła i poplamiona w kilku miejscach, ale na swój sposób ciekawa, przykuwająca uwagę. Jego oczy były okrągłe jak monety, z błękitną tęczówką i rzadkimi, choć długimi, jasnymi rzęsami. Poparzona skóra nad prawym uchem tworzyła na głowie przedziwny znak, którego Liliana nie znała, ale napawał niepokojem. Włosy miał brązowe, krótkie, ale nierówno przycięte, jakby ktoś ostrzygł go nożycami kuchennymi w przerwie między krojeniem sera a mieszaniem kapusty. Usta wykrzywił w próbie uśmiechu. Nosił standardowy strój członka gwardii: ciemnoszarą tunikę, spodnie z szorstkiej wełny, ciężkie buty z mocną podeszwą. Przed ciosami chronić miał go wykonany ze specjalnego, lekkiego, choć mocnego jak żelazo czarnego materiału napierśnik, nakolanniki, karwasze zapinane za pomocą klamer i rękawice. Jednak w przeciwieństwie do większości rycerzy nosił odkryte trzy palce, które wydawały się Lilianie zbyt delikatne dla mężczyzny. Mogłaby je określić jako dłonie szlachcianki… chociaż nigdy żadnej nie widziała.
Pierwszy przed mężczyzną pojawił się chłopak, którego Gaja nazwała knurem. Jednak nawet ona nie mogła zaprzeczyć jego niewątpliwej urodzie, tylko określenie „ładny” nieszczególnie do niego pasowało. Z pewnością był od nich starszy o kilka lat, chociaż równie dobrze mógł sprawiać takie wrażenie ze względu na skupiony i lekko pogardliwy wyraz twarzy. Miał ostre rysy, trochę za duży nos, ale i tak na jego widok mimowolnie miękły dziewczynom kolana. Może to przez zadbane, orzechowe włosy albo zielone oczy, chociaż te cechy nie wyróżniały się w królestwie. Jednak wbrew wszelkim prawom estetyki nikt o zdrowych zmysłach nie zaprzeczyłby, że to przystojny, dorastający chłopak, wkrótce mężczyzna. Nawet jego strój, chociaż teoretycznie identyczny jak pozostałych, wydawał się szczególny, jakby inny. Z pewnością był idealnie dopasowany do budowy ciała, a poszczególne elementy zostały założone z wyjątkową starannością.  Było jednak w tym coś jeszcze, pewien rodzaj dumy, poczucia wyższości, ale w dlaczego czyniło go to tak szczególnym, Liliana nie wiedziała.
– Długo każecie na siebie czekać, smarkacze – powiedział mężczyzna, wycierając nos rękawem. – Jeśli w takim tempie zbieracie się do kupy, możecie od razu pójść się zabić.
Liliana zadrżała pod wpływem szorstkiego głosu, ale na całe szczęście nikt tego  nie zauważył. Była przyzwyczajona do niesympatycznych, władczych i zarozumiałych przywódców, ale ten wydawał się inny. Nie potrafiła jeszcze określić, co też tak bardzo różniło go od swoich poprzedników, natomiast z pewnością mogło stać się to źródłem kłopotów. Pytanie tylko, jak poważne miały się one okazać.
– Ty jesteś… – zaczął chłopak o nieznanej Lilianie tożsamości.
– Nadar – przerwał mu mężczyzna. – Tak macie się do mnie zwracać i radzę to zapamiętać, bo nie znoszę przekręcania mojego imienia. Teraz na konie, straciliśmy już dość czasu.
Lilianie ta uwaga wydała się co najmniej dziwna, biorąc po uwagę, że rycerz stał przed nimi sam, nie mając w towarzystwie żadnego wierzchowca. Jednak kiedy brązowowłosy chłopak automatycznie wykonał polecenie, nie pozostało jej nic innego, jak spróbować dosiąść swojej klaczy. Jak się spodziewała, znalazła się w siodle jako ostatnia. Jak się nie spodziewała, mężczyzna będącym najpewniej ich kapitanem już siedział na niskim, chociaż silnym ogierze o wielkich nozdrzach i szalonych oczach.
– Brakuje jednej osoby, kapitanie – powiedział chłopak, po raz pierwszy racząc pozostałych swoich wyniosłym spojrzeniem.
– W którym momencie wpadłeś na pomysł, że jestem twoim kapitanem? – zapytał sucho mężczyzna, chociaż w jego głosie kryła się groźba.
– Chcesz nami dowodzić – odparł, marszcząc brwi.
– To nic nie zmienia.
– To jak mamy się do…
– Nadar, już to powiedziałem – przerwał mu. – Każ mi jeszcze raz to powtórzyć, a będziesz czyścił wszystkie stajnie po drodze.
Chłopak prychnął, ale nie dość głośno, żeby mężczyzna zwrócił na niego uwagę. Zamiast tego zaczął rozglądać się wokół siebie, mrucząc pod nosem słowa, których Liliana nie mogła dosłyszeć.
– Ty – wskazał palcem na Aarona, który do tej pory najwidoczniej zlewał mu się z krajobrazem. – Jak cię zwą? – Kiedy chłopak odpowiedział, Nadar westchnął ciężko i rzucił: – Czyli brakuje tylko tego bękarta. Nie będziemy na niego czekać, ruszamy!
Jednak wtedy tuż przed nimi pojawił się młodzieniec na siwym koniu z brązową grzywą. Sam chłopak miał włosy szczególnie jasne, twarz okrągłą i przyjemną, tuż pod okiem naznaczony był znamieniem w kształcie półksiężyca. Wyglądał na lekko zakłopotanego, ale uśmiechał się niewinnie.
– Piąty dowódca przekazał mi, że zebranie będzie miało miejsce po wschodzie słońca – starał się wytłumaczyć nowoprzybyły.
– Nie wiem, co ci powiedział, nie obchodzi mnie to – warknął Nadar, a chłopak jakby skurczył się w sobie. – Smarkacze zawsze wstają przed starszymi rycerzami, nie nauczyli cię jeszcze tego?
Młodzieniec nie odpowiedział, najwyraźniej uznając, że w tej sytuacji najbezpieczniejsze okaże się milczenie. Zapewne miał w typ sporo racji, bo Nadar nie wyglądał na człowieka, który lubi wdawać się w bezsensowne dyskusje. Ściągnął wodze i ruszył przed siebie, ignorując stojących za nim młodych rycerzy.
Liliana wpatrywała się bezwstydnie w blondyna, który w pewnym momencie odwrócił się w kierunku dziewczyny i uśmiechnął. Nie zdążyła jednak zareagować w żaden sposób, bo jej klacz ruszyła przed siebie tak gwałtownie, że tylko cudem nie spadła z siodła.


Czekała ją wyjątkowo męcząca podróż. 

16 komentarzy

  1. Me serce się raduje, a dusza śpiewa, bo o to kolejny rozdział u Al!
    Po pierwsze, długość Twoich rozdziałów mnie w pełni satysfakcjonuje, nie mam uczucia, że dopiero zaczęłam czytać, a tutaj już koniec.
    Rozdział jak zawsze bardzo mnie satysfakcjonuje. Fabuła rusza na przód, a zapowiada się bardzo ciekawie. Jestem ciekawa kim jest Gaja i o co z nią chodzi, że książę koniecznie chciał by ona jechała na wyprawe. Cały czas też szukam powiązań między Prologiem, a tym pierwszym rozdziałem. Czyżby Liliana była bohaterką prologu?
    No podoba mi się Ten pierwszy rozdział, który intryguje i zachęca do czytania kolejnych.
    Czekam więc na następną cześć i mam nadzieję, że niedługo go dodasz.

    Co do szablonu to też sobie przyblizalam tekst, by się lepiej czytało na komputerze. Więc wybrałam telefon.

    Pisz i się nie oszczędzaj, czekam na kolejny rozdział :*

    Sam Quest

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękować :D
      Z tymi rozdziałami to właśnie pomyślałam, że bez sensu ciągle dzielić i wybijać czytelnika z rytmu.
      Kim jest Gaja, to się dosyć szybko wyjaśni, ale dlaczego książę tak bardzo chciał ją w tym zadaniu nieco później haha.

      Będę starała się pisać jak najczęściej, ale jestem w trakcie sesji wciąż i zobaczymy, jak to wyjdzie. Na pewno mam spory zapas tekstu ;p

      Usuń
  2. Rozdział ogólnie mi się podobał, szczególnie jego końcówka, ponieważ stanowiła ona wstęp do właściwej akcji. Cieszę się,że tak wiele miejsca poświęcasz opisom zamku, zajęć rycerzy. Mam jednak pewne zastrzeżenia. Otóż pisząc tak długi rozdział, powinnaś podzielić go na fragmenty Ty zaś piszesz ciągły tekst, w którym przeskakujesz czasem w trochę dziwnych miejscach akcję. Np. na początku bardzo szybko przeszłas z podsłuchiwania do treningu (dziwna wydawała mi się jego późna pora), podczas któreog nie było chyba żadnego zwierzchnika, więc trochę mnie to dziwiło. Liliana rzuciła się na chłopaka, opisałaś w kilku słowach ten pojedynek, ale później tak właściwiebez szału po prostu rpzeszłaś do opisu kilku następnych dni, nie dając czytelnikowi wczuć się w ten pojedynek, a szkoda, bo opis był dynamiczny i miał potencjał.
    Cieszę się, że dziewczyna zastanawiała się nad podsłuchaną rozmową, choć muszę przyznać, ze w początkowej części rozdziału powtórzyłaś pewne kwestie, i chyba dlatego właśnie mnie dziiw, że skoro Lilianę tak to zaprzątało, to czemu później, kiedy dostała wraz z bratem zadanie, tylko przez chwilę zareagowała na imię Gaja, a tak to w ogóle jakby nie sprawiała wrażenia, jakby zauważyła, że najprawdopodobniej wysyłają ją na misję, która wg przywódców nie ma dużych szans powodzenia i że są na dobrą sprawę posłańcami na śmierć… Zdziwiło mnie to trochę.
    Trochę frustrujące musi być dla dziewczyny to, że nie jest zbyt dobra nawet w tym łucznictwie. Odnoszę wrażenie, jakby każdy rycerz musiał się tam sam szkolić. Niby później wzięli ich na specjalne treningi, ale mam wrażenie,że na ogół to mało uporządkowany mają ten plan. Urozmaicony, ale jakoś tak.… czy w ogóle ktoś to kontroluje? Dlaczego nikt starszy nie pomógł Lilianie? Dziwne trochę. Ale podoba mi się,że dziewczyna nie traci pogody ducha, ma w sobie ciekawość świata i umie sobie radzić z ludźmi, inaczej by nie przeżyła w tym zamku xD
    Cieszę się,że pojawił się brat dziewczyny, wydaje się zupełnie inny niż ona, trochę gburowaty, ale mam wrażenie, że za tą tarczą kryje się miły, wrażliwy chłopak i że jest dla siostry niezbyt przyjemny, bo chyba nie chce, aby ona zajmowała się wojaczką. Gdybyś zaczęła ich spotkanie z jego perspektywy, to lepiej czytałoby się ten rozdział, bo dałabyś też tę oczekiwana przeze mnie przerwę, a nie ciągnęła te kilka dobrych dni jak tasiemiec. W każdym razie cieszę się, ze skoro muszą udać się na tę misję, to przynajmniej razem. Podobała mi się końcówka, jak już wspominałam, tutaj już skupiłas się na detalach i opisaniu bohaterów, Gaja wydaje się być bardzo oryginalna, niemiła, ale to chyba taka poza, trochę szkoda. O chłopakach trudno coś powiedzieć, też na coś pozują, choć nie wiem właściwie po co. Chyba te wszystkie konie potrafia to odczytać xD ciekawe, które z nich wie i czy w ogóle któreś, na czym dokładnie polega ta misja… Nie mogę doczekać się pierwszych przygód bohaterów

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za komentarz ; )) Słyszałam już o tym, że często przeskakuję z akcją, ale prawdę powiedziawszy, nie wiem do końca, jak mam to poprawić. Ten jej pojedynek miał być tylko częścią rutyny, więc też nie chciałam się na nim skupiać.Chyba też jestem trochę chaotycznym człowiekiem i to widać w tym, co piszę.

      Z tą Gają to do Liliany pewnie jeszcze nie dotarło do końca, co się dzieje ;p Ona nie jest tak całkowicie poukładaną osobą. Dlatego też tak średnio wychodzi jej walka, która mimo wszystko wymaga precyzji i skupienia.
      Szkolenie Liliany już się skończyło, dlatego treningi prowadzi już ona sama dla siebie, chyba że zadanie wymaga szczególnego przygotowania. Dlatego nikt nią nie kieruje. Przynajmniej na razie.

      Dzięki jeszcze raz za tak obszerną wypowiedź, zapiszę sobie w kajecie uwagi i będę na to zwracać większą uwagę ; )

      Usuń
  3. wymianę zdać - zdań
    Słowo "zakręcona" zupełnie nie pasuje mi do klimatu tej historii.
    Śmiałam się z tego co Lilkę spotykało na tych misjach ;-) Cudownych miała partnerów, doprawdy cudownych, niemal idealnych xD
    No i mamy Arona (nigdy tego imienia nie piszę przez dwa "a", więc wybacz).
    Podoba mi się, że u ciebie jest tylu bohaterów, a każdy inny i opisany tak, że ja ich kojarzę i rozróżniam ;-)
    odrobina płynu odkażającego załatwiłoby sprawę - załatwiłaby (chyba)
    Mam pewne przypuszczenia i nie wiem czy mogę się nimi podzielić. Niech będzie że zaryzykuję. Czy Aron i Liliana to te dzieci z prologu?
    wydawał zmęczony - a gdzie się?
    inni celował - inny
    piąty dowódcy - dowódca
    żebyś sobie zdawał sobie - tak miało być? bo to mowa dowódcy, więc on może taki mieć styl mówienia, że się powtarza i nie ma w tym nic złego.
    jednak jak tylko zdała sobie gdzie się znajduje - nie powinno być słowa sprawę?
    nigdy była mistrzem - nie była
    I znowu skojarzyło mi się z moim opowiadaniem i Eleną, bo ona też nie przepada za jazdą konną, właściwie to boi się koni i też będzie uważała, że ogier prycha tak pogardliwie i ona by go przerobiła na kolacje. Ogier ją usiłuje wtedy zrzucić xD
    Tch? - on tak prychnął?
    Boże jaki Aron jest fajnie opiekuńczy, a przy tym też nieco oschły i stanowczy, to naprawdę świetne połączenie i idealnie wpasowało się w mój gust.
    szczególną siła - siłą
    pozwała mu na wszystkie - pozwalała
    Gaja ma charakterek jeszcze bardziej wyrazisty i zbuntowany niż Liliana. Jeszcze nie wiem, którą z dziewczyn polubię bardziej, ale to się pewnie okaże później, bo apetyt rośnie w miarę jedzenia, w tym przypadku w miarę czytania i aż żałuję, że to ostatni rozdział na chwilę obecną. Co prawda zaraz muszę się ubierać i lecieć do tego obiecanego kina, ale... no chciałabym po powrocie coś jeszcze przeczytać. No albo na bajce bym czytała, jeśli byłaby nudna. Na kiedy przewidujesz kolejny rozdział?
    Mił ostre rysy - miał
    Jak przystojny, to od razu taki ostry. Świetne xD Ubawiłam się, gdy ona tak się mu przypatrywała i oceniała, że ładny, przystojny, itd, a tu nagle "smarkacze!". Hehe.
    że zabranie - zebranie (chyba tak powinno być)
    Na koniec dodam jeszcze tylko tyle, że naprawdę mi się podobało. Życzę oczywiście weny, pomyślności w tworzeniu. No i... do następnego xD

    Pozdrawiam
    takamilosc.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szit, ile błędów. Wszystko pięknie poprawię, jak tylko dostanę się do swojego laptopa. Dzięki za ich pokazanie, bo ja jestem czasami ślepa.
      Kolejny rozdział pewnie dodam w następnym tygodniu, bo muszę go jeszcze poprawić i trochę dopisać ciąg dalszy, żeby mieć odpowiedni zapas tekstu.

      Dzięki bardzo ; ))

      Usuń
  4. Zacznę może od tego, że literki w tekście jak dla mnie są za małe. Tekst nie należy do krótkich i czytanie go na blogu wykończyłoby mi oczy. Musiałam przekopiować do Worda. Jeśli natomiast chodzi o długość, to jest to oczywiście twoja decyzja. Ja lubię, gdy tekstu jest dużo i mogę się nim w pewien sposób nasycić, ale jeśli zamieszasz publikować co tydzień, to od razu mówię, że raczej nie dam rady być na bieżąco i będę przybywać z opóźnieniami. Bo do takiej długości jednak trzeba przysiąść;D Mam 13 str po przekopiowaniu xD

    Było bardzo dużo opisów i o ile ostatnio mi to pasowało, to teraz trochę wypadałam z rytmu. Tekst był długi, dialogów w sumie niewiele i momentami zastanawiałam się czy aby nie za dużo chcesz przekazać na raz. Wiem, że dokładny opis jest bardzo potrzebny i że kiedyś po prostu trzeba opisać to, co otacza bohaterów, ale i pierwsza część była bardzo opisowa i druga i nie wiem czy... trochę nie za bardzo;) Mam nadzieję, że wiesz co mam na myśli.
    Aczkolwie jestem bardzo ciekawa jak im się potoczy ta podróż i co to za misja. Sam fakt, że bierze w niej udział ta Gaja już jest lekko podejrzany i nie bardzo wiem, czy nasi bohaterowie nie idą czasem na pewną śmierć albo coś w tym stylu;D W ogóle byłam zaskoczona, że ktoś wybrał Lil do uczestnictwa. Nie wygląda to na coś błahego, a ona... cóz, sprawia wrażenie takiej mało ogarniętej. Konie jej nie lubią, strzelać z łuku nie umie, po czasie pewnie wyjdą inne jej braki i zaczęłam się przez moment zastanawiać, co ona tam w ogóle robi;D
    Czekam na następny i pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie je powiększyłam, chyba teraz powinno być okej... no chyba że jest nie okej.
      Wiadomo, że dłuższe rozdziały będę publikowała rzadziej, bo nie mam takiego tempa, żeby wylewać z siebie 15 stron na tydzień. Ale to i tak nie zmienia faktu, że możesz przybijać z opóźnieniem ;p

      Opisy zawsze są problematyczne, bo ciężko znaleźć równowagę - żeby nie było za dużo ani dialogów ani zbitego tekstu. Zawsze dorzucam trochę o otoczeniu, żeby można było się wczuć w otoczenie bohaterów. Ale wiem, że dialogi też rozładowują napięcie, pozwalają odpocząć. Jeszcze nad tym pracuję, bo z drugiej strony słyszałam, że wkładam dialogi w nieodpowiednim miejscu ;p
      O tym, dlaczego w misji bierze udział Gaja, będzie można szybko się domyślić, ale z Lilianą sprawa jest ciut bardziej skomplikowana : ) Ale masz rację, ona niespecjalnie nadaje się do zadania na takim poziomie. Nie jest kiepskim rycerzem, ale nie wydaje się szczególnie uzdolniona.
      Dzięki bardzo za komentarz ; )

      Usuń
  5. Jeej.. Uwielbiam imię Aaron i tak samo polubiłam tego Aarona, którego Ty stworzyłaś :3 Chyba mam słabość do takich bohaterów xD
    Też się zaczęłam zastanawiać, co w ogóle Liliana robi w Gwardii. Jakaś taka nie na miejscu się wydaje.. No ale wszystko okaże się z czasem. Lecę czytać dalej ^^

    OdpowiedzUsuń
  6. Przeczytałem już cały pierwszy rozdział, czyli jego obydwie części i nawet zacząłem rozdział drugi, przez co teraz może mi się pomieszać i mogę coś z drugiego wpleść do komentarza tutaj. Czyli jak dla mnie to standard. W ogóle miałem w planach przeczytać całość i napisać jeden big, big, metrowy komentarz, ale uznałem, że opowieść nie jest banalna, nie jest też prosta, jest raczej złożona i skomplikowana, dlatego by się nie zagubić, postanowiłem tutaj się zatrzymać na krótki komentarz.

    Z początku nie podejrzewałem o czym będzie to opowiadanie. Pojawił się dowódca, który nie zachowuje się jak pan, a jak jeden z żołnierzy, którymi był do tej pory. Niby to dobrze o nim świadczy, że nie zaczął się nagle wywyższać i panoszyć, ale jednak, gdy będzie zachowywał się dokładnie tak jak do tej pory, to ja bym się obawiał, że z czasem zaczną go traktować jak kumpla, a nie jak swojego kapitana. Sam jako szef mam kilka takich przykładów, że gdy zacząłem do pracowników podchodzić jakbym sam był pracownikiem, to oni przestali mnie traktować jak szefa i nagle było pisanie smsów nawet w stylu "spóźnię się pół godzinki". Ludzie po prostu już tak mają, że jak da się palec to wezmę rękę, a szef, nieważne czy wojska, czy sklepu z obuwiem, czy dyrektor przedszkola, to jednak osoba wyższa rangą od reszty, tych których ma pod sobą. Nie chodzi o to by się panoszyć, ale by wzbudzać jakiś respekt. We mnie Racław respektu żadnego nie wzbudził, czym mnie cholernie zawiódł, jako bohater opowiadania.

    Dalej pojawiła się dziewczyna, która należy do tego rycerstwa, a nie umie walczyć. No kurwa, to cóż ona tam robi? Dupą przed nimi świeci? Okazuje się że nawet tego dziewczę nie wykonuje, więc po jaką cholerę oni ją tam wszyscy jeszcze trzymają? Tego nie wiem. Trening treningiem. Wiadomo, że to on czyni mistrza, ale jednak trzeba posiadać jakieś predyspozycje i najpierw się choćby podszkolić, nim zostanie się do takiej grupki walczącej przyjętym. Tutaj wyszło to nieco dziwnie... bardzo dziwnie, tak bez ładu i składu. To niemal tak jakby opisywać grupę piłkarzy zawodowych, a wśród nich pojawił się jakiś grubasek, nastolatek, co nawet w piłkę nie umie trafić, mało tego myli piłki - tą od nogi, z tą do siatki, tak jak twoja bohaterka pomyliła strzały. Dziewczyna jest więc nieudolna i nie nadaje się do tego co robi. Dziwne tylko, że nikt wcześniej tego nie zauważył i ona nadal tam jest.

    Kiedy pojawił się Aaron, to zacząłem zauważać pewną zależność i łączyć to z prologiem. Myślę, że dziewczyna i jej brat, to tamtejsza dziewczynka i tamtejszy chłopiec, ci których w prologu wydostano spod tego klosza i wprowadzono do rzeczywistości, społeczeństwa. To też by tłumaczyło czemu Liliany nie wywalono z tej Gwardii za brak wszelkich umiejętności. Oni są z jakiegoś powodu potrzebni, coś czyni ich ważnymi, a więc nie można się ich ot tak pozbyć.

    Potem pojawiła się ta tajemnicza, zapewne też niebezpieczna wyprawa, oraz nowi bohaterowie. Na tym etapie jeszcze za dobrze się w nich nie orientowałem. Tylko ten pożal się boże Nadar, który jest tak pyszny i wywyższający się, że aż mnie zakuł w oczy, został przeze mnie spamiętany, no i dziewczyna, ale jeszcze niedokładnie, więc mam nadzieję, że w dalszych rozdziałach, będziesz przypominała kto jaki ma kolor oczu, włosów, w jaki sposób się ubiera, porusza i o czym rozmyśla, bym miał możliwość ich wszystkich lepiej poznać.

    Brawo za opisy. Chyba... nie, nie chyba, ja na pewno chciałbym mieć tak lekkie palce, by mi tak sprawnie i plastycznie po klawiaturze sunęły. Póki co moje opisy są bardzo kanciate. Może z czasem, gdy zacznę więcej czytać takich utworów jak twój, to mi się zmienią w płynniejsze, nieco zaokrąglone.

    Pozdrawiam:
    j-i-s.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. wow, dzięki za tak obszerną wypowiedź : )) To w ogóle niesamowite, że jedna postać może wywołać tak skrajnie różne wrażenia u poszczególnych osób.
      Z tym spoufalaniem się Racława, to chyba każdy ma zupełnie inne wymagania co do dowódcy. On nie pozwala mówić do siebie na "ty", ale też nie każe się kłaniać w pas. To już zależy od okoliczności, czy lepiej, żeby podlegający ci ludzie się ciebie bali czy może lubili. Co wyniknie z takiego zachowania drugiego dowódcy - zobaczymy w przyszłości ; )
      Liliana natomiast umie walczyć, ale nie posiada takich zdolności jak jej brat czy pozostali faceci. Może nie zabrzmię odpowiednio feministycznie, ale moim zdaniem kobiety mają mniejsze predyspozycje do noszenia miecza i takich siłowych walk. Liliana musi więc odnaleźć więc w niej coś, co zapewni jej przewagę, a jest jeszcze młodą dziewczyną, w dodatku trochę pokręconą. Co nie zmienia faktu, że jej obecność wśród gwardii nie jest przypadkiem.

      Usuń
  7. Bardzo dobrze opisujesz bohaterów, to trzeba przyznać. Przy wyglądzie zwracasz uwagę na charakterystyczne rzeczy, dzięki czemu zapamiętałam większość bohaterów, jakich pokazałaś w tej części. Zarówno ciepłego medyka, niewidzialnego listonosza, Gaję, tego kolesia o dziwnie przyciętych włosach, Nadara. Taka umiejętność jest bardzo przydatna i pozwala się odnaleźć między postaciami. Bo mimo że pokazałaś ich wielu, to raczej nie będę miała problemu z odróżnieniem ich.
    Gaja najbardziej rzuciła mi się w oczy, wydaje się ciekawa, może nie przemiła, ale ciekawa. Do gburków typu Aaron już przywykłam, ale może mnie jeszcze zaskoczy. Wyprawa zapowiada się interesująco i niebezpiecznie, no i ta ekipa to dobry materiał na ciekawą akcję.
    Sama Liliana jest trochę podobna do mnie, bo też jestem mało rozgarnięta, pewnie nawet mniej niż ona. Póki co, bardzo mi się podoba, chociaż opisów jest sporo - to normalne, jeżeli chce się dobrze przedstawić swój świat.
    Powodzenia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję ; )) Szczególną uwagę przywiązuję do bohaterów, nie tylko jak pisze, ale również jak czytam. Staram się przy opisie postaci zwracać uwagę na ich cechy szczególne, to, co rzuca się w oczy. Ciężko zapamiętaj jaki kolor oczu ma każdy z bohaterów, ale że miał krzywo ścięte włosy to już łatwiej ;p

      Usuń
  8. Ładnie opisujesz nie tylko swoich bohaterów, ale również sceny walki. Ta początkowo bardzo mi się podobała, choć zakończyła się tak nagle...
    Po raz kolejny muszę stwierdzić, że lubię Lilianę. Nie przedstawiasz jej, jako super-bohaterki bez wad, a raczej dobrego wojownika, od którego jednak lepsi istnieją. Lili nie jest doskonała i chwałą ci za to!
    Widać, że pozostali rycerze niezbyt poważnie traktują dziewczynę, a w każdym razie nie jako kogoś równego sobie. Musi być jej cholernie trudno wpasować się w takie otoczenie, ale z drugiej strony to tylko dowodzi, że jest ona dzielna i nie da się tak łatwo stłamsić.
    Ta jedna sytuacja wyglądała naprawdę groźnie. Lilian mogła nie wyjść z tego cało i to przez lekkomyślne zachowanie swojego kompana. Nieładnie. Dobrze, że nic groźnego jej się nie stało.
    Aaron też wydaje się ciekawą postacią. Widać, że troszczy się o siostrę, skoro tak gwałtownie zareagował i wtargnął do tego skrzydła szpitalnego i to wbrew zakazom medyków. Późniejsza scena na strzelnicy pokazała go jednak jako trochę zarozumiałego. Ale cóż, takie są relacje w rodzeństwie - widocznie niezależnie od otoczenia i statusu społecznego. Jedno zawsze będzie chciało koordynować zachowania drugiego :)
    Zastanawia mnie to zadanie, które oboje otrzymali. Czyżby miało to coś wspólnego z wcześniejszą wizytą pierwszego dowódcy? Na to wygląda, skoro w misji bierze udział również ta tajemnicza Gaja, której obecności w zadaniu domagał się sam następca tronu ;) W sumie nie wiem, co powiedzieć o tej dziewczynie. Jest niesamowicie bezpośrednia i taka trochę bezczelna, ale mimo to, a może dzięki temu zapadła mi w pamięć.
    Nadar też jest ciekawy. Trochę agresywny, taki burkliwy, ale ja lubię ten typ postaci, więc zobaczymy, czy i on zyska moją sympatię. Na ten moment zapunktował tym, jak bezpośrednio i szybko ogarnął swoją drużynę. Czas pokaże co z tego wyniknie.
    Lecę czytać dalej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Liliana doskonała na pewno nie jest, poza tym wciąż się uczy, w końcu młoda jest. Ona przy niektórych osobach wypada blado, ale jest też kobietą, a te mają z natury trudniej. Tak mi się wydaje.
      Nie da się ukryć, że Liliana i Aaron są do siebie bardzo przywiązani, chociaż pod względem osobowości znacznie się różnią... albo wydają się różnić, bo też wszystko kwestia interpretacji ;p
      Tak czy inaczej podobają mi się twoje przemyślenia dotyczące bohaterów :D
      Dzięki bardzo za komentarz ; ))

      Usuń

© Halucynowaa | WS | X X X